06/2020

Maria Skoczyńska

Colloquium muzealne (ze znużenia)

Do muzeum powinno się chodzić samemu, bez zegarka na ręku. Żeby nikt nie zakłócał statystycznie ośmiu sekund patrzenia na płótno. Żeby poczuć się bardziej samotnie niż w gotyckiej katedrze. Jest w tym jakieś dostojeństwo, w niepisanym regulaminie zakazującym szurania tenisówkami po żyłkowanym marmurze. Nikt też nie narusza tego sądu obrazów. W błędzie jesteśmy, myśląc, że to my je oceniamy, w rzeczywistości sami jesteśmy przez nie weryfikowani. A jednocześnie patrzą nam na dno duszy ze znużeniem. Już wszystko widziały, kiedyś dygotały od drżącego dotyku pędzla twórcy, rozpłomieniły się w wymieszanej ochrze czy sjenie palonej, a później zostały przez malarza zdradzone i sprzedane w obce ręce. Dziwiły się najpierw temu barbarzyństwu, ale z każdą kolejną zdradą zastygały w coraz większym bezruchu i stęchłym zapachu terpentyny. Kiedy urodziło się z namiętności artysty, z poruszenia kochanki w skłębionej pościeli, sztywności uwierającej w szyję kryzy i dorastało wśród błysków sztyletu, chłodu głowicy pistoletu, oskarżeń czy podartych listów, a na koniec pokryło się patyną czasu i pyłem wojen, to cóż może obchodzić te doskonałe relikty przeszłości? Stają się armią prowidencjalistycznych bożków zamkniętych w ramach i strzeżonych przez westalki sal muzealnych. Surowe cerbery onieśmielające powagą munduru kustosza czyhają na nieopatrzne szurnięcie, budzące podskórny wstyd znaczącym chrząknięciem.

Niektórzy wyznają religię obrazów. Tym szaleńcom zdaje się, że świat przewróci się w swojej ramie, jeśli przedstawić światu fajkę i zaprzeczyć, że to wcale nie ona. Był też taki, co po kolacji zapatrzył się w talerz z resztkami jedzenia i nagle cała rzeczywistość skurczyła mu się w wąski tunel, którego centrum stanowi topiący się ser, najistotniejszy na świecie szczegół. Fałdy camemberta uderzające o brzegi goudy, z furią nacierającej na otchłań edamskiego. Czas stał się tak rozwlekły, jak smuga sera, jakby nigdy tego czasu nie było. I nagle biesiadnik zrywa się od stołu, biegnie do wymęczonego pejzażu morza, rozpaczliwie usiłuje topniejący czas zamknąć w farbie, ocalić siebie samego przed bezwładem niepamięci. Unieśmiertelnienie – krzyczą z każdej strony stare twarze – my na zawsze! – gorąco przekonują – my nie martwa natura, my żywe portrety, prawdziwsze od Was, bo Was za chwilę nie będzie. Raz uwiecznione nie dają się powtórzyć; w większości arcydzieł malarstwa nie istnieje już ręka tego, który je stworzył, nie są odwracalne. Jednocześnie jednak uosabiają sobą mit, który da się bez końca odzyskiwać poprzez kolejne obcowanie z nimi, kolejną rozmowę widza i dzieła. Gdyby nie miały w sobie tej przedziwnej cykliczności, jak moglibyśmy wciąż powracać do zagadki w uśmiechu pewnej florenckiej damy, nieodmiennie zafascynowani kryjącą się za nim tajemnicą? Z innej strony istnieją także w zupełnie linearnym czasie świeckim, poddającym się okolicznościom i wydarzeniom nie mającym wiele wspólnego z metafizyką. Wiszą w zamkniętych przestrzeniach sal muzealnych bądź prywatnych kolekcji, nieszczególnie tym zachwycone, pragnące może rezygnacji z kategoryzowania ich naukowymi metodologiami, ucieczki z pragmatyzmu rzeczywistości, a ponad wszystko oczekujące jakiejś rozmowy czy wręcz modlitwy od bałwochwalczo w nich wpatrzonych przechodniów.

Szczególnie wyrazistą smugą pasteli wyrywa się z czasu płomienna Rachel o morskich oczach, zalotna femme fatale we wzorzystej sukni, wchłaniająca w siebie całe światło reflektorów energią, plastyką swojego działania zderzoną ze spokojnym, opanowanym tonem głosu1. Vade mecum, mówi Irena Solska, przemień swoje dekadenckie znużenie w czyn, mówi Solska, ja wstrząsnę kaskadą rudych włosów pod palcami przyjaciela, mistrza Staszka, i zapomnisz, że chciałaś czegoś innego. Odrywasz się jednak od magnetyzmu Ireny, wodzisz zmęczonym wzrokiem po innych płótnach. Ale energia rudowłosej, tycjanowskiej heroiny udziela się pozostałym obrazom rozwieszonym we wszystkich muzeach. Odbłysk rudości lśni w wyblakłych bachanaliach Zofii Stryjeńskiej, oświetla siną twarz Lipca i płowe włosy Sierpnia, przeskakuje w dziki śmiech monstrów Witkacego, wykręca się w spiralę karykatury Sopoćki. Nie wspominając już o barokowym niebie, całym w bąblach aniołów, niebie, którego Atlas nie ma siły utrzymać, niebie zwalającym się swym ciężarem na wątłe plecy człowieka wysilonego w orce. Ziemia zaś jest ciemna, twarda. Niebo dławi, ziemia się opiera, aż skrzy się od energii czynu między nimi. Wtedy jak grom z jasnego nieba, zupełnie niespodziewanie zjawia się niewielki obrazek, dziełko zanurzone w miękkich zielonościach, w zmęczeniu i obłościach kobiecości. Wymiary czterdzieści siedem na dwadzieścia siedem, olej, dębowa deska. Krzesło. Ręce zbyt duże wobec głowy zbyt małej. Deski starannie wylizane pędzlem. Modna fryzura, prosty krój, twarz w półprzechyleniu, cień padający na zacięte usta2. Im dłużej patrzę prosto w twarz znużeniu, choć nie bez pewnej bojaźni, tym bardziej rysy bezimiennej kobiety nabierają nerwowej ostrości rysów Mileny.

Milena ma ładną, zamyśloną twarz okoloną chmurą ciemnych włosów i oprawioną w oczy czarne jak lufa pistoletu, „oczy czornyje”, o których mógłby napisać Andrzej Trzebiński, gdyby pisał do niej listy. Jednak to nie pismo Trzebińskiego biegnie w poprzek kartki trzymanej przez nią w dłoni. Męczy ją kaszląca nerwowość, ten stan gorączkowego, chorobliwego znużenia bijący ze skrawka papieru. Kto wie, czy w pewnym momencie pomostu przez dzielące kilometry między nią a nim nie stanowiły nieświadomie Mycobacterium tuberculosis? Czy gdyby on nie był tak zmęczony i głodny emocji silniejszych od niego samego, wysyłałby do niej listy? Może potrafi kochać naprawdę jedynie w liście – wieczne niezaspokojenie miłosne, podtrzymywane przez odległość jest dla niego źródłem twórczości najwyższej miary. Miłość wyklucza w jego przypadku pożądanie; następuje nieporozumienie między duchem a ciałem, bolesny akt poruszającego się w otwartej ranie sztyletu w takt poruszającej się wzdłuż kartki papieru listownego dłoni. Później list zostanie umieszczony w kopercie, a koperta wysłana w czas i przestrzeń jako kolejny element specyficznej gry. Gry właśnie z czasem i przestrzenią: ograniczonej do wspomnień, umożliwiającej natychmiastowy kontakt, ale zarazem przedłużającej realne spotkanie, umieszczającej wszystkie kombinacje spotkań w sferze nieprzyjazdu do miasta N. W symfonii oddaleń wszystkie chwyty są dozwolone, a pierwsze skrzypce grają jedynie fałszywe melodie zbliżenia. Ostatecznie żadne pocztowe wampiry nie dostarczą żywych pieczęci pocałunków, nawet jeśli próbuje się je mnożyć w każdej następnej linijce papieru. Listy w grze harmonii i rozdźwięku są same w sobie celem, a nie środkiem zbliżenia, są dialogiem, colloquium ze znużenia. Listy zrodzone z listów, rodzące listy, manewry literackie, aż w końcu stają się ćwiczeniami stylu i inwencji poetyckiej, stają się literaturą, stają się książką, ofiarą złożoną literaturze, Briefe an Milena, wydanie polskie w roku 1959, przełożył Feliks Konopka. Wszystkie odpowiedzi zdają się zamykać w jednej zapisanej niemieckim krojem literze imienia obdartego z pięciu do jednej głoski, „F”. F., któremu nie zostało nic innego oprócz rozwinięcia zagubionych liter niczym dywanu przed nią. Dywanu leżącego na chodniku wybrukowanym upartymi wyrazami, „Twój”, „Twój”, „Twój”, chodniku prowadzącym ostatecznie do atramentu na kopercie: Adresát Milena Jesenská. Adresát Milena Jesenská, napisze za nim lata później Jana Černá. Matka stała się w powszechnej opinii tylko odbiorcą zgubionych myśli, o córce napisano ledwie cztery zdania, po jednym za każdą z czterech ukradzionych liter jego imienia. Czeska dziennikarka, czeska poetka: obie mają pełne usta oraz oblicza na wpół zasłonięte cieniem wszechobecnego F. Lampa oświetla znużoną twarz Mileny w zielonym pokoju, kiedy ona odkłada list na bok i składa bezradnie ręce na podołku. Gdyby Tamara Łempicka namalowała cały pokój, zauważylibyśmy, że kobieta siedzi tuż przy samych drzwiach w zastygłej pozie wyczekiwania na człowieka po drugiej stronie drzwi. „Czasem mam wrażenie, jakbyśmy mieli jeden pokój z dwojgiem drzwi położonych naprzeciw siebie. Każde z nas trzyma za klamkę jednych drzwi i wystarcza drgnienie rzęs jednego z nas, aby ten drugi ktoś znalazł się już za drzwiami”3, pisze pośpiesznie w liście F. Dla Mileny Jesenskiej czekanie przy drzwiach to znużenie wynikające z bezwolności, z niemożności czynu, bo jakikolwiek czyn mógłby wytrącić z równowagi i tak niestabilnego F.

Czytając listy, zawsze zastanawiam się, jak dalece nam wolno naruszać pokój delikatnego świata korespondencji i drugiego człowieka. Są przecież częścią życia, pozostają w bezpośrednim z nim związku, nienaruszalne pod względem prawdy – jakakolwiek fikcja przekreśla ich istnienie. Na tle życia nie stanowią celu, tylko środek, zamkniętą całość pewnego maleńkiego, jednostkowego dramatu, pociągają za sobą rodzaj bezczynności, unieruchamiają zdarzenia, odbijają ewolucję myśli piszących. Zostawiają niedomówienia, statykę zastygłego na papierze ruchu, atramentowej zmiany, aż po ostateczną katastrofę, ostateczne załamanie się pod ciężarem znużenia białego czworokąta, który nie uniósł postawienia na jego jedną kartę ciężaru słów. Jest to namacalna klęska potomnych trącąca niedyskrecją wobec tego, co jest, i wobec tego, co było. Potem jednak przychodzi myśl, że pisze się je też po to, żeby oswoić się z własnym człowieczeństwem, przejrzeć się w twarzy papieru, starannie dobrać właściwe słowa, drgnąć rzęsami. Może popełniamy wtedy błąd, bo listy to tylko płaskie słowa, nie gesty. W pewnej mierze każdy z nas jest po trosze zwierzęciem, które nie potrzebuje słów do tłumaczenia sobie świata, pożąda jedynie gestów wpuszczających intruzów do pokoju. Bo też łatwiej odgrodzić się barierą milczenia, jakbyśmy byli sami sobą wystraszeni. Nie potrafimy zresztą słowami wytłumaczyć świata. Może nawet nie powinniśmy próbować, może powinniśmy skupić się na przeglądaniu się w lustrze własnego człowieczeństwa poprzez hodowanie wewnętrznego zwierzęcia. Coś w rodzaju jinjang. Nie bez powodu otaczamy się domowymi pupilami, one utwierdzają nas w naszym człowieczeństwie i teoretycznie powinny nas tego uczyć w relacji współzależności. Może F. to na swój sposób przeczuwał, przechodząc na wegetarianizm i pisząc pod ciężkim płaszczem czterech ścian pokoju zasnutych nocą niespokojne listy do Mileny. Odczuwał zmęczenie, zwieszał ciężko głowę, jego wyczerpanie było znużeniem, jakie odczuwa gladiator po walce, a przecież jego praca była tylko bieleniem kąta w izbie urzędników. Mruczał pod nosem nechapu, nechapu, wrzucając na koniec w ogień listy od niej i dając się ostatecznie pokonać nudzie tkwiącej mu w płucach, nudzie, która wytrysła z tych kilku jego gorzkich książek i zżarła go do cna, kiedy już nawet Milena rozczarowała. Spalił ostatecznie listy, które stały się dla niego wymówką, aby opisać drogę z Male namesti 2/3 i Dum u Minuty razem z kucharką do szkoły na Masne. Nie zawierały one jednak opisu drogi jego przyjaciółki na wiedeński dworzec, gdzie Milena nosiła ciężkie walizy podróżnych, próbując trochę zarobić, choćby na atrament zawarty na papierze obróconym w popiół. Nie zawierały też opisu pokoju, gdzie powstawały tłumaczenia, które stały się początkiem tej rozmowy i współdzielonego znużenia, ani nawet tego, jaki F. stanął przed nią w Wiedniu. Co wiemy o niej bez niego, bez jego listów, których litery pełzają jak potworne robaki przez kolejne stronice, ostatecznie świadcząc o metamorfozie żywego autora w kolejny martwy pomnik kultury, tablicę umieszczoną na rogu ulicy Kaprovej i Maiselovej, gdzie się urodził? Dlatego, że je spalił, dziś nie jesteśmy w stanie już domyślić się do końca urwanego dialogu. Może tylko czasem cień znużonej postaci przechodzi przez most Karola, zupełnie opustoszały krótko przed świtem; i tylko wtedy, jeśli wystarczająco dobrze się wsłuchać, można usłyszeć odległe echo colloquium prowadzonego między F. a Mileną. Gdy zaś F. już nie będzie, a ona zostanie osaczona ze wszystkich stron drutem kolczastym, wtedy dopiero przekuje całe masy znużenia nagromadzone w listach od niego w pomnik serdecznego działania opar­ty na fundamentach niespalonych listów. Czy ktoś trzymał ją za rękę, gdy odchodziła? Czy Ottla, Valeria lub Gabriela patrzyły w ciemne oczy Mileny, trojąc się w nich niczym żeńskie cienie ich brata, którego ta jedna Czeszka umiała zrozumieć? Jakie mogłyby między nimi paść zdania, gdyby usiadły razem w baraku?

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.