11/2018

Magdalena Boczkowska

„Posiedzimy trochę razem, wypijemy”

W trzecim numerze „Książek. Magazynu do Czytania” z 2013 roku Marcin Sendecki sporządził listę dziesięciu genialnych pisarzy, których dzisiaj nikt już nie zna i nikt nie czytuje. Na piątym miejscu tej listy znalazł się, tajemniczy niestety nawet dla dzisiejszych studentów filologii polskiej, Andrzej Łuczeńczyk, którego Dzieła zebrane wydane zostały w tym roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Łuczeńczyk, nazywany „wiejskim wieszczem” (w korespondencji Jerzego Giedroycia), jest w historii polskiej literatury pisarzem absolutnie wyjątkowym. Wypromowany przez Henryka Berezę i wspierany przez Marię Jentys, przemknął niczym meteor, zostawiając po sobie stosunkowo niewielki dorobek, łącznie mniej więcej sześćset stron. Za jego życia ukazały się w sumie trzydzieści dwie publikacje – cztery książki, dwadzieścia pięć tekstów w prasie literackiej (między innymi na łamach „Życia Literackiego”, „Akcentu”, „Twórczości”, „Oficyny Poetów” czy paryskiej „Kultury”) i trzy opowiadania w tomach zbiorowych. Warto więc na początek przypomnieć kilka faktów.

Urodził się, jak raz przyznał, 10 grudnia 1945 roku (oficjalnie podawano, że 10 stycznia 1946 roku) w Ludwinie koło Łęcznej, niedaleko Lublina. Był synem Bronisława Młynarczyka i Walentyny z domu Łuczeńczyk. Wychowywany przez matkę i dziadków to właśnie nazwiskiem panieńskim matki się posługiwał – z ojcem kontakt miał bowiem znikomy, by nie powiedzieć − żaden. W latach 1952–1958 ukończył sześć klas Szkoły Podstawowej w Ludwinie, a klasę siódmą (wówczas ostatnią) w roku szkolnym 1959/1960 w Bytowie, w województwie koszalińskim, gdzie mieszkała jego matka chrzestna. W latach 1960–1962 uczęszczał z kolei do Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Lublinie. Maturę zdobył już jednak później – w styczniu w 1978 roku w Liceum Ogólnokształcącym dla Pracujących w Lublinie. Zamieszkał potem w Wieluniu i ożenił się z Katarzyną Szczepańską, wkrótce zostając ojcem trójki dzieci: Pauliny, Weroniki i Alberta. Pracował w tym czasie w Wieluńskim Przedsiębiorstwie Budowlanym jako betoniarz-zbrojarz, w 1984 roku zdecydował się jednak wrócić do Ludwina i przejąć obowiązki w rodzinnym gospodarstwie rolnym. Dodatkowo dorabiał jako palacz w miejscowym Gminnym Zespole Opieki Zdrowotnej.

Zadebiutował równocześnie poetycko i prozatorsko w 1969 roku – w miesięczniku „Radar” (nr 6) opublikował trzy wiersze (poezja była jednak tylko „wypadkiem przy pracy”, o wiele lepiej czuł się w prozie), a w piśmie „Kamena” (nr 24) opowiadanie pod tytułem Więzienie. Należał do Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy, a od 1985 roku do Związku Literatów Polskich. Był laureatem wielu nagród, między innymi Nagrody im. Bolesława Prusa (1986), Premii Wieczystej Fundacji im. Zofii i Jana Karola Wende (1986), Nagrody im. Edwarda Stachury (1990) czy Nagrody Specjalnej im. Stanisława Piętaka (1990). Zmarł nagle, w wyniku ciężkiej choroby, w swojej rodzinnej miejscowości 12 sierpnia 1991 roku, mając zaledwie czterdzieści pięć lat. Dwa lata później Tomasz Lengren, w ramach cyklu „Portrety młodej prozy”, nakręcił o nim trzydziestoczterominutowy film zatytułowany Książę i wilk, do którego scenariusz napisał Leszek Bugajski, a który ilustrowany był scenami opartymi na fragmentach jego prozy (w ramach serii powstały też filmy o takich prozaikach, jak Jerzy Łukosz, Tadeusz Siejak, Grzegorz Musiał czy Stefan Chwin). Gminnej Bibliotece Publicznej w Ludwinie nadano imię Łuczeńczyka.

Wspomniany już Henryk Bereza tak pisał o autorze Gwiezdnego księcia na łamach „Twórczości”: „[…] jest pisarzem prawie całkowicie niezależnym od jakichkolwiek wpływów czy powiązań czysto literackich, jest ponadto prawie od samych początków twórczych kreatorem i dysponentem własnego artystycznego stylu” („Twórczość” 1990, nr 8). I trudno dziś nie zauważyć, że Łuczeńczyk nie miał szczęścia do miejsca i czasów, w których przyszło mu tworzyć. Gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, stałby zapewne w jednym szeregu z Jackiem Kerouakiem, Allenem Ginsbergiem, Williamem S. Burroughsem i innymi twórcami kręgu beat generation. Jego proza jest bowiem chropowata, „męska”, bezimienni bohaterowie to specyficzni samotnicy, wiecznie w drodze, wiecznie flirtujący ze śmiercią, stale ocierający się o najmroczniejsze i najokrutniejsze aspekty człowieczeństwa, celebrujący jednak drobne przyjemności, jak choćby picie wódki czy palenie papierosa, które to czynności są zawsze bardzo detalicznie opisywane. Kobiety są w tym świecie tylko dodatkiem, są zniewolone, bywają bite i gwałcone, zawsze słabsze mogą przynosić chwilową tylko ulgę. Światy męskie i światy kobiece stale się rozmijają, kobieta i mężczyzna mogą się spotkać, ale nigdy nie dojdą do porozumienia, nigdy całkowicie się nie zespolą. Kopulacja, bo akt seksualny u Łuczeńczyka jest zawsze kopulacją, trwa tylko chwilę, przynosząc la petite mort, tymczasową ulgę. To też świat ciemności, będący w wiecznym zagrożeniu. Łuczeńczyk „opowiada o tym, co Stachura był zmuszony przemilczeć” − by znowu zacytować Berezę.

Wydany tom Dzieł zebranych podzielony jest na osiem części, zawierających całą zachowaną spuściznę Łuczeńczyka. Czytelnik zaznajomiony z jego twórczością może na nowo skonfrontować refleksje po niegdyś czytanych tekstach, porównać je z wrażeniami lekturowymi po fragmentach dotychczas niepublikowanych, ci, którzy do tej pory się z nim nie zetknęli, mogą natomiast prześledzić całą prozatorską drogę autora – od tekstów najdawniejszych po te ostatnie. Dostajemy zatem dwa pierwsze zbiory opowiadań: Przez puste ulice z 1982 roku, zawierający jedenaście tekstów (Ciemna woda, Co tydzień w niedzielę, Pierwsza zmiana, Dereś, Chrzest, Piłkarze, Światła coraz bliżej, Łyżka, Pociągi powrotne, …I łbem w drzewo, Przez puste ulice), oraz Kiedy otwierają się drzwi z roku 1985 z siedmioma opowiadaniami (Błyski, Kiedy otwierają się drzwi, Tak zupełnie zwyczajnie, Gra w szachy, Wilk, Jasne pokoje, Nocny tramwaj); trzy mikropowieści: Gwiezdny książę (1986), Źródło (1986) oraz Wyzwanie (1989); ale także dwa opowiadania niepublikowane (Kosynierzy – rękopis odnaleziony w rodzinnym archiwum, miał wejść do tomu Przez puste ulice, ale został odrzucony przez cenzurę, oraz Niedzielne radio – rękopis znaleziony w Bibliotece im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie), dziesięć opowiadań rozproszonych (Więzienie, Synowie, Słońce, Kolorowa stypa, Córeczka, Dzieci areny, Okno, Powrót, Przywódcy, Oczarowanie) i w końcu utwór dramatyczny Mistrz, który Łuczeńczyk chciał wystawić w kwietniu 1978 roku w Teatrze Nowym w Łodzi, a który ostatecznie opublikowany został w warszawskiej „Kulturze” dziesięć lat później.

W prozie Łuczeńczyka dominują półzdania – tak o frazie autora Źródła mówił Tadeusz Komendant („Twórczość” 1992, nr 11), nie ma tam słów zbędnych, nadmiernego słowotoku, jest oszczędność frazy, lakoniczna stylistyka, przemilczenia, wiele dzieje się pomiędzy słowami, pomiędzy zdaniami, ale słowo jest najważniejsze, każde nawet najdrobniejsze. „Odchodzi od nas – mówił w mowie pogrzebowej Bereza – książę z ducha, wybraniec, owładnięte tajemniczymi mocami narzędzie słowa. […] w słowie i przez słowo sięgał do największych tajemnic nieba i ziemi, istniał wśród nich, pisał jak istniał”. A zatem w słowie i przez słowo, i pomiędzy słowami – można by dodać – dąży autor Córeczki do przezroczystości języka. Przy czym jest tu także niezwykła dbałość o szczegóły. U nikogo chyba z polskich prozaików nie ma takich drobiazgowych opisów męskich skarpet czy kapci, zwanych ciapami. Bohaterowie celebrują każdą najprostszą czynność, choćby poranną toaletę, opisy są bardzo szczegółowe, wystarczy przytoczyć na przykład fragment Ciemnej wody:

Usiadłem i zacząłem się ubierać. Ubranie trzymam blisko, lubię się ubierać, siedząc na tapczanie. Najpierw spodnie. Zawsze nakładam najpierw spodnie. Albo skarpetki. Najpierw spodnie, a później skarpetki albo najpierw skarpetki, a później spodnie. Ale nigdy nie zaczynam ubierania się od koszuli. Mógłbym chodzić po mieszkaniu bez koszuli, czasami bardzo to nawet lubię i sprawia mi to przyjemność, ale na przykład nie mógłbym chodzić bez spodni, tylko w koszuli i w skarpetkach. Kiedyś, pamiętam, obudziłem się jakiś taki, że chciało mi się odrzucić kołdrę i nie chciało, to chciałem ją z siebie zedrzeć, to znów cały jakby tężałem i było mi pod nią bardzo dobrze. Wtedy to, nie wiem, co się stało, po nałożeniu skarpetek nałożyłem koszulę. Zobaczyłem to dopiero wtedy, kiedy chciałem wstać. Nie wstałem. Nie mogłem. Siedziałem i nie mogłem wstać. Nie chciałem mieć na sobie tej koszuli, ale jednocześnie nie mogłem zacząć jej zrzucać. Ruszałem jakoś tak ramionami, plecami i chciałem, aby ta koszula po prostu ze mnie zniknęła. Nie przypominam sobie, jak to się stało, że nagle złapałem materiał po obu stronach rozcięcia i szarpnąłem tak, że guziki prysnęły w różne strony. Potem zerwałem ją z siebie i odrzuciłem. Posprzątałem wszystko dopiero wtedy, gdy wróciłem z pracy.

Kiedy umyłem się i ogoliłem, dopiero nałożyłem koszulę i buty. Nie lubię przyrządzać sobie i jeść śniadania, jeśli nie jestem ubrany. Woda już się zagotowała, zacząłem więc smażyć jajecznicę. Zjadłem ją, zagryzając chlebem i popijając herbatą – wprost z patelni. Niektóre rzeczy smakują mi lepiej, gdy jem z patelni czy z rondla, niż gdybym jadł je z talerza.

I od razu wszystko pozmywać, powycierać i posprzątać. Kiedyś nie zrobiłem tego od razu, a chciałem pozmywać po kilku śniadaniach i kilku kolacjach, ale nie mogłem się do tego zabrać. Po prostu nie mogłem. Skończyło się na tym, że wszystkie brudne naczynia musiałem powyrzucać.

Teraz dopiero wróciłem do pokoju, wygodnie się rozsiadłem i zapaliłem papierosa […].


Łuczeńczyk „stał się – nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak – pisarzem takich słów, za którymi kłębią się same tajemnice świata”. Zadaje ważkie pytania, i jak sam pisał w Źródle: „[…] nie wiem, kiedy sobie na to odpowiemy, ale kiedyś odpowiemy, dotrzemy aż do dnia stworzenia i – pójdziemy po ten jakiś dzień ostatni!…”. Narrator tylko obserwuje bohaterów, nie komentuje ich zachowania w żaden sposób, jego relacja jest całkowicie pozbawiona emocji i sądów. A główną zasadną narracyjną jest właśnie zasada niedopowiedzenia. „Przy Łuczeńczyku Hemingway jest straszliwym gadułą” – pisał w recenzji Źródła Bohdan Zadura (zob. „Twórczość” 1987, nr 4). To niemal hipnotyczny rytm:

Dobrze, bardzo dobrze… Jedzie samochód, jedzie równo przed siebie. Jeszcze pusto, ale już niedługo pojawi się gdzieś tam i zacznie się przybliżać jakiś pierwszy, potem drugi i następne. Zwyczajnie. Niech jedzie samochód, jeszcze niech jedzie. Tak proste przecież, oczywiste nawet. Nieodgadnione było i nieprzeniknione, kiedy czasami się pojawiało, a przecież… Proste musi być wszystko, proste i jasne. Jeszcze tylko cztery i pół – właśnie te pół – kręgu. Po raz pierwszy spojrzenie w twarz temu, kto ten ostatni, niepełny krąg zacznie i skończy. Tak tylko może być, tak właśnie musi być. A potem… Jasno potem, na zawsze już jasno. Nagle skończy się szosa…


W dialogach natomiast szybko tracimy rozeznanie, kto kiedy mówi, dzięki czemu stają się one swoistym soliloquium – rozmową z samym sobą bądź też z własnym doppelgängerem – złym sobowtórem, swoistym alter ego (jeden uosabia to, co wypiera z siebie ten drugi), takich par jest bowiem w prozie Łuczeńczyka mnóstwo, by wspomnieć tylko o Księciu i Czarnym z Gwiezdnego księcia czy Młodym i Starym z Wilka. To niezwykle ciekawy motyw jego twórczości. W wierzeniach germańskich doppelgängerem określa się „podwójnego wędrowca” – od doppel „podwójny” i gänger „wędrowiec”, jest to zatem ktoś, kto porusza się w taki sam sposób, jak druga osoba. Słowo to może również oznaczać zjawisko polegające na tym, że człowiek widzi siebie w miejscu, w którym zobaczenie własnego odbicia jest niemożliwe. Jest to zapowiedź nadchodzącego nieszczęścia. Jedną z najciekawszych takich „par” u Łuczeńczyka jest płatny zabójca i jego sobowtór z mikropowieści Źródło.

Proza ta jest zatem pozornie skonstruowana z prostych scenek rodzajowych, pokazujących typowo ludzkie zachowania w typowo ludzkich sytuacjach. Szybko jednak okazuje się, że zawsze jest coś, co nam zagraża, co wytrąca koleiny życia, burzy rutynę i zwraca dzięki temu uwagę na coś znacznie istotniejszego, o czym Łuczeńczyk chce nam powiedzieć między wierszami. Jego proza jest więc wariacją na ten sam temat: śmierć, ciemność, okrucieństwo – to właśnie wisi nad ludzkim losem, dominuje nad światem. Człowiek jest w stanie permanentnego zagrożenia. Realizm tego pisarstwa jest jednak zawsze podszyty ironią, bez względu na to, czy mamy do czynienia z wariacją na temat kryminału, westernu czy powieści gotyckiej. Jest to także proza pozbawiona jakiegoś konkretnego czasu – może dziać się gdziekolwiek i kiedykolwiek, nawet mikropowieść Gwiezdny książę, osadzona w bliżej niedookreślonym średniowieczu, jest alegorią każdej władzy totalitarnej. W imię zasady Machiavellego, że „cel uświęca środki”, Książę zabija wszystkich, zabija bezsensownie i niepotrzebnie, nie wiadomo po co, nie wiadomo za co, dosłownie dąży on do władzy po trupach, ale w końcu zabija i samego siebie. Podobnie jest w Wyzwaniu. Zamach terrorystyczny transmitowany w telewizji i oglądany w hotelowym pokoju mógł wydarzyć się trzydzieści lat temu, ale i trzydzieści dni temu. Może wydarzyć się jutro. Każda ze stron ma swoje racje – zamachowcy stają się ofiarami, a ofiary mogą zostać oprawcami. Prawda, jak zawsze, leży pośrodku.

W posłowiu Dzieł zebranych, zatytułowanym Morderca w kapciach, Adam Wiedemann pokusił się o zestawienie czternastu słów‑kluczy, mających dla Łuczeńczyka, uciekającego jednak od każdego utrwalonego w literaturze mitu, największe znaczenie. Są to: kołdra, samotność, idylla (rozumiana bardzo specyficznie), sobowtór, śmierć, pistolet, jezioro, dziecko, kobieta, kapcie, więzienie, magik, wódka i drzwi. Mnogość tropów intertekstualnych, najczęściej wykorzystywanych motywów oraz wieloznaczność tej twórczości powodują, że pisarz wymyka się każdej próbie łatwej interpretacji. Odpowiedzialność spoczywa na czytelnikach, którzy odkrywać mogą kolejne sensy, wchodząc jak najbardziej w głąb, niejako zaproszeni przez Łuczeńczyka „pod kołdrę”. „Odrzuciłem kołdrę całkiem. Było dobrze, coraz przyjemniej” – pisał w opowiadaniu Ciemna woda.

Zapadał już wczesny, letni wieczór, kiedy mężczyzna znowu pojawił się przed blokiem, w którym mieszkała kobieta. W oknach zapalały się światła, okna kobiety pozostawały ciemne. Pojechał windą na siódme piętro. Przeszedł na koniec korytarza i zatrzymał się przed drzwiami, które parę godzin temu za sobą zamykał. Nie nasłuchiwał, po prostu stał tylko i wiedział, że za drzwiami trwa cisza. Po prostu stał też tylko, kiedy światło, które zapalił po wyjściu z windy, zgasło i ogarnęła go ciemność. Wreszcie już, jakby chcąc odejść, bezwiednie wyciągnął w tej ciemności rękę i oparł ją na klamce. Drzwi uchyliły się lekko


– czytamy z kolei w tytułowym tekście zbioru Kiedy otwierają się drzwi. Drzwi w prozie Andrzeja Łuczeńczyka są zawsze otwarte, jeśli nawet nie na oścież, to przynajmniej uchylone. Dzięki wydaniu Dzieł zebranych drzwi do twórczości prozaika zostały na nowo uchylone i, byle nie zniechęcić się nieciekawą szatą edytorską i nudnym wstępem Przemysława Kaliszuka, warto w nie wejść.

W wywiadzie udzielonym Ireneuszowi J. Kamińskiemu do lubelskiej „Kameny” (1987, nr 25), a zatytułowanym Jeździec znikąd?, na pytanie, czym jest jego pisarstwo, Łuczeńczyk odpowiedział, że „jest reakcją na codzienną poetykę podorywek, kotłowni, kufajek, która wbija człowieka w ziemię”. I jeśli damy Dziełom zebranym szansę, ta proza może wbić nas w ziemię, a równocześnie pozwolić ulecieć, „posiedzieć trochę razem, wypić”.

Andrzej Łuczeńczyk: Dzieła zebrane.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2018, s. 528.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.