04/2018

Józef Hen

Ja, deprawator.
Z dziennika 2016–2017

Dzień jak codzień. Wkrótce skończę dziewięćdziesiąt trzy lata, podobno to „piękny wiek”. (Właśnie czytam, że zmarł Bronisław Baczko, w Szwajcarii, o rok młodszy, stykałem się z nim w latach czterdziestych w „domu bez kantów” na Królewskiej, gdzie mieściła się nasza redakcja, uważaliśmy go za geniusza, kiedy mając lat dwadzieścia pięć, redagował znakomity miesięcznik „Nasza myśl”). Nie czuję w liczbie swoich lat czegoś nadzwyczajnego – parzę herbatę, mierzę ciśnienie, zakrapiam oko, śniadanie mi smakuje, dziś niedziela, więc podlewam donice, czytam kilka stronic opowiadania Alice Munro, tym razem błahe, bez podtekstu – więc niby wszystko normalnie.

Ale normalnie nie jest. Tysiąc sędziów zebrało się na kongresie w Pałacu Kultury, są wśród nich wielkie autorytety, przeżywają gorycz z powodu tego, co się dzieje – prezydent nie pojawił się, pani premier też nie, prezydent wygłupia się czytając (z „Narodem”) Quo vadis?.

Czasem myślę: żyję, jestem zdrów, ale to życie ze „ściśniętym gardłem pieśni” – co w nim ma sens? Sens mają dzieci, wnuki – chcę przy nich trwać; właśnie usłyszałem, jak Madzia odzywa się: „Ależ, Tato!…”, usłyszałem i pomyślałem, że nie ma dla mnie, dla chłopca z Nowolipia, dla głodomora z batalionu pracy bardziej upragnionego i piękniejszego słowa po latach. „Tato”, a czasem nawet czułe „Tatusiu” – nagroda, spełnienie, zadośćuczynienie. (Myślę, że zubażają swoje życie uczuciowe ci, którzy mówią do rodziców po imieniu).

I sens ma moja praca – dla niektórych czytelników. O których często dowiaduję się przypadkowo. Może znowu uda się jakąś książkę wznowić…

(Baczko. Nie odzywał się, nawet po Moim przyjacielu królu, przecież to z „jego” epoki. Zapewne nie spodobał mu się mój krytyczny stosunek do pomysłów Rousseau, od którego Stanisław August oczekiwał światłej pomocy, na próżno, Jan Jakub podziwiał liberum veto, złotą wolność – Polska niemal jako kraina „dobrego dzikusa”… A profesor Baczko napisał o Rousseau duże, bardzo szanowane na Zachodzie dzieło).

[…]

Trzeba jednak parę słów o spotkaniu w BN ku czci Michała Jagiełły. Ordyński doprowadza mnie do stolika, przy którym siedzi Rafał Skąpski. Prowadzi spotkanie Janusz Drzewucki, wiersze czyta Adam Bauman. Dzielą się wspomnieniami, tak jak zaplanowano, Uchański (jako wydawca), Rafał i Ordyński. Bauman znowu coś czyta – tym razem prozę – prawie sensacyjną, bo doniesienie o artykule oddającym hołd jakiejś pani, która wpadła w przepaść w Tatrach – może ją pchnęli, może było morderstwo − a okazało się, że wszystko wymyślone, nikt nie wpadł w przepaść. A skąd artykuł o tragicznej śmierci nieodżałowanej taterniczki? − Napisała go sama „ofiara”. Dość to pouczające: do czego człowiek jest zdolny, żeby zaistnieć, i to w prasie: przypisać sobie śmierć. Tak, w tej wersji to zabawne – chociaż, jak wiadomo, dzisiaj takie motywy realizują się makabrycznie. Śmierć – i to cudza, z własną włącznie (ale ze spodziewanym Rajem) – jest prawdziwa. Ale i tutaj chodzi o artykuł w prasie.

Ordyński podbechtuje mnie, żebym coś powiedział. Mówiłem głośno, to jest zawsze, przez towarzystwo z osłabionym słuchem, przyjmowane z wdzięcznością. Kilka razy przytaczane przeze mnie epizody rozbawiły zebranych. Przypomniałem, że w latach osiemdziesiątych Jagiełło, redaktor jezuickiego „Przeglądu Powszechnego”, opublikował w dwóch numerach mój reportaż z Izraela Recydywista na Górze Oliwnej – recydywistą byłem ja, nie Jezus – przedtem cenzura skonfiskowała ten tekst w Putramentowej „Literaturze”. (Powiedziano, że do żadnego akapitu nie mają zastrzeżeń – to całość nie może iść). Próbowaliśmy w „Polityce” – znowu cenzura nie puściła. Dopiero jezuitom pozwolono. (Czyli nie chciano takiego tekstu w piśmie sygnowanym przez partię. Jedno zdanie jednak i tu wykreślono: że w wojnie o niepodległość w roku 1948 Czechosłowacja sprzedawała Izraelowi broń – lepiej tego nie przypominać). I wtedy po raz pierwszy – i ostatni – w kościołach zalecano czytanie mojego produktu literackiego. (Ożywienie na sali).

Mówiłem też o tym, że Jagiełło jako dyrektor BN, łamiąc przepisy, pozwalał mi pożyczać do domu rzadkie egzemplarze; z jego też inspiracji pracujące tam panie zrobiły kwerendę w całej Europie, by znaleźć listy, które Stanisław August słał po abdykacji z Petersburga do Białegostoku, listy oczywiście były kontrolowane, ale król między linijkami z inkaustu wpisywał prawdę atramentem sympatycznym, bodajże mlekiem. Te listy, Memoires secrets et notes inedites, wydano w Lipsku w 1862 roku. Mało który historyk do nich dotarł. I oto znalazły się w Sztokholmie! Panie bibliotekarki zrobiły dla mnie ksero – znowu wbrew przepisom – i w ten sposób, dzięki przestępstwu i kłamstwom, mogła powstać książka. (Oklaski). Wspominam o tym, dodaję, w posłowiu do Mojego przyjaciela króla.

Kiedy później, za pozwoleniem Janusza Drzewuckiego, odeszliśmy od stolików do prywatnych rozmówek, pośpieszyły do mnie dwie roześmiane panie, to te urzędniczki z sekretariatu Michała – by mi podziękować.

[…]

W grudniowej „Twórczości” recenzja Jadwigi Nowak z Powrotu do bezsennych nocy. Odszukałem ją w dziale „Noty” . Czyli potraktowano recenzję jako, tak to nazwałem, „opowieść o książce”. „Pięknie to pani napisała” – przesłałem maila do p. Jadwigi. Pani Nowak przytacza fragment moich dzienników, w którym piszę, że „kiedy Ewa jest tym światem do łez przygnębiona, ja czuję się winny. Nie naprawiłem tego świata”. (Aluzja do pełnego rezygnacji stwierdzenia Montaigne’a: „Ten świat jest nienaprawialny”).

Jest jeszcze w opowieści pani Nowak zwierzenie pewnego autora krakowskiego z okresu jego młodości, kiedy bardzo pesymistycznie myślał o swojej przyszłości. I że ten fatalny nastrój rozładowała lektura dwóch opowiadań w Mgiełce. To drugie opowiadanie, krótsze, to Przeżyć w Paryżu. Pomysł z pierwszego pobytu w Paryżu (1961), ale napisałem je w 1969 roku i włączyłem do przygód bohatera oczekiwanie na lądowanie amerykańskich astronautów na Księżycu. Bohater to młody polski pisarz, który na Polach Elizejskich nie może oderwać oczu od pięknej dziewczyny w sukience koloru morskiej zieleni, nie ośmiela się do niej podejść, ma w kieszeni 11 franków i 10 nierozmienionych dolarów. Amerykanka? Szwedka? Większość opowieści to wyobrażone rozmowy, propozycje, nawet zwycięskie łóżko, którego użycza im w swoim warsztacie złotniczym w Belleville Mietek Stiland. (Ten Stiland, do którego ktoś skierował Tomasza, to postać autentyczna, jakoś tam spowinowacony z Romanem Polańskim, opowiedział mi, że w swoich początkach paryskich „Roman” przez pewien czas nocował w tym warsztacie wraz z Basią Kwiatkowską, wtedy jeszcze jego żoną). Mietek powtarzał wciąż Tomaszowi: W Paryżu musisz zerżnąć Mulatkę; jeśli tego nie zrobisz, nie chcę cię znać. Idź na rue Saint-Denis, na rue Blondel, tam ich jest zatrzęsienie, tych kolorowych. Ale Tomasz jest na słonecznych Polach Elizejskich, drepcze za Amerykanką-Szwedką w zielonej sukience. Podejdzie do niej, zaproponuje kawę. „Jestem Niemką” – usłyszy. Brak forsy – i dziewczyna Niemka! Tomasz miał cztery lata, kiedy oddział SS rozstrzelał jego ojca. A jeśli to jej ojciec krzyknął: „Feuer!”? Jeśli to przez niego wyrosłem bez ojca? Jest zbyt piękna, zbyt upragniona, żeby się poddawać. Kimkolwiek jesteś, „Szwedko” upragniona – żyjemy w innym czasie, my dwoje. Dalej, wciąż w myśli: Rozumiem twoją powściągliwość, nie chcesz się narazić na afront, sądzisz, że być Niemką to jednak pewne kalectwo, obawiasz się, że nie masz prawa do mojego uczucia, bo ponosisz odpowiedzialność za tego szaleńca z wąsikiem i loczkiem. Zostawmy to. Passons! Tomasz wylicza jej dla kurażu kilkanaście osobistości pochodzenia niemieckiego zasłużonych dla kultury polskiej. W przystępie szczodrości gotów jej odstąpić połowę Kopernika – naturalnie pod warunkiem, że byłaby miła – może nawet trzy czwarte Kopernika, chociaż czuje, że to już graniczy ze zdradą interesów narodowych. Ale poderwać taką dziewczynę, ludzie!, przecież to też jest interes narodowy, sukces dla naszych barw. Kto wie, czy nie większy niż rozbicie banku w Monte Carlo przez inżyniera rodaka. […] Liz Taylor rzuca Fishera, Burtona, pół tuzina dzieci, by odbyć podróż jachtem z młodym Polakiem (który okazuje się Macedończykiem z Salonik, ale zawsze Słowianin).

U Stilanda siedzi na łóżku stary pan Kruger. Przyjechał do Paryża pięćdziesiąt lat temu z jakichś Baranowicz, dla niego Paryż to taki gigantyczny Białystok, nie nauczył się porządnie po francusku, miesza polski z rosyjskim: „Nie wiem, co ten świat tak z rozumu schodzi dla tego Paryża. Rue Saint Denis, podumajesz! Stoją bezobraznyje żenszcziny. Voulez-vous faire l’amour? L’amour, wot nachalstwo! […] Panie Tomasz, pan jest jeszcze młody, niech pan posłucha starego człowieka, niech się pan ożeni z Żydówką z Białegostoku, dzisiaj świat jest postępowy, religia nie gra roli, za to jak się pan ożeni, będzie pan miał w domu taki szarm, takie spokojstwie, że ja z góry panu winszuję”. «Nie ma już Żydówek w Białymstoku» – powiedział Tomasz i usłyszawszy to, stary pan Kruger mruknął: «No tak, ja zabył», i oparł się policzkiem o żelazny pręt łóżka, a kąciki jego poczerwieniałych oczu napełniły się łzami”.

Nikt się opowiadaniem Przeżyć w Paryżu nie zainteresował. Była cisza, kamień rzucony w wodę. Tak mi się zdawało. Bo oto telefon. „Mówi Japończyk Kudo”. Tak się przedstawił, per „Japończyk”. Znałem to nazwisko, ambitny tłumacz z polskiego. Dowiedziałem się, że przetłumaczył dla pewnego miesięcznika opowiadanie Przeżyć w Paryżu, usłyszałem kilka komplementów, pyta, czy mógłbym go odwiedzić, jest kilka problemów.

Odwiedziłem go w mieszkaniu, które urządził po japońsku, zamiast drzwi do kolejnych pokojów wisiały ażurowe kotary. Piliśmy herbatę i wyjaśnialiśmy sobie pewne idiomy, zwłaszcza te rosyjskie. Powiedział, że czytał z przejęciem. Dlaczego właśnie Japończyk czytał z przejęciem o wędrówce młodego Polaka po Champs-Élysées, dlaczego wzruszyła go łza w oku starego Żyda z Białegostoku, to mogło dać impuls do rozmyślań. Świat jest pełen niespodzianek, nie wszystkie są nieprzyjemne.

Żeby mi się nie przewróciło w głowie, to może pora na niespodziankę nieprzyjemną. Pamiętam, że Mgiełka, która, według słów p. Jadwigi Nowak, tak ożywczo oddziałała na młodego krakowskiego pisarza, została w „Twórczości” odrzucona przez Juliana Stryjkowskiego. Było to po Marcu 1968, ja na czarnej liście, nie mogłem nigdzie drukować, wyjątkiem wydawała się „Twórczość”, pismo elitarne, pod skrzydłami Iwaszkiewicza. „Za błahe na «Twórczość»” – powiedział Stryjkowski Konwickiemu, który, znając moją sytuację, a także być może z myślą o przyszłym filmie, przyniósł mu mój maszynopis. W rozmowie ze mną samym, kiedy przyszedłem do redakcji po maszynopis, Stryjkowski mówił, że to „nazbyt erotyczne”. I tu dodał, odgrywając ironię: „Trzeba było napisać coś o homoseksualistach. – Z drwiącym uśmiechem: – To teraz modne”. Jakby to jego w ogóle nie dotyczyło.

Taki był.

[pełny tekst do przeczytania w wydaniu papierowym]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.