12/2020

Agnieszka Sroczyńska Kostuch

Ćwiczenia z kobiecej optyki

Karol Maliszewski jest znanym (i chyba lubianym) w środowisku literackim krytykiem‑poetą‑prozaikiem. Ale na tych trzech (głównych) określeniach nie wyczerpuje się jego literacka działalność. Poza pisaniem wierszy, opowiadań i tekstów krytycznoliterackich zajmuje się wykładaniem literatury na Uniwersytecie Wrocławskim oraz organizacją Festiwalu Góry Literatury w Nowej Rudzie. Dotychczas, przyznaję otwarcie, nie byłam wierną czytelniczką jego recenzji, raczej dochodziły do mnie ich echa z internetowych stron. Dlatego tym bardziej byłam ciekawa jego najnowszej książki krytycznoliterackiej Bez zaszeregowania. O nowej poezji kobiet, w której zebrał wiele z wcześniej publikowanych (w czasopismach i monografiach) i prezentowanych na konferencjach szkiców krytycznych, zaznaczając w końcowej nocie, że wszystkie opracował na nowo.

Nie można przecenić roli książek krytycznoliterackich. Są jak sita, przez które nie tylko autor, ale my sami dokonujemy selekcji ziaren od plew. Są trochę jak droga na skróty, szczególnie jeśli gust czytelniczy ich autora pokrywa się z naszym. Pomagają „nadrobić zaległości” w rozeznaniu, kto, jak i co pisze, może odkrywając kogoś, kogo wrażliwość i język okażą się nam bliskie. I z tego zadania książka Bez zaszeregowania wywiązuje się znakomicie. Inna sprawa, że jej autor twierdzi w pierwszym zdaniu: „Nie można nadrobić zaległości w pisaniu o wierszach”. Bo „Pewne historycznoliterackie chwile uleciały, wyczerpując swoją żywotność”. Pewnie ma rację, jednak mnie chodzi bardziej o „zaległości” w czytaniu, poznawaniu wartościowych tomów poezji, w czym swoją książką bardzo mi pomógł. Ale nie to było największym dla mnie zaskoczeniem podczas jej lektury. Najbardziej – dodam od razu, że pozytywnie – zaskoczyły mnie momenty, w których autor otwarcie przyznaje się do bezradności wobec tekstu, do „koślawości” jego interpretacji. Usłyszeć takie słowa z ust krytyka, szczególnie w jego recenzji, należy do rzadkości. Ale takie szczere „wyznania” uwiarygodniają przekaz tekstu. Mnie na pewno przekonują bardziej od okrągłych czy długich zdań z wieloma „wiadomymi”. Ta niepewność w konstruowaniu tez świadczy, że Maliszewskiemu zależy na odczuciu i zrozumieniu danego wiersza, tomu czy poetyki autora, a nie tylko na „odfajkowaniu” recenzenckiego zadania. W jego tekstach czuć i słychać wysiłek, jaki wkłada – co ważne za każdym razem – w interpretację i analizę wierszy. Prof. Ryszard Przybylski twierdził, że poetów najlepiej rozumieją sami poeci, a krytykom ta sztuka zdarza się bardzo rzadko. Zdaje się, że Karol Maliszewski jest żywym dowodem tych słów. Od pierwszych stron Bez zaszeregowania miałam dojmujące odczucie przebywania z człowiekiem, który rozumie poetów jak mało kto. A jego sekret nie tkwi ani w wiedzy o literaturze, ani w bogatej erudycji, chociaż obie posiada. Tkwi właśnie w byciu samemu poetą.

Zarówno język krytyki, jak i podejmowana w książce tematyka, zostały podane przez Maliszewskiego tak przystępnie i ciekawie, że każdy znajdzie w niej coś, co go zainteresuje, a czytelnik poezji na pewno. Mnie zaciekawiły najbardziej trzy elementy: 1) wybór omawianych poetek, 2) spojrzenie krytyka‑mężczyzny na poetycką twórczość kobiet, 3) sposób narracji.

Maliszewski na wstępie wyjaśnia, dlaczego zdecydował się na powołanie do życia tej książki: „Przez trzydzieści lat najczęściej pisałem o wierszach poetów, a tylko okazjonalnie próbowałem rozumieć lirykę kobiet. Kiedy dostrzegłem tę rażącą dysproporcję, dojrzałem do rewizji, do ponownej lektury pominiętych, a może zlekceważonych, zasobów. Mówię o zasobach mojej biblioteki, w której kilku wielkim półkom z tomikami mężczyzn odpowiada tylko jedna z poetyckimi książkami kobiet. Nie wymyśliłem tej dysproporcji, ona wynika ze średniej statystycznej dotyczącej publikacji autorstwa kobiet”.

Nie chcę podważać danych statystycznych (nie znam ich zresztą), przyjmuję na wiarę, że taki stan biblioteczki autora wynikał z tej, a nie innej produkcji tomów, na korzyść (ilościową) mężczyzn. Co nie zmienia faktu, że te słowa mnie zaskoczyły. Po pierwsze dlatego, że wśród moich znajomych piszących jest bardzo wiele świetnych poetek, które wydają swoje wiersze, a nie tylko trzymają je w szufladach. W dodatku czasem nawet wydają w bardzo dobrych wydawnictwach. Po drugie dlatego, że patrzę na swoją biblioteczkę i nie widzę takiej drastycznej różnicy między liczbą tomów kobiet a mężczyzn. Ale pewnie to wynika z tego, ze nie jestem zawodowym krytykiem i nie trafiały do mnie tomy nominowane, nagradzane w konkursach ostatnich trzydziestu lat.

Za to pozytywnym zaskoczeniem autor zaczyna drugą część wprowadzenia: „Nie twierdzę, że poeci powiedzieli wszystko, więc teraz pokładam nadzieję w poetkach biorących się za to «wszystko» od innej strony, na innych zasadach”. Zaskakuje zarówno pierwsza część tego zdania – bo zazwyczaj spotykam się ze stwierdzeniem, że „w poezji powiedziano wszystko” – jak i druga, w której szczerość, przyznaję, trochę nie dowierzałam i podejrzewałam uprzejmą kurtuazję. Po lekturze książki wydaje się wygłoszona szczerze.

Jak wspomniałam, moją uwagę przykuły trzy elementy książki. Pierwszą z nich był wybór takich, a nie innych poetek i ich tomów. Co interesujące, nie wszystkie nazwiska pochodzą z list nominowanych do głównych nagród literackich. Piszę to nie ze złośliwości i nie żebym coś miała do konkursów, ale dlatego, że zawężanie pola tylko do tych kręgów i kręgów znajomych krytyków-jurorów nie satysfakcjonuje mnie. Więcej – odstręcza. Na szczęście Karol Maliszewski dostrzega nie tylko „centra”, ale i „marginalia” życia literackiego. Wspominając o antologii poezji kobiet z lat 1989–2009 pod intrygującym tytułem Solistki (Warszawa 2009), o której pisze, że „czyta się świetnie”, jednocześnie dodaje: „Raczej jestem skłonny przyznać rację tym, którzy twierdzą, że nie wysilono się w poszukiwaniach, nie spenetrowano wszystkich środowisk, pozostając w gronie znajomych królika. Nie ma niespodzianki, nowego otwarcia dyskursu, wydaje się więc, że mamy do czynienia bardziej ze swego rodzaju manifestacją niż rzetelną prezentacją. […] Lektura Solistek przyniosła i taki pożytek, że zacząłem rozmyślać nad twórczyniami zapomnianymi i przeoczonymi, które nie nadawały się do przywołania w antologii, nie spełniając swoiście sprofilowanych wymogów feminizmu i awangardyzmu, a także obracając się w kręgach zbyt oddalonych od opiniotwórczych centrów. Mowa więc o poetkach «podwójnie wykluczonych»”.

Prawda, że robi wrażenie? Na mnie zrobiło. Tym bardziej że za chwilę autor odsłania brak gotowości, brak postawionych z góry tez na opisanie poezji kobiet, o których chce wspomnieć w dopiero co rodzącej się w jego głowie (i na biurku) książce: „muszę przyznać, że nie mam na opisanie tych odrzuconych jakiegoś gotowego języka, będę się więc poruszał w czasie po omacku, czyniąc po drodze notatki, z których wyłonią się w przyszłości i postawa, i perspektywa”. Wydaje mi się, że rozumiem, o jakim rodzaju wykluczeniu pisze Maliszewski. Mogę tylko powiedzieć, że zasłużył tym wyborem, tak postawioną optyką na twórczość w ogóle na mój ogromny szacunek. Kilka nazwisk, które padają w książce, znałam już wcześniej, kilka odkryłam. Nie będę zajmowała się ich omawianiem, bo przecież to była rola autora Bez zaszeregowania, który już na początku tłumaczy, według jakiego klucza dokonał swojego wyboru oraz analizy ich tomów:

Moją interpretację wyjątkowo mocno porusza kwestia różnie rozumianej „niegotowości”, dość często pojawiająca się w świadomości poetyckiej niektórych kobiet. […] Przyglądam się dzieciństwu, jako tematowi, do którego wiele autorek uporczywie powraca, kreując wielopostaciową i wewnętrznie skomplikowaną […] figurę «dziewczynki». […] Próbuję […] wskazać na wewnętrzne podziały w obozie poetek. Na dokonujące się tam rozróżnienie na autorki rzeczywiście odkrywcze i odważne oraz te nadal ufające staroświeckiej frazie. […] Ponadto opisuję […] problem ciała i cielesności, kolejny istotny punkt odniesienia dla niektórych autorek. Szczególnie interesuje mnie widoczne w ich wierszach przejście: ciało–środowisko społeczne–język (kształt wypowiedzi poetyckiej). […] pokazuję, jak rozwija się nurt ekokrytyczny w nowej poezji kobiet. Zmiany we wrażliwości i dyskursie pociągają za sobą eksperymenty z dosadnym językiem potocznym oraz różnymi odmianami młodzieżowego żargonu, z poszukiwaniem form odstających od schematów niegdysiejszych konfesji. Często są to elementy drastyczne, wykorzystujące takie zasoby polszczyzny, które uważano za mało poetyckie, zbyt wulgarne i brutalne. W specyficzny sposób użyte podkreślają stanowczość obyczajowej i politycznej rewolty. Za tak konstruowaną poetyką stoi przeświadczenie, że nie ma już miejsca i czasu na ciche wzdychania i prywatne bunty. Kontestacyjne gesty niektórych młodych kobiet brzmią jak krzyk, stając się aktem kulturowym o charakterze społecznym.


Wiem, cytat był długi, ale świetnie i w sposób skondensowany prezentuje omawianą w książce twórczość poetek. Fragmentów, które chciałabym tu przytoczyć, jest wiele, ale skupię się tylko na tych, które odnoszą się do dwóch pozostałych z trzech interesujących mnie najbardziej elementów książki. Przypomnę, że drugim było spojrzenie mężczyzny na poezję kobiet. Uważam, że jest ono jednym z największych atutów tej książki. Sam autor musi mieć świadomość wartości takiej sytuacji, skoro pisze w przedostatnim szkicu o poezji Ewy Włodarskiej: „Patrzymy na kobietę, a ona patrzy na nas. Coś interesującego zastyga na przecięciu spojrzeń”. Co nie przeszkadza mu wcześniej – w recenzji Morderczych ballad Marty Podgórnik – nazwać siebie „słoniem w składzie misternie zdobionej porcelany, pośród wzruszeń i rekwizytów tak teatralnie kobiecych, że być może w ogóle nie jestem w stanie odnieść się do nich w poprawny sposób”, a swoją recenzję nazwać „sprawozdaniem z lektury niedoskonałej, męskiej i obcej”. Nie wiem, jak wasze serca, ale moje kupuje się właśnie takimi frazami. Jest w nich wpisana nie tylko autoironia, dystans do siebie jako krytyka (recenzenta), ale przede wszystkim ogromna dojrzałość (oczywiście te dwie pierwsze cechy też z niej wypływają). Zresztą Maliszewski od początku zaznaczał swoją perspektywę, z której będzie oglądał wybrane poetyki, podkreślając, że nie będzie to perspektywa Michała Głowińskiego, który „namaścił” Wisławę Szymborską swego czasu na „poetę” (O Wisławie Szymborskiej słów kilka).

Czy zatem niestrudzony krytyk-poeta znajduje w swoich wysiłkach punkty styczne z omawianymi wierszami? Czy udaje mu się zrozumieć, odczuć – choćby częściowo – kobiecą wrażliwość? Myślę, że tak. I kto wie, może nawet w stopniu większym, niż sam siebie o to podejrzewał przed rozpoczęciem pracy nad tą książką. Bo kiedy zadaje (sobie, poetce, nam) pytanie: „A czego się szuka?” (w wierszach z tomu Droga do domu Danuty Góralskiej-Nowak), odpowiada krótko i rzeczowo: „Przede wszystkim sensu”. Jako czytelnik płci żeńskiej miałam to samo odczucie. W tych wszystkich poetykach – bez względu na zastosowany język – ze „staroświeckimi” frazami czy wulgaryzmami toczy się walka o sens: o jego indywidualne poczucie/przeświadczenie i o nadanie lub uratowanie sensu. Może on dotyczyć najróżniejszych spraw, ludzi, rzeczy. Od zajmowania się problemami globalnej wioski, chęci bycia adwokatem flory i fauny, przez problemy społeczne i bycie adwokatem wykluczanych (nie tylko kobiet, ale najczęściej ich), po bycie adwokatem we własnej sprawie, najczęściej bardzo zanarchizowanym adwokatem, a raczej adwokatką. Użyte określenie „adwokata/adwokatki” może kogoś (szczególnie same poetki) razić. Bo czy w poezji chodzi o przekonanie kogoś do swoich racji? Niby nie, ale zadaniem akurat tego zawodu prawniczego jest obrona. A ja podczas lektury cytowanych przez Maliszewskiego wierszy miałam wrażenie, że te wszystkie kobiety albo bronią się przed czymś (na czele ze społeczno-kulturowymi schematami, w które się je wtłacza od dziecka-dziewczynki), albo bronią kogoś/czegoś/spraw, co dla nich ma właśnie sens.

Czy autor Bez zaszeregowania – przekornie powiem – nawet jeśli jest mężczyzną, umie przyjąć kobiecą optykę? Wydaje się, że tak, skoro pisze o wierszach Jadwigi Maliny z tomu Strona obecności tak: „obrazki te mają to do siebie, że nie kłamią, a wręcz przytłaczają prawdą”. Jeśli krytyk-poeta dostrzega prawdę w wierszach, to jest już coś. I to coś po raz kolejny zaświadcza o tym, że prawda nie ma płci i nie jest przez nią zdeterminowana. Może to najważniejsza (przynajmniej dla mnie) nauka płynąca z najnowszej książki Karola Maliszewskiego – że w procesie zbliżania się do wierszy i odczytywania ich sensów ważniejsza od płci jest nasza wrażliwość.

Na koniec przytoczę jeszcze jeden z moich ulubionych fragmentów odnoszący się do tomu Nie znałam Chrysta Edy Ostrowskiej: „Znowu ktoś spoza giełdy literackiej, człowiek mający tylko wiersze za i na usprawiedliwienie. I nieraz go usprawiedliwiają. Nieraz niczego nie mogę z tego zrozumieć. Wtedy czuję, że są w naszej współczesnej poezji rzeczy, o jakich się krytykom nie śniło”.

Karol Maliszewski: Bez zaszeregowania.
O nowej poezji kobiet.

Wydawnictwo Universitas,
Kraków 2020, s. 264.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.