10/2020

Grzegorz Strumyk

Gorsze rzeczy

Ubrał się i wyszedł.

Jesienią już nie powinno było go tu być. Jak statku kosmicznego. Bo jest.

– Bo jestem.

Obce choroby, obca starość i śmierć, jak przeszkody ustawione przez obcego na drodze. Pielęgnowane morderstwa. Bliska tylko bezbronność. Uciekał przed szczerą obojętnością. Miał swoją bazę, dom, pamięć, moc doświadczeń, umiał w lot zrozumieć, odczuć wszystkimi zmysłami narastający, niczym nowa konstrukcja, rozpad wewnątrz. Nie było dla niego za trudne odczuć i zrozumieć, że podążamy jednym zaprogramowanym torem, nie mógł tylko już na to patrzeć i nie mógł słuchać, jak się o tym mówi, nie wiedząc. Najwyraźniej kończyła się jego wytrzymałość na oglądanie obrazów i wiadomości o wydarzeniach oddalonych o setki, tysiące kilometrów. Tym bardziej pozbawiony był sił, by coś zmienić. Informacje były widzialną i słyszalną przeszkodą w podążaniu jednym torem z innymi. Musiał przestać słyszeć i widzieć. To już się nawet samo zaczęło w naturalnym procesie zużycia narzędzi, jakimi ciało dysponowało od młodości. Zużywały się instrumenty, ale nie zmysły, te nabierały nowych pragnień, pożądały doznawania prawdy.

– Łatwo ze mną nie będzie – powiedział z pewnością, jaka przychodzi w chwili ataku albo obrony.

– Trudniej w mieście o ciszę. Albo łatwiej. Tak samo. Bez różnicy. To jest już wszędzie. Trupy w stanie czynnym. Zachowane w dobrej formie morderstwa. Słowa naśladujące życie. Niewolniczo kontrolowane. Trzymane, jak w kostnicy, wyciągane dla osiągnięcia celu. Użyte, zanim zostają wypowiedziane. Czy nigdy nie wyjadę stąd na zawsze? Zostanę w historii zakłamanej do ostatniego użytecznego zdania? Bo są jeszcze na szczęście słowa nie niosące informacji, słowa pomylone, wypuszczone z oddechem, uwolnione od ich rozumienia. One doprowadzają do ciszy wsłuchania się w siebie. W siebie. Póki nie jest za późno. Na ratunek innemu życiu.

Ze starego domu pomiędzy mieszkalnymi blokami, w siatce ulic, gdzie każda rzecz miała wyznaczone miejsce, wyszedł na gruzowisko i od razu zaczął się ślizgać na falujących powierzchniach.

– Nie, nie. Wiem. To wszystko po to. Tu nic się jeszcze nie stało.

Musiał nagle się zatrzymać, spojrzeć jeszcze pod siebie i wpatrzony w niebieskie buty wybrać drogę.

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.