02/2018

Katarzyna Szkaradnik

Przypadki prowincjonalnych everymanów, czyli „tak toczy się światek”

W czasach, kiedy największą pokupnością cieszą się quasi-autobiografie celebrytów i firmowane przez nich poradniki, Henryk Bardijewski proponuje nam kolejny bezpretensjonalny tom opowiastek, mających z pozoru całkiem tuzinkowych, szarych bohaterów. Z pozoru, ponieważ w mig orientujemy się, że „U niego [protagonisty Pana Fiasko i jego sukcesów] nic nie jest normalne […]. Ale u kogo jest?”. Na pewno nie u jego kompanów, czyli panów Plajty, Fabuły, Frazy, Hossy i anonimowego narratora, który relacjonuje dyskusje i wypadki z życia owego osobliwego kręgu towarzyskiego. Kręgu wszak niekompletnego, gdyby nie partnerujące wyżej wymienionym damy – elokwentna, bezceremonialna, „pijąca jak mężczyzna”, acz powabna pani Bessa oraz jej przyjaciółka Aldona. Tak się składa, że wszyscy koledzy są stanu wolnego (o niejasnej pod tym względem przeszłości) i nieobojętni na wdzięki – wedle wyrażenia narratora – „kobiet nietypowych”, których parę przewija się w omawianej książeczce.

Niemniej perypetie uczuciowe, choć znaczące fabularnie, podobnie jak inne wątki mają po części charakter pretekstowy, gdyż Bardijewski przede wszystkim podejmuje tradycję powiastek filozoficznych. Niestety, nie mogę przypisać sobie tego odkrycia, skoro już blurb na okładce słowami Macieja Wojtyszki głosi, że tytułowa postać ma „kilku słynnych krewnych: Kandyda, Pickwicka, Lejzorka i Niejakiego Piórko”. Wypada jednak uwypuklić znamienną różnicę. Otóż w przeciwieństwie do trzech pierwszych czy Kubusia Fatalisty i innych „łazików” bohaterowie Pana Fiasko… nie peregrynują – to raczej do ich miasta ściągają kolejni tymczasowi przybysze (nomen omen, bo znajduje się między nimi pan Tymczas). Ściągają, mimo iż mamy do czynienia ze stereotypową, bliżej niezlokalizowaną, senną prowincją („Tak powiedział – rozwinąć skrzydła. U nas […] nawet handel się nie rozwinął, nawet szkolnictwo, a o skrzydłach nie ma co mówić. Wszystko wegetuje, wszystko poza polityką, która nawet tego nie robi”). Nasuwają się tu asocjacje z opowiadaniami wspomnieniowymi Michała Głowińskiego (m.in. Historią jednej topoli…), portretującymi oryginałów, którzy przeważnie zjawiali się w skromnym Miasteczku nad Utratą na pewien okres, by zniknąwszy, pozostawić narratora w niepewności odnośnie do ich dalszych losów. Ale u Bardijewskiego część postaci ni stąd, ni zowąd wraca niczym na obrotowej scenie – bez mała scenie theatrum mundi, w tym przypadku kręcącej się wokół szachownicy.

Dla kompanii z Pana Fiasko… szachownica bowiem istotnie wydaje się osią świata, a „królewska gra” – swoistym testem stylu bycia nowo poznanego człowieka lub zgoła probierzem jego wartości (casus pani Bessy). Porównanie do „osi świata” może zakrawać na przesadę, lecz niewątpliwie szachownica stanowi centrum kawiarni, ta zaś jest nie tylko punktem zbornym bohaterów, ale wręcz ich mikrokosmosem oraz podstawowym miejscem akcji (czy raczej deliberacji). Przywodzi to na myśl paryskich egzystencjalistów czy spotkania z gatunku obiadów czwartkowych; zresztą sami stali bywalcy lokalu zaliczają siebie do „miejscowej elity”, w czym wyczuć można ciepłą ironię autora. Ironię, acz nie satyrę, gdyż chociaż horyzont garstki staroświeckich kamratów sprawia wrażenie ograniczonego, ich spostrzeżenia okazują się warte uwagi. Przecież „– Oni tam [za granicą] lepiej wiedzą, ku czemu zmierza świat. – Tyle wiedzą, co i my, czyli nic – orzekł pan Plajta”.

W rezultacie Fiasko i spółka objawiają się jako swego rodzaju filozofowie, którym asumpt do refleksji dają nawet prozaiczne czynności typu jedzenie pierogów. Kiedy czterej panowie na ławeczce analizują zamiary matrymonialne Bessy, kojarzą się wprost z domorosłymi myślicielami-pijaczkami z serialu Ranczo, którzy komentują sytuację zdroworozsądkowymi bon motami. Postacie u Bardijewskiego również starają się zrozumieć dookolną rzeczywistość, niby prostodusznie, lecz dokonując celnych obserwacji („Publicystów było w mieście dwóch – zwalczali się zażarcie, ale tak, żeby sobie krzywdy nie zrobić, bo z tego antagonizmu żyli, i to podobno nieźle. Obaj woleli eter niż druk, jako że eter pozostawia mniej śladów, a na śladach ich działalności im nie zależało, w czym mieli absolutną słuszność”). Wygłaszają opinie o stanie mediów, polityki, czytelnictwa, edukacji, oczywiście nie zawsze w charakterze porte parole autora, tak czy owak stawką tych rzekomo błahych opowiastek jest kwestionowanie komunałów w zderzeniu z common sense, co wpisuje się w tradycję oświeceniową (podkreślaną nie tylko tzw. nazwiskami znaczącymi). Narrator Bardijewskiego – pokazujący, jak „toczy się światek”, z wyrozumiałością wobec ludzkich ułomności, tolerancją dla indywidualizmu oraz predylekcją do paradoksu – przypomina też swoich współczesnych protoplastów, zwłaszcza wykreowanego przez Jerzego Szaniawskiego profesora Tutkę, skądinąd również prezentującego swe przypowiastki przyjaciołom, prowincjonalnej elicie, przy kawiarnianym stoliku.

Notabene, w pewnym epizodzie pada wzmianka o „artyście, bywalcu kawiarni, który tworzył swoje małe dzieła na serwetkach”, i takie właśnie są nie tylko proste, sympatyczne i zharmonizowane z treścią ilustracje Daniela de Latoura, lecz przede wszystkim same omawiane opowiastki. Opowiastki – lub właściwie jedna podzielona na cząstki – które bez przeszkód można by mnożyć. Ale Bardijewski najwyraźniej wziął sobie do serca przestrogę Tutki: „Autor opowiadania pogodnego musi pamiętać o tym, aby się w odpowiednim momencie zatrzymać”. Stosowanie się do niej widać zarówno na przestrzeni całej książeczki, jak i w konkretnych rozdziałach. Twórca Pana Fiasko… pozostaje wirtuozem krótkiej formy, o czym tylekroć przekonywały jego słuchowiska, sztuki sceniczne, wreszcie proza. Owszem, można w nowym zbiorze wytropić niejednoznaczności (np. odnośnie do miejsca zamieszkania głównego bohatera) lub sprzeczności (np. w charakterystyce narratora), niemniej struktura i poetyka książki pozwalają je zbagatelizować. O ile zatem pan Fiasko „bywa nieprzewidywalny, co zresztą jest jednym z jego uroków”, o tyle Bardijewski okazuje się – na szczęście – przewidywalny w swych nieprzewidywalnych, acz kunsztownych opowiastkach. Bawi się frazeologizmami, nie popadając w manierę, a język historyjek ujmuje lekkością i wyrafinowaniem zarazem.

Sporo w nich nonszalancko błyskotliwych wywodów („Uznaliśmy, że to [starania o stypendium] bardzo rozsądny początek studiów, chociaż pan Plajta twierdził, że łatwiej dzisiaj o dy­plom niż o stypendium, bo dyplom w ostateczności można kupić, a stypendium nie. Ale pan Plajta zawsze szuka dziury w całym i jest faktem, że nierzadko znajduje”) oraz głębszych konstatacji („– Ale za granicą wszystko jest zagraniczne. – Zależy, skąd na to spojrzeć – zauważył słusznie pan Plajta. – Jeżeli patrzy się z zagranicy, to właśnie u nas wszystko jest zagraniczne. Włącznie z nami. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy cudzoziemcami. – Tu już może posunął się trochę za daleko, ale nikt nie oponował”). Naturalnie, poszczególne zdania czy akapity są pod tym względem nierówne, lecz nawet jeśli w tle czyha banał lub puenta ulega rozmyciu, zaraz rozpoczyna się nowy, brawurowy fragment. Historyjki przenika subtelny i jednocześnie przewrotny humor, a nuta przekory i nieco absurdalno-groteskowa aura budzą skojarzenia z niektórymi opowiadaniami Mrożka. Jeśli więc nawet, jak utrzymuje pan Plajta, „wszystkie dobre pomysły już były”, to Bardijewski dowodzi, że wciąż można je intrygująco i efektownie wyrazić.

À propos kwestii języka, warto też zwrócić uwagę na rolę, jaką w fabule jego humoresek odgrywają lokalne plotki i „wieść gminna”, co znowu przypomina opowiadania Głowińskiego o indywiduach z Miasteczka. Fiasko et consortes nieraz zawierzają pogłoskom (np. na temat odmiennej płci pani Pretensji, czego dziwnym trafem nie potrafią zweryfikować), na ogół jednak rychło przekonują się o ich znikomej wartości. Mimo to wdają się w rozmaite spekulacje, zahaczające o wścibstwo, zwłaszcza jeśli chodzi o życiorysy współmieszkańców i przyjezdnych. Niemniej trzeba przyznać, że każdy z nich (doktor Mamon, księgarz Zioło, anarchista i spekulant Chryza, właściciel kantoru Papla) okazuje się intrygująco wyrazisty, podczas gdy główni bohaterowie momentami upodabniają się do siebie na kształt swego rodzaju bohatera zwielokrotnionego.

W dodatku łatwo się z nimi identyfikować jako z nieco staroświeckimi everymanami – na tyle, na ile możliwa jest dziś jeszcze przypowieściowość. W tym kontekście historyjki Bardijewskiego przywodzą na myśl 13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych Leszka Kołakowskiego – nie zawierają wprawdzie dozy fantastyki, ale także mówią o kłopotach z tożsamością (niepewność co do Pretensji/Pretensa, oświadczenie pani Bessy (?), że nie jest tą osobą, na którą wygląda), o ludzkich fiksacjach i pogoni za fantomami. Bo nasi trzeźwo rozumujący bohaterowie mają przecież różne idées fixes, manie i szalone marzenia, porywają się z motyką na słońce, tworzą – by nawiązać do tytułu zbioru opowiadań Bardijewskiego z lat siedemdziesiątych (!) – „pochód Don Kichotów”. Z entuzjazmem snują ambitne plany (małżeńskie, polityczne, artystyczne, literackie, edukacyjne), lecz ich zapał zazwyczaj bywa słomiany, rezygnują ze swoich kawiarnianych projektów albo odkładają je „na świętego Dygdy”. Niezależnie, czy roją o wynalazkach, czy wymyślają niekonwencjonalne metody uzdrawiania ciała i duszy, czy usiłują zaradzić chronicznemu brakowi gotówki, wychodzi – jak zawsze.

W sumie więc, niejako wbrew tytułowi, nie ma sukcesu; jednak nie ma również fiaska, a w każdym razie radykalnej klęski. I w przeciwieństwie do Kandyda i pana Piórko bohaterowie Bardijewskiego nie są kozłami ofiarnymi, doświadczającymi najróżniejszych cierpień na „najlepszym z możliwych światów”; nad ich „światkiem” unosi się aura nie tyle surrealistycznej makabreski, ile melancholii. Melancholii, gdyż przyjaciele, już nie pierwszej młodości, dokonują podsumowań swego mało emocjonującego życia, czują, że coś ich ominęło, przepadło bezpowrotnie. Stawiają też niezbyt pochlebną diagnozę współczesności, a i perspektywy nie rysują się różowo; w magistracie brak rezerw, ponieważ „Czarna godzina już była. […] Należałoby ich [rządzących] zastąpić, lecz nie ma kim ani komu. Prawdę mówiąc, całą naszą ludzkość wypadałoby zastąpić jakąś inną, ale to jest niewykonalne. Mnoży się ilość zadań niewykonalnych”. W tej zadumie nad światem narrator, alter ego autora, przejawia stoicki spokój i autoironię, świadom własnej niewiedzy, niemożności poznania alternatywnych scenariuszy oraz łatwości ulegania płonnym nadziejom.

Pomimo to z opowiastek Bardijewskiego przebija pewien łagodny optymizm tudzież – jak głosi tytuł innego ich zbioru – „przelotna radość”. Dla czytelnika okazują się one balsamem na nerwy nadwerężone przez wszechobecną bufonadę oraz bardzo przyjemną lekturą do niedzielnej kawy z szarlotką, tymczasem także ich bohaterowie, kawiarniani filozofowie, egzystencjalną gorycz osładzają ciastkiem i herbatą. Podobnie jak Kandydowi pozostaje im uprawianie swojego ogródka; przy czym w tym wypadku podtrzymywanie ładu w skali mikro oznacza kolejne spotkanie w stałym gronie przy partyjce – wszak póki gry, póty życia, póty zawsze istnieje szansa na wygraną: „W kawiarni i w parku znów zaczęto grać w szachy, co było znakiem, że sytuacja wraca do normy”.

Henryk Bardijewski: Pan Fiasko
i jego sukcesy
.
Agencja Edytorska Ezop,
Warszawa 2017, s. 176.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.