11/2019

Marek Sołtysik

Pół prawdy w fikcji,
półprawda o Fikcji

Mija trzydzieści lat od chwili, kiedy przestałem czytać regularnie prozę kolegów. Polskich moich współczesnych. Nie, żebym poczuł przesyt. Otóż dano mi do zrozumienia, że nikogo nie interesuje moje zdanie. Nie odpadłem z drabiny literatury pięknej. Umówiono się po prostu, że mnie tam nie ma. Nowiutcy – a także starsi, którzy niezrażeni niepowodzeniami czekali na ten moment – wchodzili po szczeblach, uciskając mnie bez przeprosin. Dziś już wiem, czemu skrzętnie wymazywali moje nazwisko, układając nowe słowniki pisarzy. Otóż po to, żeby rychło tam wejść z własnym hasłem. W tym celu, zasłużeni dla nauki, koło pięćdziesiątki, sami wyprodukowali eksperymentalne powieści. Wielu z nich mówi mi teraz z dobrym uśmiechem, że czas, kiedy nie zamierzali mnie znać, był snem. Dla nich być może tak.

Kwarantanna odbyta, karawana, cóż, idzie dalej. Pomalutku wracam do czytania prozy kolegów. Jak ich nowe utwory wyglądają na tle tekstów pisanych przez tych, którzy weszli i wchodzą na zwolnione miejsca? A jak na tle literatury mistrzów, z którą się nie rozstaję? Oraz klasyków prozy z trzech ostatnich wieków i naszych cudownie napędzonych odzyskaną niepodległością prozaików dwudziestolecia międzywojennego, twórców tak różnych, z których każdy trzymał się swojego cienia, nie zamierzając, jak czynią pyszni, dosięgnąć cudzego? Jak wreszcie na tle dokonań współczesnych: Amosa Oza, Kazuo Ishiguro, Michela Houellebecqa, mądrych wirtuozów języka?

Języka jasnego, własnego, bez przesterowań.

Po tym czułym wstępie, równie pretensjonalnym, na pierwszy rzut oka, jak proza chronicznie nagradzana – która w zależności od powiewu jest albo uproszczona, ale z poczuciem wyższości nad czytelnikiem, albo, przeciwnie, maksymalnie pogmatwana i bełkotliwa – przystąpię do próby objaśnienia celu mojego wystąpienia. Otóż po zapoznaniu się z książkami wydanymi w ostatnich latach – dziełami autorów robiących ewidentne błędy językowe i stosujących beznadziejnie naganne zlepki nic nieznaczących stebnówek w rodzaju „tak naprawdę” – osłupiałem. Że tak można? Pisać i mówić? Dowiedziałem się, że tak. O, nawet warto! A bo to jest warunek istnienia w środowisku; bez niego nie będzie życia w scenerii właściwej Europejczykowi. Literatura może, a nawet powinna być z papier-mâché, banknoty natomiast, ściany, basen i samochody – autentyczne.

Prawdziwki wtórnie podsuszone, wcześniej ugotowane, posmakowane w zupie, wyplute – na jednej kupce, na drugiej – wyniośli hipsterzy. To wianuszek. A w środku, w gnieździe, towar eksportowy: słuszne politycznie powieści, nie z brzucha powstałe, lecz z papierów z podpisami i pieczęcią, dostarczonych na biurka dobrze gratyfikowanych autorów, następnie do cna oszlifowane przez redaktorów i pracowników korekty, pozostawiające niemiłe wrażenie nieudolnego rysunku pokrytego starannym cieniowaniem. Nic nie dają cichutkie protesty zapomnianego pisarza, który w tej dziwnej produkcji dostrzega bezprawnie wykorzystane motywy, a nawet podtytuł dawnej własnej powieści. Nic nie da, że w innych podtytułach zauważył kompilację to z Tomasza Manna, to ze Stanisława Vincenza. Przemysł promujący kandydatkę do najwyższych światowych nagród ma za nic spostrzeżenia kogoś, kogo woli nie nazywać pisarzem, słuszne uwagi zbywając machnięciem ręką. – O, to nie jest celowe zapożyczenie, to przypadek! Proszę się wyłączyć, wariacie.

Twórca parszywieje, gdy odwraca się od dzieł starych mistrzów. Jeszcze gorzej, kiedy udając, że ich nie zna, czerpie garściami. Lecz to już wchodzi w zakres wychowania; chamstwo z hucpą przekazują sobie łup z ręki do ręki pod stołem. Cudze piórka i cudze laury dostaną się pod palce niemoty, a ta, wreszcie oswojona z faktem, że pisze prozą, dopiero w trakcie roboty quasi-pisarskiej, polegającej na nurzaniu zadanych i do wierzenia podanych faktów w sosie imaginacji, drogą mozolnych zmagań, wobec nieskuteczności stosowanych dotychczas z powodzeniem uników, da się zapędzić do próby rozpoznania tego, co robili dawniejsi pisarze, ot, zawiozą ją do muzeum, żeby wreszcie spróbowała się zorientować, na czym polega maestria Rembrandta, żelazna konsekwencja Cézanne’a, warsztat, talent i kultura Maneta, siła decyzji Marka Rothko. Z tej maszynki nie może jednak wyjść dobra proza, masę można upchnąć do plastikowego jelita; może nawet jakoś to będzie wyglądać, można obfotografować, lecz na tym koniec.

Poświęciłem się dla eksperymentu i posłuchałem, poczytałem, co mają do powiedzenia nasi okrzyczani, eksportowi pisarze, kiedy nie opierają się ciężko o redaktorów i korektorów. Skoro autorzy „kultowych pozycji”, czytanych nie z zapartym tchem, lecz z samozaparciem przez współczesną inteligencję, kaleczą język, robią ewidentne błędy, a karceni (na przykład przeze mnie na FB), nie mają pojęcia, o co chodzi i, obrażeni, stwierdzają, że wytykający ich podstawowe błędy językowe jest zawistnym chamem i frustratem, to jak tu działać w swojej dziedzinie? Zainteresowani obserwatorzy z reguły odnoszą wrażenie, że się czepiam. Mają swoją rację. Życie bowiem w ułudzie jest przeważnie milsze niźli w prawdzie. A że ze świadomością istnienia w fikcji?

Z krwią w żyłach – w fikcji?

I nie dość, że ktoś ich, to jeszcze sami się oszukują? W to nie wchodzę: ich pielesze. A psik!

Przy okazjach okołoliterackich wspominam dawne czasy, czyniąc to w obecności ludzi nowych w literaturze. Zazwyczaj muszę potem okazywać stuprocentowo wiarygodne dowody na to, że ja i moi koledzy, istniejący w literaturze od połowy lat siedemdziesiątych XX wieku przez półtorej dekady, nie zawsze sunęliśmy w cieniu, a nawet zażywaliśmy uznania, sławy, łączyła nas więź ze starszymi kolegami, błyszczało dla nas słońce, starczało nam pieniędzy, bo nasze książki szły do czytelników, czuliśmy się dobrze na Wiejskiej i na Krakowskim Przedmieściu. Większość z tych, którzy bezskutecznie usiłowali do nas dołączyć (ich wyrażenie: doszlusować), trzydzieści lat temu skorzystała z rozproszenia w dziedzinie kultury i, korzystając z nagromadzonego potencjału własnej przedsiębiorczości, obsiadła wydawnictwa. Bez oparcia w faktach, z werbalnym, wtedy wystarczającym, oświadczeniem nękania przez peerelowską cenzurę mniej niż średni piszący naładowali do tira dążącego do drukarni tonę swoich książek, do niedawna odrzucanych przez szanujące się wydawnictwa. Odrzucali przecież nie cenzorzy. Odrzucali krytycy literaccy. To oni – do czasu – oddzielali ziarno od plew.

Nagle krytycy gdzieś się zapodziali. Bywali doprowadzani do jakichś małych, efemerycznych pisemek, postawionych na peryferiach wysokiej kultury w miejsce zlikwidowanych ogólnopolskich tygodników: „Życia Literackiego” (padłem ofiarą, latami podnosiłem się z bruku), warszawskiej „Kultury”, „Tygodnika Kulturalnego”, „Kierunków”, „Kameny”, „Literatury” (przerobionej wcześniej na miesięcznik), „Miesięcznika Literackiego”. Co najmniej drugie tyle pism regionalnych… Otóż to. Pisma z ręką na pulsie bieżących wydarzeń zauważyłyby desant grafomanów. Początkujące i – czas pokaże – z góry skazane na uwiąd dwutygodniki nie były ani trochę czasopismami kulturalno-literackimi, bo choć zapraszały do współpracy poważnych, sprawdzonych autorów, poza tworzeniem swoistej antologii nie robiły tego, co wyszłoby kulturze na dobre – nie obserwowały bieżącego życia literackiego. Jego choroby. Trafna diagnoza niosłaby szansę na wyleczenie.

Za późno. Wydawcy już nawet nie usiłują ukryć, że rozgłos książki nie jest zasługą autora. Na laury złożył się legion. Jak to się stało, kto wymyślił odgórne zarządzanie literaturą polską, kto i dlaczego scentralizował dowodzenie nie pisarzem, lecz tym zgromadzeniem pośredników – to w tej chwili nieważne. Mleko wylane. Już tylko błoto. I dreptanie. Postraszyć słowem, obryzgać słowem, walić słowem na oślep, prowadzić czytelnika w śmierdzące bagno, niech się tam, naiwniak, zatraci. Szarpanina autora z czytającym, nikt nie wygrywa, nikt nie przegrywa, kac. To nie jest pisarz, ten, który w swoich tekstach gloryfikuje zło. Wyjątki – utwory o przebłyskach genialności, ujawniające ciężką chorobę duszy i niekompletne kompozycyjnie – zdają się potwierdzać regułę. To jeden stopień. A ten wyższy – groźniejszy, mniemam, nie tylko dla twórczości, ale i dla oka tego kogoś, kto czyta – to lekceważenie przez autora swoich własnych bohaterów.

Nie spotkałem się dotychczas z czymś podobnym, co z jednej strony wydaje się objawem nieznajomości życiowych realiów, zlekceważeniem najprostszych zjawisk psychologicznych nie wiadomo dla jakich celów, wreszcie odrzuceniem współczucia – co już zakrawa na artystyczne przestępstwo. W Fikcji (PIW, Warszawa 2018) Dariusz Bitner, który szkatułkowość niejako swej książki przenosi z konstrukcji na formę (o czym za chwilę), opisując dzieje jednej ze swych licznych bohaterek, Karoliny, osoby, dla której jej własne piękne piersi, wokół których skoncentrowane było nie tylko jej życie seksualne, ale w ogóle życie, po poddaniu się zabiegowi mastektomii w wieku trzydziestu lat (co dokładnie podaje narrator) funkcjonuje tak, jakby jej odjęto nie pierś, lecz paznokieć, i nosi się z narastającym pragnieniem pozbycia się pozostałej piersi. Marzy wręcz o jej wyrwaniu, pomna rozkoszy osiąganej podczas ugniatania i szarpania jej piersi w trakcie odbywania stosunku.

Ta ewidentna banialuka, nie do obrony w strefie humanistycznej, do przyjęcia w materii pornografii, funkcjonuje w realistycznej warstwie powieści. Na jakiej zasadzie? Na to pytanie nie odpowiedzą recenzenci, którzy w tej powieści doszukują się głębi. I ja szukałem. Ale początkowo znajdowałem tylko niestaranności. Na jednej stronicy góral „siarczyście splunął” i dały się słyszeć jego „siarczyste kroki”. Na innej stronicy mamy „kwaśny oddech” mężczyzny i „kwaśny uśmieszek” baby. Dwadzieścia pięć razy pada w książce głupawy zlepek „tak naprawdę”. Bitner, prozaik, którego pamiętam z czasów dawniejszych jako rzetelnego majstra, utalentowanego opowiadacza, krwistego jednocześnie i taktownego, tworzącego sugestywne obrazy literackie, którym nie można było zarzucić ani przezierania nieprawdopodobieństw, ani zapożyczeń, tamten Bitner nie sięgnąłby po nazwisko znaczące, jak z zatęchłej farsy – no a teraz, w Fikcji, pani Poczopek to emerytowana salowa. Zamierzałem napisać, że to tania satyra, jak z „Karuzeli”, pisemka dla niewybrednego czytelnika. Przy produkcjach tego tygodnika humor „Szpilek” musiał się wydawać wytworny.

I oto sam autor („Twórczość” 2019, nr 1), jak najsłuszniej zauważając, że współczesne skecze, drapieżne, „żyją na scenie bardziej niż na papierze”, wspomina, że w swoim czasie pisał „dość intensywnie humorystyczne dyrdymały do radia i pism różnych, w tym zacnej łódzkiej «Karuzeli»”… O! Czy zacna? „Karuzela” była składnicą ciężkich dowcipasów, kiepsko pisanych, ordynarnie ilustrowanych, przeznaczonych dla niewybrednego odbiorcy. Czytelnik „Szpilek” nie wziąłby do rąk „Karuzeli”. Stronice „Karuzeli” walały się w zaniedbanych ubikacjach dworcowych, na budowach, w wykopach. Te szarawo różowe kolumny druku, szpikowane dowcipami rysunkowymi, były synonimem złego gustu, przykładem braku smaku. Pisarz zaczytany w „Karuzeli” i tam się produkujący, czyżby istotnie był tym samym, którego wysoko wynosił Henryk Bereza, krytyk wybredny, ceniący w literaturze pisarską suwerenność, nieoglądanie się na sztywne zasady, wreszcie eksperyment językowy, nic to, że często prowadzący do absolutnej niekomunikatywności. Nie wiem, może Bereza cenił Bitnera przede wszystkim za to, czego się odeń jeszcze spodziewał; choćby tylko powtórzenia kiedyś usłyszanej frazy, partii solowej z niezwykłym, pozornie przypadkowym, w istocie wirtuozerskim, załamaniem linii melodycznej.

I właśnie w momentach przenoszenia akcji z doskonale dobytych terenów retrospekcji i oryginalnie uprzestrzennionych pozycją narratora, przenoszenia więc do zaduchu przedziału w wagonie ludzi niemądrych i w najgorszym guście, sam autor nie tyle niepokoi się o los czytelników, ile z poczuciem wyższości, a może inaczej, z dumą, zastanawia się, ilu z nich zdążyło odpaść od jego powieści. Ach, więc po raz dugi pokazuje, że doskonale sobie zdaje sprawę z mielizn dialogów, ciągnących się co jakiś czas na kilkunastu stronach, z zabiegów takich jak groteskowe ożywianie zmarłego pasażera, siedzącego obok innych ze sztyletem w piersi. Oczywiście, w innej szkatułce tej książki dyskutuje się o filmach Buñuela, mistrzowskich, wywiedzionych z surrealizmu, z przesłaniem, które się nie starzeje – proszę bardzo, mamy odległe nawiązanie – ale z drugiej strony karkołomne bywają te przejścia z przejmujących, świetnie zrobionych scen z dzieciństwa, z pejzażami, wnętrzami oglądanymi przez chłopca, wreszcie z mistrzowsko naszkicowanymi scenami umierania rodziców dorosłego uczestnika upiornego seansu w wagonie. W wagonie, w którym trwa poszukiwanie prawdy, zainicjowane przez funkcjonariusza prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa, którego, jak się okaże, nie było, Mariusz, jeden z tych biblijnych potępieńców, co to uciekają, choć ich nikt nie goni – ucieka, ponieważ prowokuje, ucieka, ponieważ od czasów szkolnych taki jego zafajdany los – znalazł się… i w tym momencie nie wie, po opłakaniu zmarłej w cierpieniach matki, czy może dołączył do pasażerów, zostawiwszy w domu matkę wciąż chorą.

W tym ogniwie jawi się Dariusz Bitner jako przenikliwy znawca i solidny praktyk techniki pisarskiej. Zawęźla akcję, przytrzymuje narrację, nagle się wznosi i – poeta – obserwuje z góry. Więcej: z powietrznej przestrzeni, w której jest zanurzony. A potrafi również przybliżyć; jego zoom działa bezbłędnie, toteż sceny z pożycia seksualnego przedstawia bez jakichś przyciemnień. I bez szyby. Pornografia? Jeżeli w tym znaczeniu, że czytelnik podnieci się erotycznie, to tak. Te fragmenty prozy Bitnera spełniają (i w poprzednich utworach spełniały) takie warunki. Skoro po trudach pokonywania wądołów i rozpadlin tej sadystycznie porozwlekanej książki należy się czytelnikowi mała nagroda za cierpliwość, a nie znajdzie on jej w przerywniku lirycznym – bo takiego, jeśli go sam nie wyłuskasz, nie podano – to dostanie przynajmniej trochę innych emocji, jak choćby w tej scenie, w której współczesny mężczyzna odrzucający z obrzydzeniem ewentualność ojcostwa („Na chuj mi dziecko, po co sprowadzać kolejną smutną duszę na ten marny świat”), poddaje się, choć nie jest związany: „Jego duch opuścił ciało, by spojrzeć na święty akt poczęcia z wyżyn sufitu. […] Dyszała. A zacisk w piździe trzymał. Solidna klamra”.

Dla narratora-autora-głównego bohatera, bystrego obserwatora rzeczywistości, obdarzonego cenną właściwością: dystansem do siebie samego, nie ma dwóch aktorek grających jedną i tę samą rolę w Mrocznym przedmiocie pożądania Buñuela; wszyscy inni zauważają, że są dwie, jednych to drażni, innych podnieca, filmoznawcom dostarcza materiału do badań… tylko on widzi jedną postać – i żadnego rozdziału na dwie aktorki. Dla Mariusza jest jedna.

Szczególna wrażliwość. Która nie pozwala iść prostą drogą.

Realistyczne odnotowanie osobności staje się jedną z wartościowszych stron książki: „Wydaje ci się, że zauważasz pewną niekonsekwencję. Wypijasz zawartość kieliszka tak, jak lubisz, sącząc nieprzerwanie wątłą strużkę. Ciepła wódka rozlewa się po gardle i podniebieniu, zaczyna palić kwaśnym ogniem destylacji, lubisz to. Większość pijących nienawidzi smaku wódki, jest zbyt wulgarny, wdziera się w senny organizm jak tatarska orda, tnąc szablami na prawo i lewo, wywołuje pożogę – trzeba ją zapić. Zabić wodą. Tymczasem dla ciebie to smak życia. Nie da się wszystkiego opłukać, nie ma co udawać, że czegoś nie ma, jeśli jest. I już wiesz, jaka cię niekonsekwencja zaniepokoiła. Zakłócenie wizji”.

Człowiek, któremu nie jest niemiły smak wódki i który ma przekonanie o pozytywnym wpływie wyskoku na instrumenty percepcji, należy do rodzaju zagrożonego nałogiem. Na ten temat w powieści niewiele. Główny bohater, pan bez zawodu, zjadający z upodobaniem łakocie i czytający właśnie te książki, które w tym czasie czytają inne kulturalne osoby, ciekaw bliźnich, jest wrażliwym koneserem kobiecych wdzięków, a z jakich przyczyn posuwa się do okrucieństwa, do sadomasochistycznych seansów z udziałem żony i jej klientów – jednorazowych partnerów seksualnych, tego się czytelnik nie dowie. Sygnałem może być przypadkowy incydent, kiedy Mariusz, powróciwszy, niezauważony, do domu, podgląda Monikę, żonę znajdującą przyjemność, a nawet rozkosz, w striptizie do lustra i w masturbacji. Ale żeby na kanwie tego naocznego doświadczenia zbudować interes dochodowy, ze wspólną kasą i z wspólnymi wyjazdami w trasę seksualnego show, trzeba być albo kanalią, albo kimś obezwładnionym siłą nałogu. Może nie w tym momencie, ale przecież… „Łykasz kolejną porcję […]. Sączysz przez zęby, pozwalasz wódce rozlać się po języku, po policzkach, tak jak lubisz. Połykasz ciepły płyn z przyjemnością i wypuszczasz nosem jego kwaśny aromat. Lichy, cuchnący napitek sprawia ci wielką przyjemność”.

Zanim dopuszczę się czynności rozłożenia Fikcji na części z nadzieją poznania jej mechanizmów, znużony monotonnym potokiem dialogów (choćby kilka stron tylko o gównie) pasażerów o satyrycznie brzmiących nazwiskach toczonych w śmierdzącym rzygami wagonie pociągu, wyznam, że ogromnie sobie cenię Dariusza Bitnera z innych korytarzy tej powieści – z tych mianowicie, w których ciepłym światłem wydobywa młodzieńcze wspomnienia swego bohatera, Mariusza, chłopca poniekąd wyautowanego, żądnego wiedzy, w szkole dystrakta, który nie pali, a jest przez nauczycieli pomawiany, że pali najwięcej, stanowiącego materiał na kozła ofiarnego. Kiedy nauczycielka odkrywa, że Mariusz pracuje nad księgą zatytułowaną Vademecum, w której gromadzi wiedzę z zakresu nauki i sztuki, i dzieli się z gronem pedagogicznym tym odkryciem, chłopiec odczuwa lekko blask sławy na swoim czole. Dzieje się to do momentu, gdy Vademecum się zawierusza, anonimowy informator obiecuje zwrot księgi pod warunkiem zjawienia się właściciela w rupieciarni. Mariusz odnajduje tam swoje Vademecum z rzadkim gównem na rozłożonych kartkach.

„Dwadzieścia lat później przyszło mu na myśl, że to odległe zdarzenie – które w sposób oczywisty stało się szybko szkolną tajemnicą poliszynela – naznaczyło na zawsze wszystkie jego przyszłe starania, osiągnięcia, zamierzenia i sukcesy”. O, nie uda się zwieść czytelnika, który jest także pisarzem, że zarówno memuarystyczna puenta opisywanego zdarzenia, jak i samo zdarzenie, to dzieło fikcji literackiej. Zbyt finezyjny to element – i zarazem wypełniony naturalnym ciepłem – żeby miał nie być intymnym wyznaniem. Bardziej intymnym niż kilkunastostronicowe rozważania przedstawicielek płci pięknej na temat zwiewności męskiego orgazmu. „Książki i filmy są uporządkowaniem, są filetem z rzeczywistości” – pisze Bitner (i tym sformułowaniem wchodzi do wielkiej księgi aforyzmów); w tym stwierdzeniu mieści się cała obecna niechęć pisarza do form wyczyszczonych, wypreparowanych, gotowych do estetycznego ustawienia. W Fikcji Bitner preferuje zabrudzenia, byle jakie machnięcia pędzlem, które mogą się okazać rewelacyjną plamą barwną, a mogą pozostać tępe – również z braku odpowiedniego zestawienia. Podejmuje ryzyko, pokazuje język takim jak ja, którzy mając poza sobą etap buntu przeciw czystości, jednolitości formy, uznali, że jednak w zgiełku naszego świata odrzucanie tego, co aż się prosi o komunikatywność, nie należy do działań rozsądnych.

Czy ja złożę na powrót Fikcję Dariusza Bitnera? Może nie, ponieważ nie ma takiej potrzeby. Po lekturze powieści liczącej ponad sześćset siedemdziesiąt stronic, po czym po kilkudniowej przerwie koniecznej do ogarnięcia utworu z dystansu, doszedłem do wniosku, że stanowi on mieszaninę tylko pozornie zemulgowaną. Elementy kabaretowo-groteskowe, składające się z dialogów, które być może by błysły w interpretacji bardzo dobrych aktorów, ale w obecnej formie rażą infantylizmem i zniechęcają sztucznością, wypełniając znaczną część książki, wywołują znużenie. Tu i ówdzie wtopione wprawdzie w retrospekcje, sprawiają jednak wrażenie konferansjerki. Wprawne oko wychwyci fastrygi poniechanego słuchowiska. Szkoda tych kapitalnych opisów biegu człowieka bliskiego skonu w początkowej partii książki, szkoda znakomitej sceny nieśmiałego, początkowo, jak to w życiu, kanciastego zbliżenia dwojga młodych w wynajętym pokoju, gdy za oknami przaśna groza pierwszych dni stanu wojennego (ten fragment czytałem wcześniej w „Twórczości”, znakomicie się sprawdza jako osobna całość). Szkoda wreszcie tych finezyjnych dywagacji o urodzie, jakże niełatwej, pewnych intymnych części ciała, fascynujących konesera.

Jak na tak ambitną, ezoteryczną powieść eksperymentalną, zakończenie oraz futurystyczne dopowiedzenie wydają się zabiegiem niekonsekwentnym. Ich sztuczne w tej materii doczepienie powoduje efekt podobny do mechanicznego rozproszenia teatralnej mgły przy równoczesnym wyłączeniu barwnych reflektorów, zastąpienie tajemniczego światła smugą z reflektora punktowego. Co pozostanie dla znużonego czytelnika powieści o tym – co się okaże – jak to narrator-bohater-półautor, potłuczony poza tym niegroźnie w potwornej katastrofie pociągów, odzyskuje przytomność w szpitalu, a drepcząc do plugawego (bo jak by inaczej) klozetu, rozpamiętuje to, co na czas nieprzytomności przygotował mu jego własny mózg – kompozycję pootwieranych i nie zamykanych szuflad, otwartą, nie podopinaną rzeczywistość fikcji. Co czytelnik otrzyma „na zawsze”? Może dowcipną dla jednych, innym mrożącą krew w żyłach historię genezy bolesnego i nie wiadomo, czy odwracalnego zdrewnienia fallusa głównego bohatera. Mariusz – opuszczony przez Monikę – zapewni sobie spokojną starość pod opieką Marysi, czułej kobiety, która, jak sama to określa, jest wybrakowana, ponieważ „nie ma dziurki”. Pozostanie historia starannie planowanego samobójstwa przyjaciela z lat szkolnych… Ale, ale – wszystko to ekstremalne, czy nie zbyt łatwe dla szanującego się prozaika?

Poza tym pociąg, przedział, korytarz. Wsiąść do pociągu i… Byli Wells, Stevenson, Poe, Stefan Grabiński, był kapitalny Herbert Rosendorfer, po nim więcej niż kilkunastu już polskich modnych prozaików naszego czasu. Stukot kół, rytmiczne impulsy i z nich wynikające konsekwencje psychofizyczne i artystyczne to z pozoru połowa sukcesu. Przywoływanie bohaterów lektur i filmów – znacie? Znamy. Ale aż dziw, że nie ma przypisów, skąd autor zaczerpnął sposób obrazowania z punktu widzenia zakamuflowanego obserwatora biegu bohatera po dworcu i peronach, skąd wziął się pomysł natłoku dziwnie brzmiących nazwisk. W tym kontekście warto zajrzeć do pierwszych powieści paru autorów nagrodzonych w 1975 roku w czytelnikowskim konkursie na debiut powieściowy. Mało kto dziś o tych książkach pamięta. Poza autorem Fikcji – więcej niż inspiracje, jeszcze więcej niż wpływy widać podczas lektury.

Był oczytanym uczniem przed maturą, gdy wspomniane powieści świeciły nowością w witrynach księgarń.

Nasuwa się spostrzeżenie: Fikcja Bitnera to patchwork. Tu są to pozlepiane w całość cząstki z materiałów świetnych i ze szmat. Patchwork, jak wiemy, to produkt ubóstwa. W wypadku Fikcji patchwork, z wiktoriańskim rodowodem, został sporządzony na kanwie rysunku par excellence libertyńskiego. Ta książka to wyczerpujące skoki ciśnienia.

Dariusz Bitner: Fikcja.
PIW,
Warszawa 2018, s. 676.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.