06/2020

Leszek Bugajski

Patriota pragmatyczny

„Wolność… Zawsze był wolny” – tak sam podsumowuje swoje życie bohater nowej powieści Wacława Holewińskiego. A na łożu śmierci robi to bardziej szczegółowo: „Miał bogate życie, kształtował je, jak chciał, lgnęły do niego kobiety, zgromadził ogromną kolekcję, pływał, bywał na dworach”. Tak mógłby pewnie opowiedzieć o sobie dzisiejszy, dobrze sytuowany playboy i w tym zamknąłby całe swoje życie i wszystkie zainteresowania: kobiety, snobistyczne kolekcjonowanie obrazów, rejsy jachtem, bywanie tam, gdzie trzeba bywać, by budować swoją pozycję towarzyską. Ale Ignacy Korwin-Milewski nie był tak jednowymiarową postacią – gdyby do tego ograniczało się jego życie, z pewnością nie zająłby się nim Wacław Holewiński, doświadczony i przenikliwy autor wielu świetnych powieści nawiązujących do zdarzeń historycznych.

Korwin-Milewski to postać złożona i zasłużona dla polskiej kultury, choć zapomniana. Przede wszystkim dlatego – jak sądzę – że nie pasuje do naszego narodowego panteonu, na który wprowadzamy tych, którzy w straceńczy sposób oddani byli sprawie polskości, byli patriotami bezdyskusyjnymi, przynajmniej oficjalnie, w zmitologizowanej wersji. Kiedy padało hasło, ruszali do walki, choćby nie było szansy na jej zwycięskie zakończenie – ojczyzna wzywała i już, nie było dyskusji. Znamy to z polskiej historii i się tym szczycimy, ba, oczekujemy, że reszta świata będzie doceniać to, co wyprawialiśmy, ponosząc straszne ofiary. Tymczasem Korwin-Milewski, tak jak go widzi i opisuje Holewiński, to człowiek myślący – jako nastolatek widział powstanie styczniowe, potem myśląc o nim, uświadomił sobie, że wezwanie do walki to nie zawsze wezwanie uświęconej ojczyzny, ale że w jej imieniu mówią uzurpatorzy, którzy za hasłami ukrywają jakieś swoje kombinacje. Obserwował straceńcze szarpanie się Polaków z zaborcami i nie dawał ich staraniom szans na powodzenie. Jako ziemianin i przedsiębiorca był zwolennikiem układania się z Rosją, o czym zresztą pisał, robiąc sobie wrogów wśród Polaków, którzy nazywali go sprzedawczykiem. Niewiele sobie z tego robił, ale sprzeciwiając się decyzjom carskiej administracji, jednocześnie „znajdował poważanie i u patriotów, i u tych, co […] dawno dali za wygraną”.

Generalnie miał marną opinię o Polakach i – pomijając szczegóły – „Nie uznawał tego patriotyzmu, mrzonek, wywodów o wielkości Polaków, o ich dziejowej misji. […] Cenił konkret, talent, sztukę. Sam nie wiedział, kim jest. I do niczego mu to nie było potrzebne. Wszędzie czuł się dobrze…”. Tak myśli w powieści w czasie rozmowy z zaprzyjaźnionym malarzem Wodzinowskim, w której odcina się wprost (nawet gramatycznie) od Polski. „A daj ty mi spokój z twoim narodem. Twój naród kocha, składa hołdy, przymila się i za nic ma takich jak on… [chodzi o Matejkę – przyp. LB]. Lubicie gesty i ginięcie na darmo” – mówi. Oczywiście można powiedzieć, że rewelacji w tym nie ma, bo łatwo sobie wyobrazić, że znający kilka języków bogacz ze sfer ziemiańskich, właściciel wyspy na Adriatyku, wszędzie w Europie czuł się jak w domu. Ale pomimo takich jak przywołane przed chwilą deklaracji i wielu podobnych, bohater książki był patriotą, lecz jego patriotyzm nazwać można i chyba trzeba – pragmatycznym. Nie porywy, nie próżne gadanie, nie konflikty wewnętrzne, ale praca nad umocnieniem ekonomicznym siebie samego i innych, a jeszcze bardziej dorobek intelektualny. Charakterystyczne, że przeglądając tekę z rycinami Grottgera, mówi do ich posiadacza: „Mówią, Polska to ziemia, miejsce na tej ziemi. I ludzie, którzy na niej mieszkają. A ja mówię inaczej, inaczej niż wasz – świadomie to powiedział – niż wasz Grottger. Polska to jej dorobek, jej kultura, jej inżynierowie, ich wynalazki, projekty. Może być za morzami, w Ameryce albo w Rosji. To nie ma znaczenia” – „Polska to to, co po nas zostanie”.

To fakt bezsporny, ale patrioci „konwencjonalni” wynajdują sobie idoli tam, gdzie leje się krew, a nie obnoszą się z dumą, że na przykład polski obywatel wymyślił spinacz albo metodę cynkowania blach, bez których to wynalazków trudno sobie wyobrazić dzisiejsze życie, ale nazwisk ich twórców się nie pamięta. Podobny los spotkał Korwin-Milewskiego, który zasłużył się dla polskiej kultury jak mało kto. Był kolekcjonerem malarstwa, ale takim, który budował swój zbiór obrazów w sposób przemyślany, był mecenasem wielu artystów, także doradcą, jako że sam był niespełnionym malarzem – nie chciał być jednym z wielu średnich, a na wybitność nie miał w swojej ocenie szans, więc rzucił naukę malarstwa. Ale za to przyczynił się do powstania wielu obrazów – zamawiał autoportrety u polskich malarzy ze szkoły monachijskiej, z jego inicjatywy powstał też słynny autoportret Jana Matejki. W jego kolekcji znalazło się wiele prac Aleksandra Gierymskiego, Stańczyk Matejki, Babie lato Chełmońskiego… Był przekonany – jak to relacjonuje Holewiński – że „Polska nie ma wielkiej przyszłości. Ot, naród jakich wiele. Rozdziobany przez możniejszych sąsiadów. Ale Polska ma utalentowanych artystów. Może w ten sposób warto się pokazać? Przypomnieć?”. Wiedział, że sztuka przetrwa, nawet gdy nie przetrwa nic innego, i dlatego w którymś momencie kolekcjonowanie sztuki było jego głównym przedsięwzięciem, oczywiście możliwym do realizacji dzięki wielkiemu majątkowi ziemskiemu na wschodzie i sprawnemu nim zarządzaniu. Ale z istnieniem kolekcji łączy się też chyba jego największe życiowe rozczarowanie: chciał ją podarować narodowi i wybudować galerię, ale stawiał jeden warunek: Lwów albo Kraków podarują odpowiednią działkę. I żadne z dwóch miast nie zdobyło się na taki gest. Więc wywiózł obrazy na swoją wyspę, a później kolekcja uległa rozproszeniu, bo Korwin-Milewski popadał w coraz głębsze tarapaty finansowe po rewolucji październikowej, a także na skutek porozwodowych awantur majątkowych.

Holewiński opowiada jego życie od początku do końca i jest to opowieść fascynująca i barwna, a na dodatek ciekawie pomyślana. Nie jest bowiem jego powieść tradycyjną biografią – jej narracja przebiega zygzakami, a może jeszcze lepiej byłoby powiedzieć, że tak, jakby czytelnik siedział w windzie, która jeździ raz w górę, raz w dół po osi czasu. Składa się z krótkich scen o różnej wadze i znaczeniu, jakby wydobywanych z pamięci przez coraz bardziej udręczony umysł Korwin-Milewskiego. Autor imituje w niej pracę pamięci w momencie opisywanym potocznie jako ten, w którym całe życie staje przed oczyma. Taki jest chyba klucz do tego układu opowieści. Jej bohater miał wylew, potem już nieuchronnie zbliża się do śmierci, nic więc dziwnego, że dokonuje życiowego obrachunku, że zapamiętane obrazy wirują i – oczywiście dyskretnie porządkowane przez narratora – układają się w historię człowieka, który wbrew sobie, a mówiąc bardziej precyzyjnie: wbrew swojemu racjonalizmowi jest patriotą. Nie jest to jednak patriotyzm ze szkolnej czytanki, lecz patriotyzm jako problem intelektualny, może nawet ból i walka z przymusem. Z jakiego bowiem innego powodu przyjeżdżałby Korwin-Milewski w 1920 roku do Warszawy zagrożonej przez armię rosyjską? Cóż innego przyciągnęło go tu, skoro mógł spokojnie siedzieć w każdym innym miejscu Europy? Deklarował brak miłości do Polski i zależało mu na przetrwaniu jej sztuki, deklarował kosmopolityzm, a jednak Polska była ośrodkiem jego myśli. Tyle że z tego myślenia wynikały rozczarowania.

Wacław Holewiński: Oraz wygnani zostali. Powieść o Ignacym Korwin-Milewskim.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2020, s. 256 + ilustracje.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.