09/2019

Andrzej Zieniewicz

„Dobry wiersz zazwyczaj sam wyłania się z nicości”

Szukając najkrótszego określenia, powiedzmy, że w poezji Stanisława Czerniaka intelektualny opis świata wisi na gramatyce; na „Nagim ŻE” (tak się nazywa jeden z tomów tego autora); na składni zdania, która manipuluje naszym poczuciem istnienia. Bo to poczucie wyraża się oczywistością gramatycznej budowy oznajmienia, np. myślę, więc jestem. Ale jeśli zaczniemy tę oczywistość podważać, zamiast więc, podstawiając jeżeli albo inne operatory, to zaczną nam się odsłaniać nowe możliwości; myślę, jeżeli jestem; myślę, czyli jestem; myślę czy jestem.

Pewnie, można to uznać za tanią albo dziecinną kontestację filozoficznych formuł, ale autor – Stanisław Czerniak – jest zawodowym filozofem, profesorem PAN-u, poezję uprawia raczej obok filozofii niż w ramach jej akademickich obrządków. Czy nie może pomajstrować trochę w samej gramatyce ontologicznych oznajmień? Tak by wiersz stał się filozoficzną osobliwością, przechadzką między żartem, nieoczywistością a sceptycyzmem. Albo zadawaniem pytań akademicko zakazanych lub nietaktownych. Bo np. jak to jest z tym istnieniem? Istniejemy sami czy razem z kotem?

Czy pan wie, co to znaczy „odlepić się”, „odlepienie”?

Żyjemy przylepieni do zdarzeń i rzeczy

Pies a my razem z psem, kot – a my przy kocie.

Na weselu tańczymy do samego rana

Nikt nas nie oderwie od toastu, od orgazmu,

Od czekania na Godota.

Ale później nic się już nie klei:

my sobie, toast sobie, Godot woli spotkać

kota.

W stanie odlepienia

dziwimy się światu,

że jest w kocie i Godocie,

a na nas nie czeka.

(Odlepienie z tomu Iskra buntu)


Zauważmy teraz: wolno w tym wierszu dostrzec mały traktat o istnieniu, ale można też zobaczyć, że na dobrą sprawę cały wiersz wisi na pewnej mieszkającej w języku myśli, że coś się nie klei. A jeśli nawet klei się, to co z czym? I czy przylepienie to uczucie? A bycie w stanie odlepienia, to niby co? Schopenhauerowska kontemplacja, Sartrowskie mdłości, starość? A czy dziwimy się dopiero, gdy nas odlepią? No i, niezależnie od tego, jak są możliwe sądy syntetyczne a priori, czy w ogóle można iść bez psa na spacer?

Otóż poezja Stanisława Czerniaka mieszka w miejscu podobnych pytań. Ważnych, może najważniejszych, ale nie dających się przenieść w tryb rozważań analitycznych, bo najpierw te pytania (zdziwienia, olśnienia, zwątpienia) są zwykle z odkryć języka potocznego (np. „kleić się”), oszlifowanych następnie do postaci najczyściej lakonicznej, a nie najuczeniej filozoficznej. A po drugie – to szlifowanie idzie w kierunku takiego majstrowania przy gramatyce, żeby sens nie zmieścił się w tak‒nie, ale odsłaniał coś nie do pomyślenia.

Stukam w niemalowane

drewno

świątek i piątek

ale świat myśli pewnie

że to dzięcioł.

(Magia)


Kpina? Lecz gdy chwilę podumać, odsłania się coś, jak głębsze nie-do-pomyślenie. Że nasza religijność, albo szamaństwo, na nic? Możliwe, ale czy pytanie: a co świat na to?, nie odsłania domysłu, że byt nas zwyczajnie nie zauważa. Skoro myli z dzięciołem. Może zresztą też przesądnym.

Z pewnym przybliżeniem można powiedzieć, że wiersze Czerniaka – konceptualnie olśniewające i spisane jedynym w swoim rodzaju językiem poetyckim (zaraz coś o nim powiem) – to jakby poezja sytuacji, w której filozof na spacerze (z psem, obowiązkowo!) układa sobie w głowie możliwości przekształceń potocznych oczywistości – w nieoczywistość. Przychodzi mu do głowy coś, co zaraz odwróci. Jakby grał z językiem w szachy. Albo rekonfigurował kostkę Rubika. Poeta mówi o tym, że „Dobry wiersz zazwyczaj sam wyłania się z nicości” (Wiersz VIII). Wyłania się na przykład, gdy myśli: „Kiedy urzędnicy nas zdezaktywują” i zastanawia się, co dalej: „ostatecznie / położą na marach / (na podłodze przy biurku) / a potem rytualnie / umieszczą w niszczarce / na pewno zapomną / zrzucić się na (choćby najtańszą) / urnę” (Urna).

Jak to się ma do Horacego: nie wszystek umrę? Poezja z filozofią (bo chodzą oddzielnie, ale legną razem) pocięte na wąziutkie paski biurokratycznego nonsensu zostaną uśmiercone rytualnie (może to zrobią towarzysz X i towarzysz Abramowski, jak pod koniec Szewców Witkacego), ale zamiast pomnika trwalszego od spiżu, resztki zmiecione z biurka wsypie się do urny… No tak, ale kto za nią zapłaci? Będzie z przydziału? Urzędnicy się zrzucą? Tylko jak to zaksięgować? A swoją drogą: mieliby tyle przyzwoitości, żeby dać parę złotych, czy ma to po prostu załatwić sprzątaczka? Wybieram z tomu najprostsze teksty, np. „«Nie wywołuj wilka z lasu». / To jest do zrobienia. / Trzeba wyciąć las, / wznowić odstrzał wilka” (Fraszka II), by pokazać coś, w moim przekonaniu, arcyważnego. To, że wiersze Stanisława Czerniaka mają wpisaną w swoje konceptualizacje strukturę rozmyślań wokół języka, w który wikła się świat, istnienie, historia. Chociaż, czy rozmyślania mają strukturę? No, to niech będzie: aurę, klimat, rytmikę, i nie o perypatetyczne przechadzki chodzi, tylko o to, że wiersze z tomu Powrót zdarzeń nie są monologiem ani dysputą, ani objawieniem (jeszcze najprędzej), ani ironią. Są rozmyślaniem, czyli miejscem, które inni poeci odwiedzają, gdy poezja Czerniaka ma tam stałe zameldowanie. Gdyby wyobrazić to sobie w postaci mapy (planszy), gdzie mielibyśmy po prawej Miłosza, a po lewej Przybosia, natomiast na górze Leśmiana, a na dole Szymborską – to poezja Stanisława Czerniaka mieściłaby się gdzieś w środku tak oznakowanego obszaru.

Między Miłoszem a Przybosiem o tyle, że dla pierwszego wiersz jest małym esejem historiozoficznym, a Czerniak też to uprawia, ale do awangardowego słowiarstwa Przybosia mu bliżej, bo dla niego zdanie nie jest opisem, tylko okazją do semantycznego majsterkowania. A znów dla Leśmiana przestrzeń między być i nie być, takie półbycie, niedosen, ślad zawieruszony w śniegu, jest zawsze zaświatem przedstawionym, czyli jakąś tamtą stroną, widzianą niby kraina widm, gdy dla Czerniaka to raczej przejście do równoległego wszechświata, możliwość zawarta w zdaniu, gdy stanie dęba w gramatycznej wywrotce.

„Sprzątanie po końcu świata.

Tylko poważne oferty”.

Zagadnąłem żonę: może warto by zamówić

ekipę do mojego gabinetu

[…]

To oczywiście tylko (raczej średni) dowcip,

ale jest tu też poezja:

swojskiego początku

po końcu świata.

(Swojski początek)


A patrząc od strony Szymborskiej: dla niej nic to ślad ewolucji. Nic, ale po neandertalczyku, po ognisku w grocie, gdy dla Czerniaka nic to „plecy czasu”. Coś w rodzaju przyczynowości, ale widzianej od kulis, od zakurzonych, gramatycznych rusztowań naszego myślenia; i wtedy okazuje się, że cała chronologia, historyczność, czyli każde coś, które się wydarza raczej niż nic, wydarza się, bo…, wydarza się, ponieważ…, wydarza się, jeżeli… – czyli w naszych schematach pojęciowych. A co, jak się one rozsypią?

Jeżeli coś tam, to…

Ale „to” może wypaść

z gry i „jeżeli”,

zamiast tworzyć czas

będzie tropić jeże

w lesie

(Jeżeli)


Czyli skandal metafizyczny. „Jeżeli” uwolnione od „to”?! Kto to widział?! Do czego to podobne?! Czy ja wiem? Poeta też nie wie, ale od czegoż wyobraźnia lingwistyczna? Może podobne jest do jeż-a (od pierwszych liter). A jak „wypadnie z gry”, to co? Pójdzie na spacer? Do lasu? I zamiast przyczyny i skutku będziemy mieli świat „najeżony” niepoznawalnością? Jeden z filozoficznych dowcipów, w jakich się Czerniak kocha. Ale z drugiej strony taka myśl: „jeżeli tworzy czas”. Więc Miłoszowa historiozofia, ale po Przybosiowsku zgęszczona do aforyzmu, i nic, bardziej Szymborskie niż Leśmianowskie, bo nie jako scena zaświata, lecz raczej werk naszych mechanizmów poznawczych.

Tak opisane z zewnątrz wiersze Stanisława Czerniaka (Irzykowski nazywał podobny opis oglądem zwierzęcia podczas snu) są trudne, choć urzekające. Nikt chyba tego w poezji nie robił – nie prowadził takich odjęzykowych zadum, takich kolokwiów na temat możliwości demontażu samej gramatyki opisu istnienia. Można je teraz filozoficznie objaśniać; ile w nich z Heideggera, ile z Wittgensteina, ile z Plessnera, i tak zrobił w swojej świetnej książce o Stanisławie Czerniaku Paweł Dybel. Można je uznać, jak Marek Pieczara w posłowiu do Powrotu zdarzeń, za rodzaj intelektualnej awantury (bo więcej niż kłótni) – ale można też zobaczyć w nich pewien styl, któremu dość blisko do aforystyki Leca, choć Lec odwracał sens zdania i stawiał kropkę, gdy Czerniak wciąż coś sobie układa w nieustannym poszukiwaniu prywatnego języka.

Ten styl opiera się na wyobraźni syntaktycznej, na „urojonych połączeniach” składniowych w typie: „To, co jest – jest. Chociaż może tak się tylko zdaje. Nie wiadomo, co jest co, czy jest odnosi się do to. I czy jeśli jest pojawia się dwukrotnie, to jedno znosi drugie i ich obu (obojga?) nie ma” (Wątpienie). Leśmian igrał przedrostkami z zaprzeczeniem, np. niedocień, Czerniak igra z gramatyką, uzależnia byt od logiki nazywania. I teraz, właściwie pod koniec recenzji można dopiero zacząć mówić, o czym są te wiersze. Otóż o sytuacji poznawczej (proszę darować żargon) dzisiejszego intelektualisty, któremu socjologia i historia świata objawia się w syntaktycznym krótkim spięciu z jego ontologią i z jego fikcją. Bo jeśli w historii zdarzenia powracają, to ich jakby nie ma: „Co się miało zdarzyć, / już się wydarzyło. / Teraz wszystko się od – zdarza” (Nieważkość). Oczywiście, poeta wie, że narzeka, ale z drugiej strony, czy stać nas na głębszą prawdę, gdy wszystkie one są atrapami, przez zbiorowe użycie przemienionymi w schematy.

„Związek przyczynowy, / twierdził Hume, / to wyrafinowany produkt / przyzwyczajenia” (Jeżeli), a postępy w odrzeczywistnieniu świata są tak znaczne, że w końcu przestajemy grać w te grę, tulimy się do „jeżeli” bez przyszłości. Pamięć wobec braku istotnych zdarzeń nie wie, co ma robić sama ze sobą, znaki czasu zostały zamiast czasu, niedługo pewnie od nieistnienia boga też będzie się można ubezpieczyć, piękno oddzielone od obrazu jest dostępne teraz w pigułce, słowem, nowy, wspaniały świat idzie w kierunku neantyzacji jako wyzucia z żywego sensu, bo skoro wszystko się powtarza, to jakby znika w schemacie oczywistości. Taki świat, podszyty faktycznym niebyciem przy pozorach istnienia, stawia osobę wobec wielu odmian dystansu: od wzruszenia ramion do głębokiego pesymizmu, ale przede wszystkim wobec perspektywy autokreacyjnej. Jak myśleć siebie, by się z tego schematyzmu, znaczącego nieistnienie, wywikłać? Otóż właśnie poezji przypada tu zadanie budowy tożsamości jako pochwały myślenia w poprzek tego, co dozwolone, nakazane i oczywiste. Myślenia w prywatnych schizmach wywracania na nice aksjomatów, w fantazmatach urojonych gramatyk, w szlifowaniu wieloznaczności, ale przede wszystkim samego myślenia, trudnej frajdy z samodzielności i dociekliwości układania monologów-koanów na spacerze: „Jeśli w kosmosie równoległym / jest to samo, / za wyjątkiem kotów, / to nie jest / to samo. // Koty można wprawdzie / stworzyć / dla ozdoby tego świata, / lecz to będą inne koty, / równoległe. // To samo jest / w osobie, / która (skoro jest niepowtarzalna) / cierpi wciąż tak samo, / obojętne w tym, czy w n-tym świecie” (To samo).

Wiersze Stanisława Czerniaka trzeba czytać powoli. I mówiąc, że są wymyślane na spacerze, robię pewien skrót, mam nadzieję czytelny. Bo nie chodzi o żadną improwizacyjność. Przeciwnie, są wyszlifowane do ostatniego przecinka, ale nie budują ani wzoru piękna, ani moralistycznego przesłania. Budują dociekliwą fantazję jako wolność. Możliwość pospacerowania myślą tam, dokąd inni nie chodzą.

Oczywiście, to są fantazje tożsamości refleksyjnej. Walczącej białą logiką o przestrzeń wolności od „porządku”, jako déjà lù, déjà vù, déjà êcrù. Tożsamości filozofa, szamoczącego się w gorsecie terminów i kategorii, które mu zbrzydły i wobec których czuje się jak jedna broszurka w tysiącu bibliotek. Wedle znanej anegdoty: czy ziemia jest płaska, czy okrągła? Wszystko jedno, mogę wykładać i tak, i tak. Ale to, czego mi trochę brakuje w tej poezji, to pytanie: a co z mniej refleksyjnymi aspektami tożsamości? A gdzie truskawki, pierwsza miłość, łzy na koncercie? Otóż, jak się zdaje, tożsamość poetycka Czerniaka jest pod tym względem labilna. W tym raczej mieszka, co sama kreacyjnie tworzy, niż co niekreacyjnie pamięta. Buduje podmioty-alternacje. Nie ogląda starych fotografii. Ma za to sporo filozoficznych (a jednak!) koncepcji na temat wieczności, śmierci, powtarzalnej historii (czym tutaj się nie zajmę), ale myśli też rzecz bardzo ważną. Otóż myśli, że wciąż tracimy osobę w tym, co przedeptane, albo czujmy ją tylko między mdłościami a trwogą istnienia. Ale to wtedy, gdy żyjemy samotnie. A nie, gdy do jakiegoś psa i kota jednak przylepieni. Inaczej: poezja przylepia nas. Tymi zakazanymi połączeniami, szukaniem nieprzedeptanych jeszcze ścieżek, które otwierają się na moment, w błysku koanu, ale jednak. Czyli wiersz to amulet. Ja jednak chciałbym myśleć, że przylepienie to coś trwalszego.

I właściwie w tym punkcie mógłbym zacząć dyskutować z Powrotem zdarzeń, tzn. z całym żywym w tej zbiorze wątkiem krytyki kultury, ale poczekam, ponieważ ani rozmyślania o determinizmie historii, ani o doświadczeniu iluminacji jakoś mi, po Zagładzie i po Jałcie, nie wydają się najpilniejsze. Wolę rozmyślać o schodzeniu poniżej poziomu zdania opisowego i o fantazjowaniu na tematy dociekliwości językowej, o czym jest, w największej części, wspaniała książka Stanisława Czerniaka.

Stanisław Czerniak: Powrót zdarzeń
Instytut Wydawniczy Książka i Prasa
Warszawa 2019, s. 156.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.