09/2018

Miłosz Waligórski

Portugalia
(Rumunia – Węgry)

Czy literatura potrafi być tylko roztoczem?

Bohdan Zadura


Estoril. Siedlisko upadłych satrapów. Miejsce, gdzie pod koniec lat czterdziestych i na początku lat pięćdziesiątych XX wieku mieszkali obok siebie ekskról Rumunii Karol II, nawiasem mówiąc, niezłe ziółko, i zimnokrwisty Miklós Horthy, regent Węgier, admirał bez morza, którzy tutaj, dzięki gościnie, jakiej udzielił im Salazar, mogli cieszyć się spokojem i widokiem na wielką wodę.

Miklós budził się w willi nad oceanem, codziennie, stojąc na baczność przed lustrem, starannie golił wąsy, patrzył sobie w twarz, ale nie skupiał już uwagi na gruszce nosa, zwiotczałej skórze ani oczach smutnych jak u wyżła węgierskiego, tylko na krzywym zębie, dolnej dwójce po prawej stronie, co łyskał żółtą barwą niczym brudne wspomnienie krzyża – też krzywego – z korony świętego Stefana, która blisko cztery lata (1849–1853) przeleżała pod Orszową zakopana w ziemi między imperium osmańskim a monarchią habsburską. Potem wzdychał, zamykał usta i wychodził na skąpany w słońcu taras, gdzie zaznaczał swoją obecność gromkim kichnięciem.

W Estoril pisał Życie dla Węgier, drobiazgowy pamiętnik, bo po graniczących z obłędem doświadczeniach minionych lat – twarze tych spod Woroneża śniły mu się nawet tu nad Atlantykiem – dla poratowania zdrowia psychicznego wolał uciekać w szczegóły. Farszem jego życia stały się ponadto zakupy w sklepiku, kawa, ciastka (najbardziej, mimo wszystko, bola de Berlin, ale też Folhado de Maçã), przyziemne myśli, pytania „co na obiad?”, czwartki i niedziele, dni, które z czasem przestał od siebie odróżniać. No i spacery. Głównie spacery.

Kiedy podarowany mu przez Petru Grozę zegarek wskazywał dziesiątą, Miklós brał żonę pod swoje wydziarane ramię i ruszali na przechadzkę po promenadzie wzdłuż plaży. Ona w słomkowej budce w starym stylu, związanej pod brodą na kokardę, on w zapiętej pod szyję białej koszuli z długimi rękawami, aby zasłonić chińskiego węża, reminiscencję balangi sprzed wielu lat. Magdolna nie znosiła tego tatuażu, całe szczęście w kwestii ubioru mąż słuchał jej jak wyroczni.

Szli. W wibracjach jej głosu i w jednostajnym rytmie jej oddechu znajdował odprężenie. Podczas spacerów jednak bardziej niż żoną zajmował się swoimi demonami. Kroczył wyprostowany, jakby odporny na działanie wiatru i ognia – azbestowy. Głuchy na westchnienia natury wijącej się namiętnie u jego stóp, która szeptała „weź mnie, weź mnie tu na tym chodniku”, szedł ze wzrokiem zatopionym w wodzie tuż pod horyzontem, myśląc o tym, że przyrodę należałoby obłaskawić, oploty bluszczów na fasadach pobliskich domów rozsupłać, widnokrąg wyrównać sekatorem, niebo i ziemię podzielić symetrycznie na pół, a Atlantyk wygładzić. Jako wytrawny żeglarz Miklós najbardziej lubił bowiem sztil, pogodę, kiedy gładkości oceanu nie zakłóca najmniejsza fałdka.

Z Magdolną mieszkali tu już wystarczająco długo, żeby przyzwyczaić się do lokalnych obyczajów. Na przykład, widząc fale w zachodzącym słońcu, wzorem tubylców zawsze łapali się za ucho. Tym razem też tak było. Zrobili to oboje w jednej chwili, z równoczesnością pływaków synchronicznych. Musieli wyglądać zabawnie, bo idąca z naprzeciwka para zaśmiała się wesoło. Ściśle powiedziawszy, najpierw zaśmiała się ona, Elena Wolff alias Magda Hohenzollern, de domo Lupescu, a dopiero potem on, szturchnięty przez nią łokciem Karoli II, ekskról Rumunii, abdykat.

Magda, harpia, miała makijaż jak kobiety Picassa i chód wyzywający stosownie do wieku, w cieniu szerokiego kapelusza czaiły się jej drapieżne oczy. Lubiła tędy chodzić. Liczyła na to, że pewnego dnia ocean wypluje na brzeg okaz rzadkiego gatunku perły, o której będzie mogła powiedzieć „o, barocco”, a potem nonszalancko rzuci ją z powrotem do wody. Była próżna i nienasycona. Mimo że dopięła swego i rok wcześniej wzięła ślub z byłym królem, a nazwisko, o czym zawsze marzyła, zmieniła na Hohen­zol­lern, wciąż czuła się zagrożona, gotowa skoczyć do gardła każdemu, kto zakwestionowałby jej pozycję. On szedł obok niej trochę nieobecny, spod chaplinowskiego wąsika rozsyłając na wszystkie strony pusty uśmiech. Dołeczek w podbródku i napomadowane włosy z przedziałkiem po lewej stronie przyjmowały ciepło zachodzącego słońca, ku któremu Karol z rozkoszą wystawiał twarz.

Jemu w przeciwieństwie do Miklósa nie śniły się koszmary. Zdjęcie niemieckich, węgierskich i rumuńskich żołnierzy, maszerujących do obozu jenieckiego zimą 1943 roku, nie odcisnęło się na jego bezchmurnym wnętrzu piętnem bezsenności. Karol był beztroskim człowiekiem. W gorącej wodzie kąpany, dawał się nieść strumieniom przypadku. Utrzymywał się na powierzchni i to mu wystarczało. Nigdy nie chciał życia przekuwać w los, nurtowały go krew, plotki, przygody i romanse. I jeśli Horthy przypominał azbest, czyli kamień, który nie płonie, on przypominał bursztyn – kamień, który płonie, wolny elektron, gagat. Władza nie interesowała go wcale. Jak tylko mógł, uciekał przed nią, gdzie pieprz rośnie. Albo tytoń. Na przykład w 1931 roku czmychnął na Ada Kaleh, wyspę na ziemi niczyjej między Jugosławią a Rumunią. Od zamieszkujących ją Turków dostał wtedy w prezencie kilka paczek aromatycznych papierosów Ali Kadri w różnobarwnych bibułkach. Sięgał po nie przy specjalnych okazjach. Dzisiaj też wziął je ze sobą na spacer.

Na deptaku widywali się często, czasem nawet zamienili słówko. Po niemiecku, rzecz jasna. Ten język połączył niegdyś ich kraje, które nigdy nie czuły do siebie mięty, ale w trakcie drugiej wojny światowej stały się sojusznikami. Miklós pamiętał Karola z czasów, gdy właśnie jako sprzymierzeniec w imię rozumianej po węgiersku sprawiedliwości dziejowej zabierał Rumunii północny Siedmiogród (1940): obwieszony orderami w mundurze z bogatym szamerunkiem na ramionach, z buławą w dłoni i imponującym pióropuszem na czaku król był kimś innym niż ten tu goguś w białej marynarce. Kiedy więc spotkali się w Estoril po raz pierwszy, poznał go tylko dzięki czernidłu na czuprynce pod nosem.

Teraz niechybnie minęliby się w milczeniu, gdyby nie nagły podmuch wiatru. Miklós spostrzegł, że Karol szamoce się z zapałkami, nie może przypalić sobie papierosa. Podszedł więc do niego, wyjął z kieszeni mosiężną zapalniczkę, potrząsnął nią, uchyliło się wieko, a ze środka pod naciskiem regencyjnego kciuka buchnął mały płomień. Karol zaciągnął się łapczywie, po czym z wdzięcznością pokiwał głową. Chciał swojego wybawcę poczęstować Ali Kadrim, ale ten odmówił. Widok paczki wyzwolił w nim lawinę skojarzeń, które jak talia przezroczystych kart do gry w taroka ułożyły się w obraz wszystkich pokładów łodzi podwodnej UB III. Wróciły wspomnienia z 1918 roku, kiedy jako dowódca c.k. marynarki wojennej holował z Turnu Severin do Budapesztu uszkodzony okręt.

Wtedy to, zanim zostawili za sobą Orszowę, opłynęli Ada Kaleh, tę dryfującą Atlantydę, z brzegów której klaskali na nich Turcy w fezach i zakwefione Turczynki. Może odprawiali gusła nad potworem o nitach zamiast łusek, a może tylko słali im pozdrowienia. Tak czy inaczej po latach, w 1971 roku, ich świat obrócił się wniwecz. Najpierw zwinięto dywan w meczecie i wysiedlono mieszkańców, podłożono dynamit pod domy i ruiny murów obronnych, a potem nad wyspą zamknęła się kipiel, bo zapora z betonu, która stanęła w Żelaznych Wrotach, podniosła wody rzeki o kilkadziesiąt metrów. Orient na zachodnich rubieżach Rumunii stracił rację bytu, aczkolwiek tego dnia nad oceanem ci dwaj autokraci – za słabi, by przeistoczyć się w tyranów, i za silni, byśmy o nich zapomnieli – mogli co najwyżej wyczuć to szóstym zmysłem. Gdyby pożyli jeszcze dwadzieścia parę lat, przekonaliby się, że ich intuicja była niezawodna.

Tymczasem pożegnali się i każdy poszedł w swoją stronę. Pierwsza odwróciła się Magda. Jej wzrok przeciął się zaraz ze wzrokiem Magdolny. Kilka lat później obie panie owdowiały i zostały w Estoril same. Czy nadal spacerowały promenadą wzdłuż Atlantyku? Czy wdawały się w pogawędki? A może na swój widok dumnie zadzierały głowy? Na pewno jednak, minąwszy się, spoglądały za siebie. Bo kobiety tak robią. Czasem patrzą w tył, podczas gdy mężowie stanu zawsze patrzą w przód. I kichają. Miklós w skwarnym słońcu, a Karol, kiedy do niemieckiej dziurki wpada mu jakiś pyłek. Na przykład teraz.

Winę, jak przypuszczam, ponosi ta kartka – siedlisko upadłych saprofitów.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.