01/2020

Antoni Zając

Shiny happy people

Adam Kaczanowski działa w obrębie dość spójnego, konsekwentnie rozwijanego pola tematycznego i stylistycznego. Spośród ważnych cech jego idiomu twórczego warto wymienić dużą pisarską samoświadomość, wyczulenie na to, co dzieje się na powierzchni rzeczywistości i opisujących ją języków, ale przede wszystkim niezwykłe poczucie humoru, które czyni go jednym z „najciekawiej zabawnych” polskich autorów. Kaczanowski operuje humorem w typie nieco anarchistycznym, ale korzysta również z arsenału „kinderyzmów” czy rozwiązań charakterystycznych dla kampu, z reguły jednak nie podejmuje się gier lingwistycznych czy neodadaistycznego montażu.

To, co jednak u Kaczanowskiego najważniejsze, to fakt, że prędzej czy później śmiech więźnie nam w gardle – zabawny banał codzienności, rozdmuchany za sprawą ekstrawaganckiej narracji, zaczyna budzić niepokój, dusić w poczuciu bolesnej nieprzekraczalności. Postacie i podmioty Kaczanowskiego mają ograniczone możliwości manewru w obrębie światów, w które są wpisani – już to kreskówkowych, już to przypominających budowlę z klocków lego. Nie chodzi nawet o to, że bohaterowie Kaczanowskiego skazani są zawsze na porażkę, ale raczej o to, że w międzyludzkich rozgrywkach często remisują, a mówiąc precyzyjniej, dochodzą do sytuacji patowej. Jej egzystencjalny i polityczny sens (co zauważa Dawid Kujawa, jeden z nielicznych konsekwentnych interpretatorów Kaczanowskiego), ujawnia się bez potrzeby parabazy, ale już w ramach obecnych tu przestrzeni, które, jeśli przyjrzeć się im bliżej, są zawsze lekko nadgniłe, choć sprawiają wrażenie „uroczych” albo „rozkosznych”.

Najnowszy tom autora, Czego boją się rodzice (przygotowywany równolegle z nagrodzonym Silesiusem zbiorem Cele), przynosi kilka spośród najlepszych tekstów Kaczanowskiego, w których ujawnienie depresyjnego wymiaru pozornie pogodnej, uśmiechniętej rzeczywistości, jest jeszcze bardziej dojmujące. Tym ważniejsze jest pytanie, do którego podczas lektury tomu trzeba powracać – o potencjalność zniesienia tej blokady, ramującej ciasnotę skończonego świata.

Wrażenie pewnej beznadziei, obecnej w sposób względnie łagodny i kameralny (trochę jak w tekstach Roberta Walsera), towarzyszy nam przy lekturze już od pierwszego utworu, opowiadania Przed lustrem. Jego bohaterem jest copywriter Robert, który – mimo wszelkich starań – nie potrafi sprawić, by choć jeden dzień jego życia był ekscytujący lub przełomowy. Płaskość i jednowymiarowość mijających dni odkrywa podczas realizacji pewnego zlecenia: polega ono na badaniu relacji między nazwą pewnego leku a faktem, że większości konsumentów kojarzy się ona z poczuciem utraty. Choć bohater od tego momentu myśli o sobie właśnie jako o Robercie Utracie, to może się to wiązać nie tyle z byciem pozbawionym pewnych doświadczeń lub wrażeń, ile raczej z niemożnością odczuwania w ogóle: niepodatnością lub anestezją. Robert usiłuje wprawdzie zmienić ten stan rzeczy, ale każda z transgresji, których się dopuszcza, okazuje się dość żałosna i upokarzająca – czy będzie to nagranie quasi-erotycznego filmu (do którego wprawdzie dochodzi, choć nie ma w tym żadnej spontaniczności), czy też pozostawienie nagich zdjęć żony na biurowym komputerze, by ktoś mógł je zobaczyć (w geście replikującym zdarzenie z powieści Kaczanowskiego Topless). Rzeczywistość, doskonale przejrzysta i jasno skonstruowana, czyni perwersyjne odkształcenia niemożliwymi lub sprawia, że wytracają one swój wywrotowy potencjał.

Mówię o perwersji nie bez powodu – w świecie tego tekstu psychoanaliza obecna jest ostentacyjnie, banalnie, nieskutecznie, raczej jako anegdota opowiadana z przymrużeniem oka. Żonglerka oczekiwaniami czytelnika (w szczególności akademickiego, w pewnym sensie trenowanego do wyłapywania wielkich kulturowych narracji) to zresztą jeden z ulubionych zabiegów Kaczanowskiego, który z dużą swobodą bawi się też chociażby topiką postsekularną (motywy grające z imaginariami obecnymi na przykład u Justyny Bargielskiej pojawiają się w Na końcu korytarza). Komentarza do tej strategii autor sam udziela w ostatnim wierszu z tomu Kto zaspokoi nasz głód:

Czytelniku! Mam nad tobą tę przewagę, że ty nigdy nie wiesz, przy której

linijce się uśmiecham. Jeśli mrugam okiem, to na pewno nie

do ciebie. Jeśli mrugam do ciebie, to na bank jest to tik nerwowy.


Gra Kaczanowskiego z odbiorcami nie ma jednak ustalonego wyniku – nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, by humorystyczny epizod potraktować poważnie i wysnuć z niego ważny, a przy tym z psychoanalitycznej perspektywy właściwy wniosek: że to, co doświadczone w dzieciństwie (choćby nie było bezpośrednio traumatyczne), może nas w dorosłości nękać i kształtować życiowe wybory.

Tak dzieje się również w opowiadaniu Na końcu korytarza, którego bohaterka, Bożena, jako mała dziewczynka doznaje objawienia Matki Boskiej. Dostaje nakaz pomocy ojcu w sprzątaniu, przez co za życiową misję uznaje zostanie najlepszą sprzątaczką. Zanim – za sprawą nieco lynchowskiego, krwawego przebiegu zdarzeń – Bożena zostanie z tej misji zwolniona, spędza całe dnie w labiryntach klatek schodowych, podczas sprzątania obserwując ludzkie dziwactwa i słabości. Nie jest to trudne nawet mimo przyjętej przez nią zasady, „by nie wchodzić ludziom do mieszkań”, bo „nie chciała mieć do czynienia z ich prywatnymi brudami”.

Nawet pojawiający się w tym opowiadaniu podstarzały ekshibicjonista (proszący Bożenę o sprzątanie u niego w mieszkaniu za dodatkową opłatą) nie jest jednak aż tak bezsilny, jak Gonzo, młody ojciec z opowiadania Z balkonu, który nie może sobie poradzić z opieką nad córką, Fiki-Miki – a choć nosi imię wzięte z Makuszyńskiego, dziewczynka przypomina raczej Fredrowską małpę w kąpieli. Typowe dla Kaczanowskiego intertekstualne drobiazgi nie zanikają w narracji nawet wtedy, gdy osaczenie Gonza prowadzi niemal do najgorszych konsekwencji. Autorowi Stanów w tych i podobnych fabularnych konfiguracjach nie zależy jednak na efekcie skrajnej niewspółmierności lub na groteskowej celebracji przemocy w kreskówkowej estetyce serialu Happy Tree Friends czy prac hiszpańskiego artysty Juana Cornelli; jego celem jest raczej pokazanie, że to, co nas otacza, może być jednocześnie w dziwny sposób nieprzyjemne i zabawne, skrajnie depresyjne, choć odmalowane w przyjemnych dla oka barwach. W tym sensie rzeczywistość (wraz z jej literackim opisem), często aż nazbyt jaskrawa, ma pewien ciemny rys. W Wolnych chwilach czytamy:

Po drugiej stronie ulicy stał blaszany dyskont, Biedronka. Robert kiedyś przysiągł sobie, że jego noga nigdy tam nie stanie. Z czasem zmienił zdanie. Zachodził tam, ale nic nie kupował – zamiast tego w dyskretny sposób robił im bałagan na półkach […] Wtedy zatrzymał go okularnik w mundurku ochroniarza.

– Dlaczego pan to robi?

– Szatan mi każe – odpowiedział Robert Krul, chyba żartując.


Nie żaden Szatan, którego nadejścia faktycznie wyczekuje bohater, powinien być tu dla nas prawdziwie interesujący, ale raczej drobne słowo „chyba”, nieoczekiwanie umiejscowione w zdaniu i wprawiające je w drganie, przy okazji zaś – kończące cały tom. Ta bezpretensjonalnie rozpisywana dwoistość i nierozstrzygalność zdarzeń, która każe powrócić do motywu remisu, wyróżnia teksty Kaczanowskiego na tle naszej najnowszej literatury.

Czego boją się rodzice ta ambiwalencja pojawia się zresztą na poziomie bezpośredniego przywołania, o czym świadczy chociażby tytuł utworu Mieszane uczucia, z niejasnej przyczyny opublikowanego już po raz drugi (wcześniej w tomie Nowe Zoo z roku 2008). Sam tekst można uznać za istne tour de force Kaczanowskiego: to – przypominająca nieco prozę Jamesa Schuylera – opowieść o związku, który powinien się skończyć, ale jakoś do tego nie dochodzi. Bohaterowie, Pigi i Gonzo, są pogodzeni z nieszczęśliwą sytuacją i zbyt leniwi, by cokolwiek zmienić, przez co pozostają w pacie – względem siebie i otaczającej ich rzeczywistości.

Radykalne, prawomocne zakończenia są bohaterom Kaczanowskiego przeważnie nieznane; groźba końca rozmywa się, ustępując miejsca statecznemu finiszowaniu świata. Zdecydowanie odmienny jest w tej mierze dramat Matriarchat, który zaczyna się od słów Autora Schowanego Przed Publicznością Za Przewróconym Biurkiem: „Koniec świata. Tu się znaleźliśmy. […] Po prostu zaczynamy od końca, bo nie da się już zacząć naszej historii od początku”. Apokalipsa dokonuje się tu na scenie „mającej w sobie coś z planszy do gry” (stąd niedaleko do remisowej partii szachów rozpisywanej przez Kaczanowskiego i Szpindlera w absurdystycznym poemacie Pieczeń pod kości Baby Boom), na niej pojawiają się zaś Dorotka i Alicja, których przyjaciele, pochodzący odpowiednio z Krainy Oz i Krainy Czarów, nagle znikają. Miotające się po opustoszałym świecie bohaterki licytują się na słowa (mówiąc na przykład o karze, którą zamierzają zadać porywaczom Królika, Gąsienicy czy Blaszanego Drwala), jednak nie mają właściwie żadnych możliwości decyzyjnych – przypominają w tej mierze śmieszne i żałosne zarazem figurki-postaci barokowych dramatów żałobnych, o których pisał Walter Benjamin.

Zblokowane są tu zresztą również ruchy czytelnika, którego w jakiejkolwiek próbie interpretacji ubiega Krytyczny Komentarz z Dupy Strony. Ale Matriarchat można, mimo tych upartych parabaz, czytać na dość wysokim poziomie abstrakcji – jako opowieść o nieskutecznych walkach z brakiem i poczuciem końca, których dopuszczają się alegorycznie rozumiane Humor (Dorotka) i Ironia (Alicja). Wskazówek do takiej lektury dostarcza Kaczanowski w wywiadzie z Kujawą w „ArtPapierze”:

Na pewno gdybym miał do wyboru tylko humor lub ironię, wybrałbym to pierwsze. Jeśli jednak sam miałbym próbować opisać tę różnicę, to nazwałbym ją różnicą temperamentów. […] Mówiąc o różnicy temperamentu, mam na myśli coś, co dzieli powiedzmy Alicję w Krainie Czarów od Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Lubię Alicję, cenię jej wyrafinowane zabawy, ale sam nie mam potrzeby, żeby prowadzić aż takie literackie gierki. Dorotka i Kraina Oz są na podstawowym, pierwszym poziomie, prostsze, chociaż mają szaleństwo zaszyte w sobie – jednak nie na poziomie szaleńczych zabaw słownych.


Intrygujący i w pewnym sensie podstawowy spór przestaje mieć tu jednak swoje źródłowe znaczenie, skoro dochodzi do zupełnie ramowego krachu wyrażanego w rozpadającym się, popkulturowym kodzie.

Wydaje się, że w obliczu tej erozji, choćby była ona dopiero oczekiwana lub zapowiadana, i w atmosferze narastającego lęku jedyną dostępną reakcją jest bezsilny krzyk – cóż jednak, gdy nie może się on nawet wydostać z ciała sparaliżowanego koniecznością codziennego, pogodnego przystawania do codzienności? Kaczanowski pisał już tak (w wierszu Potworny hałas):

Potworny hałas

Jest lepszy niż cisza

A jednak milczymy jak zaklęci


Jeśli – przykładowo – w filmach Andrzeja Żuławskiego bohaterowie reagują na bezsens doświadczenia „biegając i wrzeszcząc” (czyli wyładowują napięcie poprzez acting-out), to u Kaczanowskiego niepokój pęcznieje wewnątrz – w tytułowym opowiadaniu tomu (które wydaje mi się jednym z najlepszych i najbardziej osobistych tekstów autora w ogóle, może obok Zatłoczonego korytarza miłościCeli) dotyczy to rodziców, ze wzrastającym lękiem obserwujących świat, w którym znajdują coraz mniej nadziei na szczęście dla swoich dzieci.

Rodzice nie przypominają tu figur znanych z innych tekstów – opresyjnych i konserwujących zastany porządek; są raczej opisywani w logice strachu i bezsilności, która uniemożliwia wyzwolenie afektu poprzez wrzask. Być może obawiają się trwałej destabilizacji, która nie pozwoli im już nigdy powrócić do uporządkowanego, „dorosłego” świata: „Rodzice obawiają się, że jak już zaczną wrzeszczeć, nie będą potrafili przestać” – znowu pat. Przesadą byłoby jednak stwierdzenie, że owe „troski ojca rodziny” czynią z rodzica podmiot emancypacyjny; można powiedzieć raczej, że wrzask dziecka pozwala zapytać o własny wrzask lub jego brak, a to już dużo.

Bez tego wrzasku bohaterowie Kaczanowskiego pozostaną uwięzieni w przestrzeniach świata-dioramy, ściśle wyznaczającego granice opowiadanych historii czy raczej historyjek. Na twarzach pogodnych, sympatycznych ludzi (będących ludzikami w tej samej mierze, w jakiej my nimi jesteśmy) pozostanie uśmiech – albo grymas, który go „chyba” przypomina.

Adam Kaczanowski: Czego boją się rodzice.
Disastra Publishing,
Poznań 2019, s. 90
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.