07-08/2019

Piotr Kępiński

Metafizyka bezduchu

Zamieszanie z tym Siwczykiem. Jeszcze nie tak dawno nie nudził i w ogóle był cacy. Potem (od momentu opublikowania Dokąd bądź albo Jasnopisu, jak kto woli) nagle stał się magmatyczny i przewidywalny, aczkolwiek niektórzy krytycy odczytywali to jeszcze jaką celową strategię wymierzoną w tych, co uwierzyli w jego magmatyczność i przewidywalność. Teraz podobno zmienił się na dobre i zaczął pisać ewidentnie źle. A może nigdy nie był tak wspaniały? „Ot, po prostu Siwczyk nadprodukował znaki, a myśmy je interpretowali jak dzieci we mgle” – ironizował Jakub Skurtys.

A więc jak jest? Autor Dzikich dzieci porzucił stary styl i ciemny zaduch na rzecz jasnych epifanii? Przenicował treści, zapomniał o motaniu, zawijaniu i komplikowaniu? Zapomniał wreszcie o tym, na jakim świecie żyje? W jakim systemie?

Nic z tych rzeczy. Krzysztof Siwczyk to poeta niezwykle przytomny i konsekwentny, a jednocześnie nie stojący w miejscu. Przyzwyczaja, odzwyczaja. Przychodzi, odchodzi. Daje pewność, by ją po chwili odebrać.

I od pewnego czasu dopełnia swoje wolty literackie esejami, ze znakomitym skutkiem zresztą. Niedawno za świetne Koło miejsca dostał Literacką Nagrodę Gdynia. Teraz ukazał się Bezduch, rzecz bez precedensu, bo to zbiór tekstów, które warto czytać jako komentarz nie tylko do jego poezji, lecz także do życia. Te niezwyczajne eseje o „metafizyce codzienności”, które momentami zmieniają się w prozę poetycką albo zderzają z samą poezją, to literatura sama w sobie. Wydaje się, że faktycznie nadrzędnym tematem rozważań Siwczyka jest punkt krytyczny, zmiana a także świadomość.

W pewnym momencie książki czytamy: „Wjeżdżasz czasem w głąb lasu, ostrożnie spoglądając za siebie, dbając o ślad”. Co jest tym śladem, w przypadku tego autora? Dom, czas i język, a raczej jego – jak napisał Zbigniew Mikołejko – „gorączkowe poszukiwanie zadyszane poszukiwanie języka: aby dać odpowiednią materię słowu, a substancjom i wrażeniom – słowo”.

Wszystko z powodu „bezduchu”, który atakuje nie tylko krtań, lecz także ręce i serce. To dlatego – jak pisze autor – „Zaufanie do języka, w którym jesteś pisany, zjawia się u ciebie na mocy akceptacji własnych ułomności. W pewnym momencie bycia zgadasz się już ze sobą, zawierasz rozejm, pakt o nieagresji, po prostu nie atakujesz jakichś większych tajemnic ducha, jedynie o nich czytasz, podziwiając, na jak wiele stać język kogoś innego i do jakich głębi ułudy potrafi podprowadzić czytelnika, który ma umiejętności regresji i automatycznego zapominania o swoich przekonaniach – bez nich nie podchodzisz nawet do budki z warzywami, nie mówiąc już o poważniejszych, utrzymujących przy życiu instytucjach, takich jak przychodnia czy leśne ujęcie wodne”.

Czy tym samym „nowy” Siwczyk rezygnuje z siebie „starego”? Czy Bezduch można potraktować jako zapowiedź jeszcze większego przełomu w twórczości autora Wierszy dla palących? Niewątpliwie z tych tekstów wyłania się nowy portret poety. Jakby awangardowe bezformie czy też „nadprodukcja znaków” przepoczwarzało się w obraz Francisa Bacona. Widzimy zarysy twarzy, krajobrazu, dziecko idące do szkoły, znaki zostawione na drodze. Z minionego bezkształtu rodzi się bynajmniej nie kształt, ale inny znak. Kształt w tej rzeczywistości jest prawie niemożliwy. W „bezduchu” nie ma szansy na miarowy oddech, zostaje tylko pospieszne szukanie dróg wyjścia. Ruch wertykalny również nie jest możliwy, zatem pozostaje horyzontalny. Od domu do lasu, od lasu do braku, od oddechu do bezdechu. W takich urywanych podróżach po słowach, wypaczeniach, znaczeniach i krajobrazach jest literatura. Siwczyk jednak, co parokrotnie podkreśla, nie tylko ją chce zobaczyć. Bezradnie przekonuje siebie, że już nie interesuje go przemoc fabuł, że w lesie chce zobaczyć las, że dziecko… A jednocześnie przecież zawsze jest w kulturze, nieustannie siebie i otoczenie ustawia w tym kontekście.

Dlatego niezwykle interesujące jest to, jakich twórców obrał Siwczyk na „patronów” Bezduchu. Otóż, jak się zdaje, celowo wybrał takich poetów, którzy albo odchodzili od literatury nagle jak Rimbaud, albo życie od nich odchodziło jak się stało w przypadku Wojaczka, ewentualnie wybierali inne strategie, co było udziałem Różewicza. Każdy z nich stał nad krawędzią, każdy z nich osiągnął wszystko. Ale jak przytomnie zauważa Siwczyk, pisząc o Rimbaudzie, że to nie on przecież porzucił sztukę: „To literatura porzuciła swojego niewydajnego już lennika”. Pisząc znakomity szkic o Acheronie w samo południe, który jest „bezduchowym” intermezzem, konstatuje: „Różewicz stosunkowo gładko i niewielkim kosztem krytycznym przetransferował się z nurtu awangardowych klęsk do klubu etycznych dżentelmenów”.

Pragnienie zmiany za wszelką cenę? Strach przed stagnacją? Czy przed rzeczywistością? Takie pytania w tej książce nie padają, ale wyczuwa się je na każdej stronie.

Jeden z bohaterów serialu I am the Night, szef wielkiej gazety, mówi innemu dziennikarzowi: „Niektóre historie mogą ciebie zjeść żywcem”. Ta prawda dotyczy także poetów. Dlatego trzeba uważać na rzeczywistość, pisze Siwczyk: „Też stałeś się żaden, tylko wykonywałeś w tym celu masę pracy, czołgając się latami między wersami, ukrywając się w nich jak w okopach, nie wystawiałeś głowy, pamiętając, że konfesja może się skończyć natychmiastowym ostrzałem przez front linii, do którego przystąpiłeś już jak przedszkolak. Figura ironii przyczepiła się do ciebie jak szkolna odznaka. Nią się broniłeś przed naporem rzeczywistości…”, czyli przed „bezduchem”, nie bezdechem. Bezduch według Siwczyka to coś więcej niż kontaminacja. Żeby dotrzeć do jego sedna, trzeba byłoby przeczytać na nowo wszystkie książki poety, od Dzikich dzieciDanych dni, po te najnowsze, by zobaczyć, jak minione wypalone przestrzenie determinują jego nowsze krajobrazy, które bynajmniej nie są aż tak bardzo epifaniczne, jakby chcieli niektórzy. Jedyna różnica tkwi w „śladach”, które się zostawia, w jeszcze większej niepewności, w jeszcze większym zaduchu świata, który tym bardziej jest dojmujący, im większa odpowiedzialność za to, co tu i teraz, o czym w końcu trzeba napisać, nie dlatego, że takie są obowiązki, tylko dlatego, że nie ma innego wyjścia. Paradoksalnie świat „ciemnieje”, o czym Siwczyk dobitnie pisze, staje się jeszcze bardziej magmatyczny, niż był, i być może właśnie dlatego konieczna jest inna, nowsza perspektywa. Trudno zresztą przez całe życie tkwić w jednym miejscu, nawet tym metaforycznym. Dlatego w Bezduchu padają takie słowa, które nie unieważniając „starego” Siwczyka, definiują go jednak na nowo: „A teraz co wieczór wracasz do zwierzeń w konfesjonale wiersza, które tak pięknie brzmią, bo dziś dla ciebie tylko brzmią, a nie znaczą”.

A więc ewolucja, z niewielkimi reliefami, na których poeta nadpisuje inne treści. Zostawiając minione, dyskutuje ze sobą, bierze siebie za włosy stawia przed lustrem, ośmiesza, wykoślawia, stara się wydobyć „coś innego”, a przede wszystkim zauważa innych, którzy obok. I nadal doskonale „kręci” językiem, mota i zapętla, ale tylko po to, żeby wyjść do lasu albo na ulicę. Metafora w Bezduchu wychodzi ze słów i wpada w realne znaczenia. Literatura opuszcza autora, a ten swobodnie wkracza na teren, którego do tej pory nie znał, i dlatego rozpoczyna eksplorację, która w tym przypadku musi się skończyć wiwisekcją: „A przecież prawdziwie uniwersalna i idiomatyczna może być tylko najgłębiej wstydliwa małość spraw własnego życia, krzątactwo wokół interesów grzędy, na jakiej się siedzi i kopczyka piramidalnych fantazji, jakie roisz o świecie leżąc w drewnianym leżaku, pierwszy raz wystawionym do słońca tej wiosny. Jest tylko to, o czym czytasz i piszesz w tej sekundzie dnia, w przerwie, kiedy oddech i bicie serca przyspiesza podczas gry w kosza, kiedy twoja córka na trampolinie wylatuje w powietrze jak piłka i kręcąc się na obręczy obwodu wpada prosto do sedna własnego rozbawienia”.

Intryguje tylko jedno, jaka będzie następna odsłona esejów Siwczyka? Bo to, że będzie, to sprawa jasna jak słońce. Gdzie zobaczymy „sedno rozbawienia” i sedno rozpaczy? W jakim miejscu albo w jakim nie-miejscu?

Krzysztof Siwczyk: Bezduch.
Wydawnictwo Austeria,
Kraków, Budapeszt, Syrakuzy 2018, s. 112.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.