04/2020

Janusz Drzewucki

Myśleć o pisaniu

1. Niewykluczone, że spośród polskich pisarzy to Kazimierz Orłoś był tym najbardziej poszkodowanym przez cenzurę i system represyjny PRL, a jednak w jego wspomnieniach pod tytułem Dzieje człowieka piszącego – nawiązującym nieco do Żywota człowieka poczciwego Mikołaja Reja – nie ma żadnego kombatanctwa. Pisarz niczego ze swojej przeszłości, gdy musiał się wykazać i wykazał się zarówno pisarską, jak i obywatelską odwagą, nie mitologizuje; ale też mitologizować niczego nie musi, bo przecież jego biografia zobiektywizowana w leksykonie czy encyklopedii świadczy o nim najlepiej, jak tylko to możliwe.

Rzecz została pomyślana jako ciąg dalszy tego, o czym pisarz opowiadał w książce z roku 2015 Dzieje dwóch rodzin: Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy, ale znajomość tej książki nie jest wcale warunkiem koniecznym do lektury Dziejów człowieka piszącego. Obydwa tytuły – chociaż w zamyśle autora mają stanowić dopełniającą się całość – stanowią jednak dwie niezależne od siebie kompozycje literackie. W tej pierwszej pisarz opowiadał o swoich protoplastach, w tej drugiej opowiada o sobie przede wszystkim, ale także o najbliższej rodzinie, przede wszystkim o matce i ojcu, o ciotkach i wujostwie, a więc o pisarzach Józefie Mackiewiczu i Stanisławie Cacie-Mackiewiczu, a poza tym o pisarzach, z którymi los zetknął go w życiu, z którymi zaprzyjaźnił się, zakolegował lub choćby tylko zapoznał. W efekcie wszyscy święci współczesnej literatury polskiej – zwłaszcza z warszawskiego środowiska – są w tej opowieści obecni; no, prawie wszyscy.

Historię swojego życia pisarz zaczyna w chwili, gdy jako chłopiec musiał wraz z rodzicami opuścić spalone i zrujnowane po powstaniu warszawskim rodzinne miasto. Dzieciństwo i młodość spędził w Rawie Mazowieckiej i w Łodzi, po powrocie do stolicy podjął naukę w słynnym liceum Reytana, potem przyszedł czas na studia: myślał najpierw o Politechnice Warszawskiej, potem o geologii na Uniwersytecie Warszawskim, ale ani tu, ani tu się nie dostał i koniec końców wylądował na prawie. W tej opowieści z czasów młodości, obejmującej wszak czasy stalinowskie, z wielką czułością pisze o matce – nauczycielce i ojcu – leśniku, którzy zaszczepili mu szacunek do nauki, pracy, do innych ludzi, a także zamiłowanie do przyrody. Wyjątkowo barwnie wypadają opowieści o wakacyjnych wypadach nad Bałtyk, nad Zalew Wiślany czy wreszcie na Mazury, o młodzieńczych przyjaźniach i miłościach, fascynacjach. Kraj był doświadczony przez dwa totalitaryzmy, przez faszyzm (czy raczej nazizm bądź hitleryzm, jak kto woli) i komunizm, tymczasem pisarz nie bez zaskoczenia konstatuje dzisiaj, że tamte powojenne lata „wracają w pamięci jako słoneczne”, a wszelkie opresje już to historyczne, już to egzystencjalne zbywa filozoficznie, po stoicku: „w życiu musimy także godzić się z niechcianym”. Ale też bez fałszywości pisze o „życiu bez większych trosk” w tamtym okresie – co oczywiście zawdzięczał rodzinnej wspólnocie – gdy „Tuż obok nas w więzieniu na Rakowieckiej, mordowano AK-owców lub latami męczono, przetrzymując do chwili sfabrykowanych procesów”.

2. Pisarzem stał się niepostrzeżenie. Po prostu zaczął pisać i tym sposobem odkrył swoją naturę, swoje przeznaczenie i powołanie, ale jednocześnie w ten oto sposób wywołał z niebytu własny los. Kluczowe pod tym względem okazują się spotkania debiutanta, a raczej prozaika in spe, z Igorem Newerlym w kawiarni ZLP przy Krakowskim Przedmieściu oraz z Jarosławem Iwaszkiewiczem w redakcji „Twórczości” przy ulicy Wiejskiej. Od Newerlego dowiedział się, że podstawą jest „realizm – świat prawdziwy”, i tej zasadzie był wierny na każdym etapie twórczej wędrówki. Z czytanego w tamtym czasie namiętnie Ernesta Hemingwaya zaczerpnął zaś zasadę, wyłożoną w Zielonych wzgórzach Afryki: „Pisarze powinni pracować w samotności. Powinni widywać się z sobą dopiero po zakończeniu pracy, a i to nie za często”. I choć w narracji Orłosia pojawiają się nie raz i nie dwa Marek Nowakowski, Leszek Płażewski, Włodzimierz Odojewski, Władysław Lech Terlecki, ale także Jerzy Krzysztoń i Henryk Bardijewski, z którymi poznał się w trakcie pracy w Polskim Radiu, czy Wiktor Woroszylski i Jacek Bocheński, z którymi zacieśnił koleżeńskie więzy w redakcji podziemnego „Zapisu”, to jednak nie ulega wątpliwości, że był on i jest i pisarskim, i życiowym samotnikiem; jak sam o sobie zresztą napisze w końcowej części wspomnień: kimś „spoza środowiska. Byłem człowiekiem z innym doświadczeniem życiowym”. Wszak wiele lat życia spędził poza stolicą, gdy jako prawnik, urzędnik pracował w kombinacie w Turoszowie, w szpitalu dla nerwowo chorych w Tworkach, przy budowie zapory w Solinie, elektrowni w Kozienicach, a na końcu przy budowie tzw. gierkówki, czyli drogi szybkiego ruchu łączącej Warszawę z Katowicami. O pracy w Bieszczadach stwierdzi wprost: „Solina była dla mnie szkołą życia”.

O osobistej szkole pisarskiej, o sednie i sensie pisarstwa zaś napomyka wielokrotnie, ale nie natarczywie. Dzieli się wtedy z jednej strony własnymi obserwacjami i spostrzeżeniami, z drugiej natomiast lekturami. I tak od Salmana Rushdiego przejął przekonanie, że w literaturze nie ma co szukać odpowiedzi na męczące człowieka – niezależnie od płci i wieku, koloru skóry i wyznania, stopnia bogactwa lub ubóstwa – pytania, bo „Jeśli odpowiedzią jest religia, jeśli odpowiedzią jest jakaś ideologia polityczna – literatura jest pytaniem”. Potem na marginesie lektury dziennika Sándora Máraia, zanotuje po swojemu: „Kryterium podstawowym jest to, czy opisana rzeczywistość i ludzie w niej są prawdziwi – tacy, jakich spotykamy w życiu” i nieco dalej: „zawsze za cel stawiałem sobie wiarygodny opis życia, ludzi i rzeczywistości, jaką znamy z doświadczenia”.

3. Historia życia pisarza rozgrywa się w kontekście najnowszej historii Polski. Tym, co działo się i dzieje w kraju, był on i jest niezmiennie żywo zainteresowany: w skrótowy, a przecież sugestywny sposób oddaje atmosferę Czerwca 1956, Marca 1968, Grudnia 1970 i Czerwca 1976, Sierpnia 1980, Grudnia 1981 z wszelkimi grozami tamtych lat, ale także z wszelkimi nadziejami związanymi z dramatycznymi wydarzeniami, do jakich wtedy doszło. Inna sprawa, że historia upomniała się osobno o pisarza, a i on sam nie chciał stać cały czas z boku. W 1958 roku zadebiutował na łamach „Twórczości” opowiadaniem Dziewczyna z łódki, które znalazło się w roku 1961 w debiutanckiej książce Między brzegami. W roku 1965 ukazał się zbiór opowiadań Koniec zabawy, a w 1970 roku Ciemne drzewa. Książki Orłosia zbierały dobre recenzje, jego opowiadania spotkały się z zainteresowaniem filmowców, m.in. Witolda Lesiewicza, Władysława Ślesickiego i Krzysztofa Kieślowskiego, ale wydanie powieści Cudowna melina okazało się niemożliwe. Wtedy pisarz postanowił uwolnić się od cenzury i wydać książkę za granicą, w Instytucie Literackim w Paryżu. Do najlepszych kart tych wspomnień należą te, na których opisuje wizytę w Maisons-Laffitte w 1972 roku, dokąd wyrwał się z Genewy, gdzie odbierał Nagrodę im. Kościelskich, i rozmowę z Jerzym Giedroyciem oraz Gustawem Herlingiem-Grudzińskim w sprawie publikacji powieści w „Kulturze”: „Wiedzieli, że jestem siostrzeńcem Mackiewiczów, ale – być może – starali się upewnić, czy przypadkiem nie jestem nasłanym agentem lub człowiekiem niezrównoważonym, podejmującym nieprzemyślaną decyzję”. Ze sceną tą doskonale współgra inna, w której pisarz opisuje przesłuchanie na Rakowieckiej, podczas którego funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa nagle wyjął z szuflady i rzucił na stół – jako dowód występku, by nie powiedzieć przestępstwa – wydaną w Paryżu Cudowną melinę: „po raz pierwszy zobaczyłem własną książkę […]. I przeżyłem moment wzruszenia, patrząc na szarą okładkę Biblioteki «Kultury»”. Cóż, wszystko zależy od punktu widzenia. Policjant i pisarz patrzą na świat nieco inaczej.

Ale nie było żartów. Decyzja o wydaniu książki w wydawnictwie emigracyjnym poskutkowała fundamentalną zmianą w życiu pisarza (i jego rodziny rzecz jasna): został z dnia na dzień wyrzucony z Polskiego Radia, objęty całkowitym zakazem druku, z czasem usunięto go z redakcji tygodnika „Literatura”. „Straciłem wszystko: dobrą pracę, możliwość wydawania książek, spokój i normalne życie. A nie zyskałem nic” – pisze po latach Orłoś nie bez zdziwienia. A jednak zyskał pisarską wolność. Wtedy to zaczął pisać swobodniej niż dotchczas, bez poczucia wiszącej nad nim cenzury i drzemiącej w nim autocenzury, czego wyrazem ogłoszone w 1980 i w 1983 roku nakładem Pulsu w Londynie książki: Trzecie kłamstwo oraz Pustynia Gobi. Poddany został inwigilacji, najrozmaitszym represjom ze strony tajnej policji, stał się też obiektem niewybrednych ataków przypuszczonych na łamach np. „Trybuny Ludu”, ale nie dramatyzował, pocieszał się świadomością, że gdyby był pisarzem ze Związku Radzieckiego, NRD czy Czechosłowacji, spotkałyby go dużo groźniejsze szykany: „trafiłbym na pewno do więzienia Stasi, do łagru lub szpitala psychiatrycznego, a w najlepszym wypadku zamiatałbym ulice. W PRL mogłem pracować, jeździć samochodem, który w ostatniej chwili kupiłem na talon przyznany przez Radio. Brać urlopy i wypoczywać nad morzem oraz, mimo wszystko, myśleć o pisaniu”.

4. Konfesja Kazimierza Orłosia to znakomity klucz zarówno do jego biografii, jak i twórczości. Pisarz dzieli się chętnie uwagami gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach napisał poszczególne utwory (a także jakich nie napisał, chociaż planował, próbował pisać). Ujawnia prototypy swoich bohaterów. Każdemu, kogo w życiu spotkał, stara się oddać jego rację, oddać mu cześć i honor: pamiętanym z imienia i nazwiska nauczycielom ze szkoły podstawowej i liceum, profesorom z wydziału prawa UW, inżynierom i robotnikom, z którymi pracował na wielkich budowach, mniej lub bardziej przypadkowo spotkanym nieszczęśnikom, wreszcie kolegom po piórze. Co ciekawe, oszczędzając tych, o których mógłby to i owo napisać, odwzajemnić się im po latach słowem prawdy za doznane niegodziwości, nie oszczędza siebie. Stać go na autoironię, jak na przykład wtedy, gdy podczas spotkania redakcji „Zapisu” wprawił Tomasza Burka w szok i osłupienie, pytając go – kto to jest Paweł Hertz?

Znakomitym posunięciem autorskim urozmaicającym tempo i rytm narracji okazało się wprowadzenie do zasadniczego – spisywanego w latach 2015–2018 – tekstu fragmentów ze wspomnień ojca Henryka – pracownika Instytutu Badawczego Leśnictwa, czy z życiorysu ciotki Marii Sipayłło – członkini ZWZ-AK, uczestniczki powstania warszawskiego, więzionej po wojnie, a potem przez trzydzieści trzy lata pracowniczki Biblioteki Narodowej, ponadto cytatów z własnych książek, przede wszystkim zaś z Historii „Cudownej meliny”, wreszcie obszernych wyimków z prowadzonych przez całe życie notatek, zapisków i dzienników. Pod tym względem na osobną uwagę zasługuje opisanie pełnego perypetii rejsu w 1968 roku po Morzu Bałtyckim, Atlantyku i Morzu Śródziemnym na pokładzie statku „Lechistan II”, dowodzonego przez kapitana o nazwisku Adwent. Podróż życia, bo na trasie: Antwerpia, Bruksela, Dunkierka, Gibraltar, Trypolis, Pireus, Ateny, Bosfor, Istambuł, Bejrut, Baalbek, Famagusta, Izmir, Tanger i na koniec w drodze powrotnej kilka dni w Lizbonie, a tu mrożąca krew w żyłach przygoda, która na szczęście skończyła się dobrze, choć niewiele brakowało, a pisarz spóźniłby się na statek. Swoją drogą: można spóźnić się na autobus, na pociąg, niewykluczone, że nawet na samolot, ale na statek? A jednak. Nie wierzycie? Przeczytajcie!

O atrakcyjności książki stanowią także rozliczne zdjęcia z rodzinnego archiwum autora Letnika z mierzeiDomu pod Lutnią. Najwięcej ich na końcu książki, gdy autor pozwala nam przekroczyć swoje progi: pokazuje zdjęcia domu na Mazurach, nad jeziorem Mokrym, niedaleko Krutyni, gdzie krótko po wojnie był na wakacjach. Oglądamy także zdjęcia jego najbliższych: żony, syna, córki, wnuków i wnuczek z ostatnich lat. Ano właśnie, wspomnienia kończą się na wielkiej politycznej i ekonomicznej, społecznej i obyczajowej – tak czy siak, rewolucyjnej – przemianie roku 1989, a zatem te zdjęcia to trochę zamiast ciągu dalszego. Ciąg dalszy zapewne nastąpi, ale – jak sądzę – będzie nim raczej powieść lub zbiór opowiadań, bo Dzieje człowieka piszącego to nie tylko rzecz o tym, jak w Kazimierzu Orłosiu narodził się pisarz, ale także o tym, że pisarz staje się pisarzem nieustannie, z książki na książkę.

Kazimierz Orłoś: Dzieje człowieka piszącego.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2019, s. 592.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.