03/2021

Elżbieta Baniewicz

Grzecznie już było

Jesienne strajki zaskoczyły wielu polityków. Z oburzeniem zareagowali na hasła w większości inteligentne i dowcipne: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”, „Czem prędzej się wybierajcie!”, „Chcę do domu, ale imperatyw kategoryczny mi nie pozwala”, „Rząd nie ciąża, można usunąć”, „Kot może zostać – reszta **********”. Prawicowi publicyści syknęli jadem i obelgami, no bo jak to możliwe, by młode i nie tylko młode kobiety i wspierający je młodzi mężczyźni w dużych, mniejszych i całkiem małych miejscowościach wyszli tłumnie na ulice, broniąc swojej podmiotowości. Zamiast siedzieć w domu, wychowywać dzieci, obsługiwać pokornie pana męża, manifestują, krzyczą i nie dają się uciszyć, a do tego jeszcze spowodowały, że mężowie, bracia, partnerzy, dziadkowie nawet popierają je i też wychodzą na ulice.

To zła wiadomość dla polityków, ale też widać, jak bardzo się do tej sytuacji nie przygotowali. Nie zauważyli, że na świecie kobiety coraz częściej zostają premierami (Finlandia, Norwegia, Islandia, Nowa Zelandia, Niemcy, liderka wolnej Białorusi, nowa wiceprezydent USA) i pełnią odpowiedzialne funkcje polityczne od szefowej Unii Europejskiej po szefową Banku Centralnego itd. U nas też obejmują wiele stanowisk, wystarczy przypomnieć ostatnie wyniki wyborów na wyższych uczelniach i liczbę kobiet rektorów, choć do równości jeszcze daleko. Mimo tych widocznych gołym okiem faktów rządząca prawica uważa, że naczelnym i podstawowym zadaniem kobiety jest rodzenie dzieci (uszkodzonych nieodwracalnie płodów także) oraz dmuchanie w ognisko domowe. Konwencja antyprzemocowa jest niepotrzebna, skoro u nas prawo jest doskonałe, a „pojedyncze” przypadki przemocy domowej nie mogą zakłócić sielankowego obrazu szczęśliwej rodziny przywiązanej do tradycyjnych wartości, co, jak wiadomo, jest nad Wisłą wzorcową praktyką.

Gdyby politycy zechcieli chodzić do teatru i czytać książki, już dawno zauważyliby wielką zmianę pokoleniową. Zygmunt Hübner, mój wspaniały nauczyciel w Akademii Teatralnej, uważał, że reżyseria w żadnym razie nie jest zawodem dla kobiet, chyba że byłaby to Lidia Zamkow. Dziś problem nie istnieje, kobiety po prostu pracują w teatrze na takich samych prawach, jak mężczyźni, a nawet bardziej niż oni bywają radykalne. Niedawne Warszawskie Spotkania Teatralne, które prezentują stołecznej publiczności tak zwane gwoździe sezonu, pokazują tę tendencję bardzo wyraźnie. Kobiety zrealizowały pięć z dziewięciu pokazanych przedstawień nurtu głównego oraz wszystkie cztery z tzw. przedstawień towarzyszących.

Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę odbywający się w tych samych dniach krakowski Festiwal Boska Komedia, to obecność kobiet realizatorek była wyjątkowo widoczna. Także jeśli chodzi o wyrazistość i odwagę, z jaką poruszały tematy przemocy w związkach, rodzinach, wobec mniejszości czy osób wykluczanych.

Najbardziej poruszyły mnie przedstawienia Iwony Kempy: Miłość od ostatniego wejrzenia, według książki chorwackiej dziennikarki i pisarki Vedrany Rudan, z Teatru Dramatycznego w Warszawie oraz Kobiety objaśniają mi świat według scenariusza reżyserki i Anny Bas z krakowskiego Teatru Nowego Proxima, opartego na zbiorze esejów autorki „Guardiana”czy „Harper’s Magazine” Rebeki Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat. Oglądam przedstawienia tej reżyserki od lat z przyjemnością, wybiera zwykle ważnych autorów i realizuje ich teksty z dobrymi aktorami; scenografia czy muzyka pozostają minimalistyczne. Najważniejsze, co dziś rzadkie, są dla niej słowa niosące myśl i prawda przeżycia aktorskiego, a nie efekty wizualne.

Przedstawienie krakowskiego Teatru Nowego Proxima powstało dwa lata temu i ma formę koncertu. Kilka pulpitów do nut, kilka mikrofonów, pusta przestrzeń niby piwnicy, jako ozdoby dwie białe suknie – symbole niewinnej kobiecości. Pięć świetnych krakowskich aktorek (Anna Tomaszewska, Martyna Krzysztofik, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Katarzyna Galica, Alina Szczegielniak) wraz z towarzyszącymi im na gitarze Kingą Piekarz, a na perkusji Lilianą Ziemian tworzą buntowniczy koncert na teksty i piosenki. Ubrane w niemal prywatne ciuchy – czarne topy, krótkie sukienki, porwane dżinsy czy ramoneski albo sportowe bluzy do tego sneakersy czy adidasy – prowadzą narrację brzmiącą jak osobiste wyznania, bo też sprawa dotyczy każdej z kobiet. Wtłaczanych przez mężczyzn w stereotypowe wizerunki podyktowane patriarchalną kulturą oraz dotkniętych przemocą zarówno psychiczną, jak i fizyczną.

Jedna z aktorek opowiada, jak kobieta, która nie ma dzieci i nie chce ich mieć, zostaje wykluczana z wielu społecznych relacji, gdyż przekonanie, że spełnieniem, wręcz obowiązkiem kobiety jest macierzyństwo, jest silniejsze niż uszanowanie jej woli. Inna porusza kwestię wolnej miłości, do której mają prawo mężczyźni, a kobiety niekoniecznie. Przemoc w związkach to kolejny temat opowieści kobiet domagających się podmiotowości. Każda z nich jest w innym wieku, ma inny temperament, inaczej artykułuje swe potrzeby, ale ich opowieści brzmią mocno i stanowczo. Czasem prowokacyjnie, gdy najstarsza z nich opowiada, że prowadzi dom schadzek jak biznes, bo jest na to po prostu popyt. Aktorki świetnie wczuwają się w role kobiet upokarzanych, poniżanych, ale równie świetnie się przeciw tym rolom buntują, śpiewając znane piosenki Patti Smith, Niny Simone, 4 Non Blondes czy wykrzykując „swoją prawdę”.

Miłość od ostatniego wejrzenia podejmuje podobny temat, tylko w jeszcze ostrzejszej formie. Autorka wstrząsającej książki Usta, gardło, nóż zbyt wiele doświadczyła w czasie ostatniej wojny na Bałkanach, by mówić łagodnie. Jej zdania jak sztylety wbijają się w czujące ciało i myślącą duszę widzów. Pokazują, że przemoc psychiczna jest znacznie gorsza od fizycznej. Bohaterki przedstawienia opowiadają kolejne seanse, jakie fundowali im ojcowie, mężowie czy partnerzy: poniżające słowa, wyzwiska, niedowierzanie, traktowanie jak osoby upośledzone mentalnie, zastraszanie, śledztwa w idiotycznych, nieważnych zupełnie sprawach prowadzone z sadyzmem. By wbić do głowy, że jedynym przeznaczeniem kobiety jest poślubienie faceta i służenie mu.

Aktorki (Karolina Charkiewicz, Magdalena Czermińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska, Małgorzata Niemirska), ubrane w białe ślubne sukienki, referują kolejne seanse przemocy słownej i fizycznej, jakich doznawały ich bohaterki tylko po to, by podbudować męskie ego; im słabsze, tym brutalniejsza była jego obrona. Ale grane przez nie kobiety już zrozumiały, że nie muszą nadal być ofiarami: córkami przebaczającymi wyzwiska i bicie pasem, uległymi, poniżanymi żonami, gotowymi zawsze do współżycia. Wiedzą już, że nie muszą nieść swego krzyża, jak to czyniły ich babki czy prababki. Same parodiują zachowania mężczyzn, obśmiewają je i tym sposobem uwalniają się od przemocy, od wmówionego im przekonania, że są mniej od nich warte, więc muszą być uległe i posłuszne. Przeciwnie, stają się na naszych oczach odważne i wolne.

Teatr mówi o tym bardzo dobitnie, czego dowodem może być kolejny spektakl towarzyszący Spotkaniom I że Cię nie opuszczę Gérarda Watkinsa w reżyserii Aldony Figury. Opowiada historie miłości dwóch par: muzułmanki Rachidy (Anna Szymańczyk) i Francuza Liana (Kamil Mróz) oraz Ani (Paulina Kinaszewska) i Pascala (Maciej Starbiński). Aktorzy w zgodzie z autorem poddają wiwisekcji dwa różne, wydawałoby się, związki miłosne. Zaczynają się one wielkim, wręcz romantycznym uczuciem, a kończą przemocą i rękoczynami, rozstaniem i traumą. Kolejne pęknięcia wydają się zrazu niewinne, to może być gest, mina, grymas ust, później już gesty zniecierpliwienia, skoro partner bierze dragi i nic nie wskazuje na to, że chciałby z nich zrezygnować z powodu narodzonego dziecka, do czego zresztą zmusił partnerkę, bo chciał być ojcem. Potem zaczynają się groźby, wyzwiska, wreszcie rękoczyny i ucieczki kobiet przed przemocą. Przy czym stroną słabszą w radzeniu sobie w trudnych okolicznościach okazują się mężczyźni; kobiety próbują ratować swe związki i partnerów. Do czasu, gdy uświadamiają sobie, że to już nie ma sensu i lepiej być samej, niż stale wojować z kłębowiskiem nerwic i kompleksów.

Jedną z pierwszych pisarek walczących o prawa kobiet była Virginia Woolf; uważała, że pierwszym krokiem ku wolności kobiety są własny pokój i własne pieniądze na utrzymanie. W czasie Spotkań miała miejsce sceniczna prapremiera jej powieści Pani Dalloway z 1925 roku. Adaptatorka i reżyserka Marta Miklasz tę wielowątkową prozę, pełną meandrów czasu, zatem wspomnień i subtelnych rozważań psychologicznych, postanowiła dodatkowo jeszcze skomplikować. Zamożna, pięćdziesięciojednoletnia Klarysa Dalloway (Agnieszka Roszkowska), obracająca się kręgach arystokracji i władzy, często wraca pamięcią do szczęśliwego dzieciństwa na wsi. Być może dlatego Londyn stał się na scenie kwietną zieloną łąką, a sama Virginia Woolf (Anna Stela) narratorką i postacią rozmawiająca z bohaterkami, które sama wymyśliła. Spektakl, oglądany on-line podobnie jak pozostałe, wydał mi się mało czytelny dla kogoś, kto powieści nie zna. Świat Klarysy zastanawiającej się, czy dobrze zrobiła, poślubiając Ryszarda, nudnego polityka, czy może postąpiłaby słuszniej, oddając rękę Piotrowi Walshowi, który właśnie powrócił z Indii, gdzie pracował na chwałę Imperium, został tu zamknięty w sielskim ogrodzie. Dlatego rozważania o władzy i przeznaczeniu snute przez bohaterkę, zalegającą pośród bujnych traw i kwiatków, jakby jeszcze nie ubraną na spotkanie z gośćmi, wydał mi się zbyt pretensjonalny. A umieszczenie autorki pośród bohaterów raczej utrudnia zrozumienie tej rozwibrowanej psychologicznymi doznaniami prozy. Kontury postaci zacierają się i nie bardzo wiadomo kto, co i dlaczego. Może to kwestia oglądania on-line, gdy nie widać całej sceny.

Wrócić do tej pisarki zawsze warto; zrobiła to Agnieszka Glińska, czytając Panny z Wilka Iwaszkiewicza „oczami” Virginii Woolf, co zmieniło perspektywę ich bohatera, o czym pisałam w ubiegłym miesiącu. Jej spektakl także został zaproszony na jubileuszowe 40. Spotkania Teatralne, tak bardzo zdominowane przez kobiece narracje. Wypuszczone z puszki Pandory już do niej nie wrócą, już nie da się ich przemilczeć w życiu społecznym ani wygumkować. Kobiety odzyskały niepodległą świadomość, a tym samym podmiotowość w każdej dziedzinie życia. Chcą stanowić o sobie i mieć równe jak inne Europejki prawa człowieka. Nie da się ich uciszyć ani spowodować, żeby zamilkły. Grzecznie już było, teraz czas na zmiany, o czym mówią kolejne przedstawienia, książki, artykuły czy reportaże. Hasło strajku kobiet – „No women, no kraj” – wyraża to znakomicie, a że politycy są na to nieprzygotowani?! To ich problem. Temperatury sporu na pewno nie obniży sojusz tronu i ołtarza, których włodarze chcieliby zatrzymać czas i zakonserwować narzucony kobietom patriarchalno-poddańczy status.

Teatr Nowy Proxima w Krakowie
– Kobiety objaśniają mi świat,

scenariusz i reżyseria – Iwona Kempa,

scenografia – Joanna Zemanek,

światło – Wojciech Kiwacz,

nagłośnienie – Tadeusz Sawka/Bogdan Czyszczan,

opracowanie muzyczne – Iwona Kempa,

aranżacje muzyczne – Kinga Piekarz.

Premiera 26 stycznia 2018.

Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy
Scena im. Gustawa Holoubka

– Miłość od ostatniego wejrzenia Vedrany Rudan,

przekład – Marta Dobrowolska-Kierył,

adaptacja i reżyseria – Iwona Kempa,

scenografia i kostiumy – Joanna Zemanek,

muzyka – Giuseppe Gimelli.

Premiera 9 listopada 2018;

Scena Przodownik
– I że cię nie opuszczę Gérarda Watkinsa,

przekład – Aleksandra Stelmach,

reżyseria – Aldona Figura,

scenografia i kostiumy – Joanna Zemanek,

kompozycje muzyczne – Piotr Łabonarski,

reżyseria światła – Paweł Srebrzyński.

Premiera 16 marca 2019;

Mała Scena
– Pani Dalloway Virginii Woolf,

przekład – Krystyna Tarnowska,

adaptacja i reżyseria – Magdalena Miklasz,

scenografia – Tomasz Walesiak,

kostiumy – Hanka Podraza,

reżyseria świateł – Monika Stolarska,

muzyka – Marcin Bartnikowski.

Premiera 11 grudnia 2020.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.