12/2019

Maria Terlecka

Labirynt
opowiadanie

Chciałem zagrać wyjście z samolotu świadomie, że gram, ale pokonało mnie wzruszenie. Miałem być kimś, kto mnie przypomina, a stałem się sobą. Po co tu przyleciałem? Po co on tu przyleciał, jeśli zapomniał, po co?

Miasto trochę inne od tego, które opuścił. Sterczący ponad nim pałac kultury przywracał mu pamięć miejsca.

Przez trzydzieści lat krążyłem po planecie, wiele razy przelatywałem nad tym krajem i nie myślałem o nim. Dojrzałem do konfrontacji. Bohater filmu, który chciałem nakręcić, dojrzał do konfrontacji.

Taksówkarz potraktował mnie jak obcokrajowca, długo krążył po ulicach i uliczkach, w końcu dowiózł mnie na miejsce. Z podwórka zniknęła dawna tymczasowość, ktoś dosadził drzewa, kwiaty, postawił nową altankę śmietnikową, rachityczne kiedyś topole rzucały rozłożyste cienie. Postawiłem walizkę na chodniku. Patrzyłem. Patrzył i nie widział rekwizytów z tamtego czasu: zdezelowanych urządzeń z placu zabaw, brudnej piaskownicy. Elewacja bloku zmieniła kolor. Sennie. Kobieta z pieskiem. Dwie staruszki wsparte na szwedkach. Dzieciaki wpatrzone w smartfony. Cisza. Odeszły wrzaski, krzyki, nawoływania, śmiechy, zniknęli chłopcy grający w kapsle. Trzeba odtworzyć stare drzwi wejściowe na klatkę schodową, te zbyt eleganckie, z domofonem. Kobieta, której nie znał, wyszła z budynku, wszedł bez dzwonienia. Zapach schodów już nie ten sam, kaszlnął, usłyszał stłumione echo. Odgłos jego kroków też obcy. Zanim nacisnął dzwonek, wsłuchał się w dźwięki zza drzwi mieszkań. W szepty, rozmowy, w gęstwinę nieokreślonych szumów. Zadzwonił, przyłożył ucho do drzwi. Usłyszał dreptanie, które raptem zatrzymało się. Ona teraz patrzy w wizjer.

– Kto tam?

– Ireneusz.

– Kto?

– Ireneusz – powtarzam głośniej.

Brzęczy łańcuch, zgrzyta zamek. Otwierają się drzwi.

– Moja Irenka… – mówi cicho stara kobieta.

Jest krucha, dużo mniejsza niż kiedyś, niepodobna do tamtej, którą zapamiętałem. Chciałem jej powiedzieć, że już nie jestem Irenką, ale objąłem ją. Staliśmy przytuleni do siebie, w głębi korytarza widziałem jasność otwartych drzwi do pokoju – stał tam w progu rudy kot i patrzył na nas. Zza drzwi kuchni wydobywał się zapach rosołu. Pamiętałem tę woń z dzieciństwa. Gdy opuściłem dom, to miasto, ten kraj, żaden rosół tak nie pachniał. Był w domu. Byłem w domu.

Zaciągnąłem się kuchennymi oparami.

– Dla ciebie, Irenko, ugotowałam… – szepnęła.

Nadal staliśmy w przedpokoju, patrzyliśmy na siebie, na nas patrzył kot. Gdy schyliłem się po walizkę, umknął do pokoju. Powiesiłem płaszcz na znajomym wieszaku. Pod nim stały zdezelowane pantofle, już nie eleganckie buty na obcasie. Czekałem na zaproszenie.

– Wejdź, Irenko – wskazała jasność pokoju.

– Mamo, nie jestem Irenką!

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.