12/2019

Magdalena Boczkowska

Baba wyzwolona

Wioletta Bojda, badaczka związana z Uniwersytetem Śląskim w Katowicach, podjęła się tytanicznej pracy odszyfrowywania zapisków Anny Świrszczyńskiej z lat 1969–1971. I oto czytelnicy dostali do rąk tom Jeszcze kocham… Zapiski intymne, który nie tylko przypomina postać jednej z najlepszych polskich poetek XX wieku, ale i staje się znakomitym tłem do ponownej lektury wierszy z tomiku z 1972 roku zatytułowanego Jestem baba.

Pisząc książkę Anny Świrszczyńskiej odkrywanie rzeczywistości, Bojda kontaktowała się z jedyną córką poetki, Ludmiłą Adamską­‑Orłowską, i to ona właśnie przekazała potem badaczce teczki z notatkami. Czy zapisków było więcej? Nie wiadomo, ale to całkiem prawdopodobne. Ocalone i wydane notatki pozwalają jednak inaczej spojrzeć na Świrszczyńską, która przecież zawsze była osobą niezwykle dyskretną, pieczołowicie budującą swój publiczny wizerunek, w wywiadach pomijającą albo prze­inaczającą wiele faktów. Wyłania się z nich obraz doświadczonej już życiowo kobiety, kobiety wyzwolonej, intrygującej, dla której jedyną granicą była własna niemoc, a jedynym pragnieniem kochać i być kochaną.

Jeszcze kocham… poprzedza obszerny wstęp Bojdy. Warto więc przypomnieć kilka faktów.

Anna Świrszczyńska (na skutek błędu urzędnika, powinna się bowiem nazywać Świerczyńska) urodziła się w Warszawie w 1909 roku. Ojciec był malarzem, matka zajmowała się domem. W 1927 roku przyszła poetka zdała maturę i rozpoczęła studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, zaczęła podejmować też wtedy pierwsze próby literackie. W 1936 roku ukazała się jej pierwsza książka Wiersze i proza. Publikowała głównie utwory dla dzieci, między innymi na łamach „Płomyka”, „Płomyczka” czy „Małego Płomyczka”, ale wybuch II wojny światowej przerwał współpracę z prasą. Podczas okupacji poetka podejmowała się wielu prac (była kurierką, kelnerką, salową etc.), nie przestając jednak pisać. W 1943 roku powstał na przykład jeden z jej najlepszych utworów scenicznych, dramat Orfeusz, który zdobył II nagrodę w konkursie literackim zorganizowanym przez warszawskie podziemie kulturalne. Po upadku powstania warszawskiego wyjechała do Krakowa. Pisała. Pracowała. Flirtowała z ówczesną władzą (podpisała na przykład rezolucję ZLP w sprawie tak zwanego procesu krakowskiego). W 1953 roku poślubiła dużo od siebie młodszego aktora teatralnego Jana Adamskiego, urodziła córkę. Po pewnym czasie na Krupniczą 22, do kamienicy, w której mieszkali, wprowadziła się młoda i piękna Halina Poświatowska. Jan zakochał się w ślicznej poetce bez pamięci, zażądał rozwodu, Anna groziła samobójstwem. W końcu Adamski wyprowadził się do Rzeszowa. Przez zdradę męża i rozwód (ostatecznie dostali go 13 stycznia 1969 roku) Świrszczyńska poczuła się – jak sama pisze – „zhańbiona w swej kobiecości”, dopiero potem zaczęła ją na nowo odkrywać. I o tym właśnie są jej intymne zapiski. O szukaniu na nowo kobiecości, o utwierdzaniu się we własnej cielesności. O nadziei. O wchodzeniu w związki z kolejnymi mężczyznami bez strachu i bez zbyt wygórowanych oczekiwań. „Raz tylko można być porzuconą. Potem są już tylko rozstania”, notowała.

Zaczyna Świrszczyńska swój intymny dziennik w maju 1969 roku od wizyty Tadeusza Różewicza: „wczoraj, dnia 12 maja, przyszedł do mnie Tadeusz i został moim kochankiem. Dwie godziny wcześniej nie myślałam o nim, zadzwonił, że jest w Krakowie, stało się to, o czym myślałam nieraz, czego nieraz pragnęłam, czego pragnęliśmy oboje. Dziwnie jest z nami. Widujemy się raz na rok, bywa, że on nie zjawia się przez parę lat, choć przyjeżdża do Krakowa. Ostatni raz był chyba wtedy, kiedy rozchodziłam się z A.”. „Całowałam jego ciemne, twarde ciało. Był ciężki i ten ciężar pamiętam dotąd. Zostawił ślad na narzucie wersalki. Przyglądam się z czułością śladowi tego śladu, jest prawie niewidoczny”. W poezji zaś pisała: „Śpimy przytuleni jak dwoje szczeniąt, którym zdechła suka”. Młodszy o dwanaście lat i znany już wówczas poeta rozbudza jej seksualność. „Dzięki Ci Erosie złocisty, że jeszcze kocham i wzbudzam miłość” – pisze. Romans z Różewiczem szybko się kończy. Potem pojawiają się kolejni mężczyźni, ale na plan pierwszy wysuwa się Józef Oleszczuk, niestety żonaty. Poznali się na jednej z wycieczek organizowanych przez krakowski oddział PTTK. Oleszczuk zajmował się organizowaniem ruchu spółdzielczego, był księgowym w Przedsiębiorstwie Barów Mlecznych w Krakowie. Świrszczyńska rzuciła się w jego ramiona bez wahania, ale związek nie był taki prosty. Notowała: „Chcę mieć kogoś na stałe, na zawsze, do śmierci. Nie kochanka jak Józef, lecz przede wszystkim przyjaciela. Dla siebie. On dla mnie, ja dla niego. Ale chyba nie będę miała”. Wiedziała bowiem, że kochanek nie zostawi żony, ciągle cierpiącej po stracie syna (zginął w powstaniu). Zadowala się więc przyjaźnią, opiekuńczością i beztroskimi momentami, w których mogą być razem. Często w zapiskach przytacza słowa Józefa, jakby musiała je sobie powtarzać, by w nie wierzyć, by ciągle szukać w nich potwierdzenia. Ostatni wpis też stanowią słowa kochanka. 20 października 1971 roku Świrszczyńska odnotowała: „Zakochałem się w twojej duszy, oczarowały mnie twoje nogi. Ty jesteś taka piękna, chciałbym cię zjeść, całą mieć w sobie. Tak pachniesz, chodzę we mgle twego zapachu (po miłosnym zbliżeniu). Pachniesz czystością duszy”.

Zapiski i powstający w tym czasie tomik poetycki Jestem baba dają nam wgląd w różne rodzaje kobiecego spełnienia. I te wynikające z fizyczności, i te pochodzące z twórczości i samorealizacji. W tomiku mamy trzy wiersze – Trzy poematy – składające się na trzy różne opisy kobiecego życia, trzech różnych kobiet (Miłość Felicji, Miłość AntoninyMiłość Stefanii) różnie odbierających zarówno swoją seksualność, jak i swoją kobiecość. W Jeszcze kocham… Świrszczyńska jest tymi trzema kobietami jednocześnie. Jest jednocześnie krucha i silna, kochana i zakochana, porzucona i pełna nadziei, tchórzliwa i odważna, nieszczęśliwa i Szczęśliwa jak psi ogon (1978), smutna i „Szczęśliwa jak płód w łonie matki […]”, zmysłowa i oziębła.

Twoja miłość zabija moją,

kochasz mnie

zbyt gwałtownie.

Po co mam się trudzić,

ty za nas oboje płaczesz po nocach

z zazdrości i tęsknoty.

Twoja miłość pięknieje,

jesteś krzakiem mistycznym w raju Dantego,

fontanną ekstatycznego płomienia,

co wystrzela z każdym dniem dzielniej

nade mnie […]


W końcu pyta samą siebie: „Czy jestem rozpustnicą? Mam 60 lat, a przecież widziałam jego usta zamknięte i zamknięte oczy, jak poruszały się lekko, gdy dotykał moich piersi. […] Jaką piękną wiosnę dał mi los! Nie spodziewałam się, że życie da mi jeszcze takie szczęście. […] Mogłabym oprócz Józefa pokochać kogoś i kochać równocześnie dwóch, trzech. Czy to normalne czy nie? Reakcja na 15 lat cnoty małżeńskiej”. Autorka Budowałam barykadę (1974) staje się więc w swych zapiskach także obrończynią kobiet starszych, których się już nie zauważa, których nie traktuje się jak kobiety. Tymczasem ona, zdając sobie sprawę z własnych niedoskonałości, z działania grawitacji na swoje ciało, przegląda się w oczach zakochanego mężczyzny. To spojrzenie ją stwarza, uświęca, utwierdza w kobiecości, uzależnia. Tęskni za nim i boi się go. Jest jej siłą i jej słabością. Wyzwoleniem i kajdanami jednocześnie.

Tęsknię wnętrznościami i gardłem,

moje włosy tęsknią,

moja skóra

jest zrobiona z tęsknoty.

Ale najpotężniej

tęskni światło w mojej głowie.

Ono nie umiera

nawet we śnie.

Kiedy umierają włosy, wnętrzności i skóra.


Czesław Miłosz pisał niegdyś w książce Jakiegoż to gościa mieliśmy…, że liryka miłosna Świrszczyńskiej jest wyzywająca, bo całkiem otwarcie pisze ona o zmienianiu mężczyzn, „tudzież, [jest to] pierwsza bodaj wśród polskich poetek, która nie żenuje się mówić o orgazmie”. Mówiąc wprost, Świrszczyńska uważa, że kobietom orgazm się po prostu należy. Często i dziś bywa nazywana poetką wywrotową. Jak na swoje czasy, wzbudzała kontrowersje – dziecko urodziła dopiero po czterdziestce i wcale się w macierzyństwie nie spełniała, czerpała radość z seksu, także w późnym wieku, wiedząc, że dobry seks nie zawsze musi iść w parze z miłością, zmieniała więc mężczyzn, uprawiała także jogę, biegała, była wegetarianką. Dziwaczna. Szalona. Wariatka. Tak najczęściej ją określano. A ona trwała, bywając szczęśliwą, spełnioną, pełną nadziei. Bywając, nie będąc. Zmarła 30 września 1984 roku, pochowana została na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Nasza miłość jest ostra

jak język dzikiego kota.

Kochamy się

w hamaku ognia,

w słonecznych wnętrznościach

słońca.

Kochamy się

jak dwa drapieżne ptaki

w gnieździe chwili

elektrycznej.

Kochamy się

milcząc.


Jaka była Anna Świrszczyńska? Potrafiła prawdziwie kochać i prawdziwie cierpieć. I być kochaną. Jak baba. Wyzwolona baba.

Anna Świrszczyńska: Jeszcze kocham… Zapiski intymne.
Opracowanie i wstęp Wioletta Bojda.
Wydawnictwo W.A.B.,
Warszawa 2019, s. 160.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.