09/2019

Patrycja Wojda

Piedestał artysty i rynsztok sztuki

Ten tekst poświęcam le poète maudit, Charles’owi Baudelaire’owi. Pełną wiązankę Les fleurs du mal świat zobaczył prawie równo półtora wieku temu (edycje z 1868 i 1869 roku). Piszę pełną, bo we wcześniejszych wydaniach część Kwiatów zła przycięto do rozmiarów publicznej moralności paryskiej połowy XIX wieku. Dzisiaj Paryż się już nie oburza. Bardziej skłonny jest oburzyć się, że wtedy się oburzono.

Przyglądam się zagubionemu ekscentrykowi i jednemu z największych rozpustników i gorszycieli tamtych czasów. Te określenia przywołuję celowo – to stereotypy, którymi obrosła legenda poety. Zasadne wydaje się pytanie o to, jak dalece kojarzymy dzisiaj Baudelaire’a z Kwiatami zła, traktowanymi wyłącznie jako manifest „poezji okropności i brzydoty”. I czy przy takich pojęciach nie trwamy siłą zwyczaju pierwszej i negatywnej recepcji, która w jakiś sposób odżywa i w naszej epoce. Aleksander Nawrocki w przedmowie do słynnego tomu pisał: „Baudelaire […] prowokował, bo szukał akceptacji, nienawidził, bo nie rozumiało go otoczenie. Współczesnych sobie zrażał skandalizującym życiem osobistym. Ckliwą miłość sentymentalnych mieszczuchów zamienił na erotyczne kontakty z wyrachowanymi kurtyzanami”. I puenta: „dewiacja osobowości”. Tak – to prawda, że za Kwiaty zła Baudelaire’owi wytoczono proces. W jego wyniku ze zbioru usunięto sześć utworów, a poetę ukarano grzywną. Tak – to prawda, że rynsztokowych motywów w dziele Baudelaire’a nie brakuje. Ale w rynsztoku nie da się zobaczyć pełnego odbicia tego poety. Żeby zobaczyć tę drugą część, potrzeba innego lustra.

Kiedy myślę o tej brakującej części, to chodzi mi zarazem o literaturę (zwłaszcza pewien esej) i o życie codzienne (zwłaszcza dandyzm). Dla obu tych form wyrazu artystycznego słowem kluczowym było Piękno, pisane przez Baudelaire’a prawie zawsze wielką literą! Rynsztok Baudelaire’owskich Kwiatów… ma – i bodaj powinien mieć – swój mocny kontrapunkt. Dopiero w takim zestawieniu widać dualizm stanowiący nieredukowalną cechę charakteru Baudelaire’a, odciskającą się piętnem na jego twórczości.

Malarz życia nowoczesnego, bo ten tekst mam na myśli, to esej na cześć Cons­tan­tina Guy­sa, paryskiego rysownika, który w ciągu dnia przechadzał się bulwarem paryskim, gdzie mierzył wzrokiem żołnierza, piękną kobietę i dandysa, wieczorem zaś wracał do pracowni i tam szkicował utrwalony w pamięci obraz. Pochwały kierowane w stronę Guysa stają się dla Baudelaire’a pretekstem do wyłożenia swoich prekursorskich poglądów o estetyce nowoczesności. W słowie wstępnym do Malarza… Czesław Miłosz pisał o założeniu programu nowej sztuki, który miał polegać na „otwarciu pięciu zmysłów na świat poddany cywilizacyjnemu przyspieszeniu”. Bo nie o Guysa chodziło. Nic mu nie ujmuję, naturalnie. Jednak istotny jest tu Baudelaire jako antropolog kultury, ekstatycznie obserwujący życie metropolii.

Dlaczego Baudelaire poświęca temu pozornie mało istotnemu faktowi tak wiele uwagi? Bo dostrzega w Guysie nieznany wcześniej sposób tworzenia i natychmiast stawia najważniejsze tezy, które potem staną się źródłem niekończących się nieporozumień. Artystą nie jest ten, twierdzi autor Malarza…, kto kopiuje naturę i utrwala obraz rysujący się przed jego oczyma. Artystą staje się dopiero ktoś, kto zaobserwowane przez siebie zjawisko przefiltruje przez wyobraźnię i wrażliwość, a następnie za pomocą koloru wykreuje obraz powstały w świadomości. Tym samym prawdziwą sztuką jest to, co przetworzone i sztuczne, a nie to, co naturalne i odtwórcze. I warto dodać, że literat wcale nie ma na myśli deformacji i zniekształcenia.

Znamienne, że w eseju Baudelaire nieustannie mówi o Pięknie. Czytelnikom jawi się jako znawca mody damskiej i męskiej, wymienia poszczególne części stroju żołnierza i prostytutki, wie dokładnie, jakich kosmetyków do makijażu powinna używać kobieta, aby skutecznie uwodzić. Nawet gdy opisuje kolejne ryciny Guysa, robi to z wyjątkową dokładnością, a czasem jego język staje się poetycki. Zachwyca się takimi szczegółami obrazu, jak tkanina i kolor sukni czy sposób padania na nią światła. Są to przecież, wydawałoby się, niezbyt istotne drobiazgi. A jednak to one prowadzą Baudelaire’a (czyli tego osławionego piewcę brzydoty) do przeżycia estetycznego.

Kult mody – bez tego trudno ułożyć definicję dandyzmu. Poeta niejeden raz obiecywał, że napisze o dandyzmie osobny esej (który de facto nigdy nie powstał, mamy wyłącznie rozdział w Malarzu…). Dandys dba o swoją powierzchowność i interesuje się powierzchownością innych. Francuski poeta pisał, że dandys śpi przed lustrem. Codziennie ćwiczy odpowiednie miny i przybiera wyszukane pozy, by na ulicy wyróżniać się nonszalancją i zblazowaniem. Każdy szczegół ubioru jest dokładnie przemyślany – od maniery ułożenia kołnierza aż po wybór koloru rękawiczek. Baudelaire nie zgadza się jednak z opinią, że dandyzm to nieumiarkowane zamiłowanie do strojów. Zewnętrzna elegancja ma jedynie odbijać arystokratyczną wyższość ducha nad pospolitym i zunifikowanym tłumem. Wyższość ta przejawia się między innymi w próżniactwie i bogactwie, bo do zadań dandysa należy kultywowanie osobistego piękna i zaspokajanie własnych pragnień.

Autor Malarza… niewątpliwie chciał uchodzić za dandysa. Już jako młodzieniec zwracał uwagę swoją nienaganną prezencją. Kolega z uczelni opisywał Baudelaire’a schodzącego po schodach uniwersyteckich: „Szczupły z odkrytą szyją, w bardzo długiej kamizelce o nieskalanych mankietach, z lekką trzcinką o małej złotej gałce, schodził krokiem miękkim, wolnym, niemal tanecznym”. Znamy też kilka fotografii poety. Widać na nich elegancko ubranego mężczyznę o chłodnym spojrzeniu, z obowiązkowym fularem pod szyją. Czy jednak Baudelaire rzeczywiście był dandysem? Jeśli wierzyć jego definicjom z Malarza życia nowoczesnego, to twierdzę, że nie. Po pierwsze – nie mógł sobie pozwolić na próżniactwo i spełnianie własnych fantazji, nawet tych artystycznych. Żeby utrzymać się w Paryżu, musiał zarabiać i pisać na zamówienie redakcji niesatysfakcjonujące go teksty okolicznościowe. Po drugie – jego arystokratyczny chłód był tylko pozą przybraną na potrzeby fotografii. W rzeczywistości le poète maudit przejmował się opinią innych, tak jak wielu literatów przed nim i wielu po nim. Świadczy o tym chociażby emocjonalny list do matki, w którym skarżył się, że Kwiaty zła zostały źle przyjęte przez krytykę.

Baudelaire nazywa się romantykiem i odgrywa rolę dandysa. Wspólnym mianownikiem romantyzmu i dandyzmu jest indywidualizm, przekonanie o własnej wyjątkowości i wyjątkowej wrażliwości. Poeta przeczuwa istnienie Absolutu – czyli doskonałego wcielenia dobra, prawdy i piękna. Ale poeta dysponuje również innym boskim pierwiastkiem, którym jest wyobraźnia twórcza. Dzięki niej nie tylko otrzymuje dostęp do świata nadprzyrodzonego, lecz także za pomocą metafory i rymu konstruuje jego odbicie (jeszcze raz motyw lustra). W ten sposób umożliwia odbiorcy swojej poezji zajrzeć do sfery sacrum jakby przez dziurkę od klucza.

Baudelaire jest świadomy swojej roli czy może raczej misji w paryskim społeczeństwie. Nie chce jednak gloryfikować przeszłości i naśladować poprzedników. Choć uważa, że poezja należy do świata nadprzyrodzonego, to za jej najważniejszą zasadę uznaje realność wraz z rozkładem i brzydotą (z naciskiem na słowo „wraz”). Wierzy, że jeśli zdegenerowana ziemia stanowi odbicie doskonałego nieba, to i nowoczesność musi być piękna w swojej codzienności. Poeta odkrywając nędzę, brud i cierpienie, jest przekonany, że znajduje piękno idealne, tylko ukryte i zdeformowane. Jak spuentował Kijowski: „poeta im wyżej chce się wzbijać w poszukiwaniu ideału, tym niżej musi zejść w nędzę”. Zdaniem Baudelaire’a prawdziwy artysta musi się otworzyć również na najniższe, na sferę profanum. Dlatego jego poezja nie stroni od ciemnych zaułków i rynsztoków.

To fakt: problematyka Kwiatów zła krąży wokół śmierci i zniszczenia, a pojawiające się w nich obrazy są makabryczne lub odpychające. Świat opisany pławi się w grzechu, szatan zaś odgrywa w nim jedną z głównych ról. Ale estetyka grozy i brzydoty ma nie tylko szokować mieszczańską moralność. Ma za zadanie również niepokoić, wytrącać ze złudnego poczucia bezpieczeństwa i przywoływać marzenie o idealnej harmonii. Bo według Baudelaire’a ona istnieje, tak samo jak istnieje idealne Piękno.

Problem współczesnych Baudelaire’owi polegał na tym, że skupiali się oni wyłącznie na satanistycznych i ciemnych wątkach Kwiatów zła. Odrzucali albo nie zauważali całej jego jasnej strony, której istnienie zakłada już nazwa cyklu. Poeta wprawdzie wprowadza czytelnika w rzeczywistość zła i grzechu, ale jednocześnie otwiera przed nim świat pozaziemski, pełen piękna i harmonii, a jego synonimem mają być tytułowe kwiaty. Sam Baudelaire podkreślał podczas procesu, że z jego wierszy płynie nauka moralna (przypominam, że został oskarżony o niemoralność Kwiatów zła). Ukazują one zamęt w duszy ludzkiej spowodowany złem, ale bunt przeciw Bogu i Naturze skażonej grzechem pierworodnym w rzeczywistości świadczy o tęsknocie za utraconym rajem. Jego przebłyski poeta odkrywa w codzienności nowoczesnego miasta, w szynkach i w błocie ulicznym, w pijanym żebraku i w starej kobiecie. Wierzy, że za nędzną fasadą kryje się piękno idealne. Kwiaty zła są więc próbą utrwalenia niedoskonałej rzeczywistości w doskonałej poezji.

Baudelaire nie był zdegenerowanym i perwersyjnym prowokatorem, a jego celem nie było zdobycie rozgłosu przez szokowanie ekscesami czy kontrowersyjnymi wypowiedziami. Ekscesy i kontrowersje stanowiły składnik estetycznego dualizmu i projektu nowej sztuki, w której mal łączy się z les fleurs nie tylko gramatycznie. A do baudelaire’owskich rocznic warto dodać jeszcze jedną, bo w 2019 roku mija dokładnie siedemdziesiąt lat od oficjalnej (1949!) rehabilitacji poety.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.