02/2020

Andrzej Titkow

Krótki raport z codziennej podróży

Taki rozkład zajęć –

przebudzenie z pętlą na szyi,

nie być czy nie być

i codzienny heroizm –

ostrze na policzku,

strumień wody

na spiętych obręczą bólu

ramionach,

zbyt obfite śniadanie

i codzienny spacer z psem,

ale to nie pies właściwie,

ale suka Mila

i rytualne karmienie wron.

Pojawiają się natychmiast,

gdy tylko rozsypię chleb,

dwa czarno-szare istnienia

na bieli śniegu.

Jedna kaleka,

z lekka opuszczonym skrzydłem,

martwię się o nią,

lecz ona-wrona

wcale nie bezradna,

zaradna,

zapobiegliwa,

cwana,

a obok niej on-wron

stateczny,

bezpieczny.

Ona-wrona i on-wron,

ale przecież nie potrafię

odróżnić ptasiej płci

z odległości bezpiecznych dla nich

dziesięciu kroków,

ani z żadnej innej.

Tam i z powrotem,

znikąd do nikąd,

tak by bezszelestne minuty

wbić bezpowrotnie w glebę

i szarą strefę dnia

przebyć do wieczornego portu,

by poskakać po cuchnących

telewizyjnych kanałach

w krainie odmóżdżenia i upupienia,

lub powlekać siatkówkę oka cudzymi snami –

olśniewający Almodovar,

spleśniały Ridley Scott.

Zazdroszczę im kolorowych snów

ich pozbawiony

w noce przespane

i noce bezsenne,

a potem myć zęby

i do łóżka

z zaciskającą się pętlą na szyi.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.