01/2020

Karol Płatek

Surrealizm na dwóch nogach

Pierwsza myśl po przeczytaniu Dziewięciu dni w ścianie Jakuba Kornhausera: oto właśnie dobiegł końca intensywny kurs surrealistycznego pisania/czytania. Bo taka jest chyba bojowa misja, którą poeta sam dla siebie obmyślił – stworzyć nowy polski surrealizm niejako od podstaw, pisać surrealistycznymi językami bez chodzenia na skróty, zaciągać się sennymi wizjami bez zbędnych krępacji.

Jasne, mieliśmy w naszej literaturze podobne tonacje, mieliśmy twórców zachłystujących się możliwościami tej konwencji; najczęściej jednak surrealizm był punktem, krótkim etapem, rytmem konkretnego tekstu. Raczej nie dane nam było dotknąć całości. Kornhauser chce to zmienić – na własną rękę. Ten zwolennik najrozmaitszych awangard działa na kilku polach: naukowym, translatorskim, poetyckim. Wszystkie te wysiłki składają się na bardzo przemyślaną akcję – Kornhauser chce użyźnić polszczyznę za pomocą nieprzepracowanych do tej pory języków.

Trochę oczywiście się zagalopowałem, ale to celowo; chodzi mi jedynie o podkreślenie bardzo jasno świecącego faktu, że pisarstwo Kornhausera wypływa z większego zamysłu, z planu. Wyobrażam sobie: autor Drożdżowni patrzy na naszą literaturę (szkiełko, oko, bla, bla, bla) i – zanim zacznie pracować nad następnym tomem – zastanawia się, jak by tu jeszcze raz zakręcić, jak wycisnąć z języka odrobinę nieoczekiwanego, by nie wpaść w nudne koleiny.

Dziewięć dni w ścianie to zbiór składający się z czterech większych całostek, które na własny użytek najchętniej nazwałbym poematami prozą (gdy w czasopismach ukazywały się pierwotne wersje tych tekstów, świecił nad nimi szyld „opowiadanie”, ale to już naprawdę wyższy poziom wpuszczania w maliny). Po kolei wygląda to następująco: Dziewięć dni w ścianie, Tydzień w świętym mieście, Dekada w żyznym krajuWerdykt w odwrotnym pokoju. Wybieram „poematy prozą”, a nie na przykład „serie próz poetyckich”, żeby zasygnalizować stopień spójności tych utworów.

Na pierwszy rzut oka Drożdżownia wydaje się bardziej spójna, bardziej odautorsko okiełznana, fakt; w nowej książce Kornhausera bardzo łatwo się zgubić. Mnie jednak chodzi o koherencję wykreowanych przez pisarza w nowym tomie czterech światów. Już same tytuły zarysowują nam obszary, po których będziemy się poruszać (błądzić). Tytuły te zataczają, by tak rzec, coraz większe kręgi. Mamy ścianę, w której spędzimy dziewięć dni – klaustrofobiczno-metonimiczne przedstawienie domu? Dalej przestrzeń większa, śmielsza, czyli święte miasto. Później cały kraj – co w czasie tej żyznej dekady z niego wyrośnie? I dopiero na koniec powracamy jak gdyby do mniejszej skali, do odwrotnego pokoju, który może być jednakże nie tyle pomieszczeniem, ile opisem stanu wspólnoty występującej w poprzednich tekstach (pokój odwrotny, odwrócony, zaprzeczony – wojna?).

Staram się rozłożyć te tytuły na mniejsze części i się im przyjrzeć, bo w książce Kornhausera fascynuje mnie właśnie to przenikanie się tego, co rzeczywiste, znane, „normalne” – z niemożliwym, wykręconym, wywróconym na lewą stronę. Smolista gęstość języka w połączeniu z jego dynamiką i zaskakującą, zawadiacką potoczystością sprawiają, że łatwo można wpaść w pułapkę płaskiego zachwytu nad lingwistyczną sprawnością autora. Oczywiście, można i tak, ale wtedy wzrok raczej ślizga się po powierzchni (zachęca do tego zresztą mocno „filmowa” narracja – oko kamery bardzo szybko przeskakuje z jednego obrazu do następnego); a warto moim zdaniem zwolnić, żeby nie zgubić pojedynczych zdań (czasem nawet słów), przez które można naprawdę wejść do środka opowieści. Bo bardzo dużo dzieje się tutaj podskórnie. Jesteśmy w końcu w nieuświadomionych rejonach naszego kolektywnego umysłu – i czasem dochodzą do głosu polskie na wskroś obsesje czy lęki. Dlatego, jak myślę, Kornhauser sięga niejednokrotnie po okruchy publicznych dyskursów i przesypuje je przez sito snu. Wchodzimy niejako do wewnątrz: do języka polityki, religii (chodzi mi zarówno o język liturgii, jak i instytucjonalny język kościelny), mediów.

Nie wiśmy dłużej w próżni; oto początek Dnia norki, jednej z części tytułowego tekstu:

Budynek grozi zawaleniem, grozi norkom. Suwerenie, nie pluj z balkonu, nie rzucaj petów ze zdradliwych przełączek! Panu się teraz wypomina. Odejście niegodne, niefrasobliwe, na sercu nie leży panu dobro wspólnoty, gminy dobro, gdyż referendum za pasem, boisko do gry w bule czy taki plac raczej, bulodrom. Wypomina się panu i czyści domek. Do wzięcia pralka, marynowane grzyby i podkute buty. Czyściciele trzepią dywany. Podczas gdy wszyscy czyszczą, z góry idzie błyskawica. Zjeżdża lawina. Jeden dom się składa, inny ledwie opiera się o muchomora. Kapliczka woła o pomoc, też zjeżdża.


Sporo stąd można wydłubać, a to przecież tylko kilka zdań. Skupmy się na konkretnych słowach, na tych znakach odblaskowych, które wskazują nam utwardzoną drogę: „suweren”, „zdradliwe”, „wspólnota”, „referendum”. Połączmy kropki, a wyjdzie nam kanciasty rysunek, portret kraju – delikatnie rzecz ujmując – w nie najlepszej kondycji. Ale nie musimy poprzestawać jedynie na tym. Można rozgryzać poszczególne małe obrazki, które mogą się okazać naładowanymi wiązkami znaczeń. „Czyściciele trzepią dywany” – trudno nie pomyśleć o czyścicielach kamienic; w takim razie trzepanie dywanów można by czytać jako przetrzepywanie mieszkań, uprzykrzanie życia mieszkańcom. „Podczas gdy wszyscy czyszczą, z góry idzie błyskawica” – nadchodzi zasłużona kara?

Co nie znaczy, że dosłownie każde zdanie z Dziewięciu dni w ścianie należy brać pod lupę i szukać w nim jasnego i bezproblemowego komunikatu dotyczącego naszej rzeczywistości. Ciekawsza jest lektura balansująca między werystycznym pragnieniem a szaleństwem języka rozbijającego to, co zastane. W tym kontekście przyda się odrobina autokomentarza twórcy:

Poezja prozą ma sens wówczas, gdy zawodzi oczekiwania czytelnika co do spójności narracji. Wkładanie kija w szprychy racjonalnego wywodu to nie byle chwyt z arsenału awangardzisty, lecz przede wszystkim wyraz nieufności wobec konwencjonalnego oglądu rzeczywistości, w której to co duchowe (irracjonalne, nieświadome) separuje się od poukładanego realizmu. Nie muszę cię przekonywać, że wolę myśleć o świecie w kategoriach znacznie mniej ostrych; dzięki językowi, który zwraca uwagę na siebie, wychwytujemy współegzystowanie różnych płaszczyzn – surrealistycznego naddatku, który idzie ręka w rękę z topograficznym szczegółem, empirycznego osadu, któremu towarzyszy oniryczna zjawa. Po pewnym czasie nie możemy rozpoznać, który element jest który


– mówił Jakub Kornhauser w wywiadzie udzielonym Bartoszowi Suwińskiemu.

Nie możemy rozpoznać, który element jest który, bo z tak dobrze wykonaną robotą mamy do czynienia. Opowieści Jakuba Kornhausera brzmią żywo i, w ramach swojego świata, autentycznie; ani przez moment nie mamy wrażenia, że obcujemy li tylko z ćwiczeniem z konwencji. Książka stojąca pewnie na dwóch nogach – na wyobraźni i wysokiej samoświadomości.

Jakub Kornhauser: Dziewięć dni w ścianie.
Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu,
Poznań 2019, s. 52.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.