12/2019

Karol Maliszewski

Szpok. Próby

Zacząć
Muszę zacząć sobie wystarczać, pomyślał, nie mając niczego szczególnego na myśli. To było raczej frywolne niż rzeczywiste. Sobie coś dawać to nie to samo, co dawać z siebie, szeregując następujące po sobie myśli zupełnie bez potrzeby. Szereg jest najmniej trafnym obrazem pojawiania się myśli, ich dryfowania. Czy fale ustawiają się w szeregu? Głosowałbym raczej za bezładnością fal, chociaż wiem, że to nieprawda. Zatem – myślał, że myśli w określonym porządku, co do którego był przekonany, że jest bałaganem.

Kiedy już nic nie pozostawało, należało szykować się do drogi. Wzdłuż czegoś albo w poprzek. Nie zatrzymywać się. Powtarzał w myślach, że nastał czas polegania tylko na sobie. Do tysięcy przeczytanych książek nie musiał dorzucać następnej. Już nikomu nie był niczego winien. W nim samym zgromadziło się tyle, że wystarczy do śmierci. Niektórzy doświadczają tego o wiele wcześniej, niektórzy nawet za młodu. Jemu zdarzyło się to właśnie teraz, blisko sześćdziesiątki. Zaczął sobie wystarczać. Siebie samego smakować, przeżuwać. A uzbierało się sporo. Nie wiedzy czy gotowych na każdą odpowiedź formułek. Uzbierało się czegoś pomiędzy. Pomiędzy rozumieniem a przeczuciem. Tabliczki, skorupy, płytki i wypełniacze chwil okazały się podświadomą mądrością, niesłychaną siłą zdolną jeszcze raz zachęcić do życia, do przeżywania jego ostatniego etapu.

Hej, wy tam, powiedzcie, jak żuć każde następne słowo, jak smakować całe ich łańcuchy, skoro z języka wyszły wióry, wiechcie, posypały się śrubki. Jak teraz żyć zwyczajnie, kiedy popsuła się zwyczajność i mamrocze w kącie, pijana i naga.

Nie ma recepty. Każdy po swojemu udaje, że nic się nie stało, że dojrzałość, heroizm i tak dalej. Tylko co zrobić z tym drżącym zwierzęciem, zupełnie oszalałym w klatce, którą dźwigamy na plecach, co począć z ruchomym garbem, z pozostałościami po wielkim, wspaniałym życiu, z migotaniem przedsionków co począć?

Jakże się nie mogę odnaleźć w żadnej gazecie, pomyślał, żadnym programie telewizyjnym, prezentowanym filmie. Olśnienie: już nie muszę się w niczym odnajdować. Te wszystkie rzeczy powinny odnaleźć się we mnie. Powinny mnie odszukać, określić, namierzyć. Ale nie chcą. Biją pianę, powiększają bełkot. Spełniają się w sobie, dla siebie. Sprawiają wrażenie, że człowiek nie jest im do niczego potrzebny.

Rośnie liczba chorych proszących o wsparcie. Są wyciągani z ciemnych zakamarków mieszkań. Wystawiani na widok publiczny, krzywią twarze – blask migawki wyraźnie ich oślepia. Ich najbliżsi walczą o nich. My przelewamy, co tam można przelać. A te pieniądze płyną w stronę śmierci (jej drewniane ołtarze pokrywają się cieniutkimi paskami złota), a wszystkim się wydaje, że walczą o życie. Darczyńcy są wymieniani w specjalnych komunikatach. Potem wstydzą się, gdy obdarowana osoba umiera. Widocznie za mało daliśmy, myślą. Trzeba było przelać więcej.

Przelewa się, nie przelewa, czeka. Pustka życia pragnie wypełnienia. Wyobraźmy sobie taki wariant. Bo równie dobrze może istnieć pustka niczego niepragnąca, bierna. Pasożytująca cicho na dnie czyjejś duszy. Albo też widoczna z daleka, świecąca nad czołem. „Wyrastająca z czoła jak jaka jemioła”. Już, już słyszę piosenkę ludową o takiej treści. Garb, który dźwigamy, jest zazwyczaj niewidoczny. Następna piosnka. W takim razie na co czeka? Pustka, garb, jemioła i co tam jeszcze – na co czekają? Czego pragną wszystkie jego pasożyty? Wyraźnego adresu, pod który skieruje je w jutrzejszej poczcie? Berdyczów? Ostrołęka?

W Świnoujściu przybrały formę surowych dystychów. Oparły się o barierę wody, horyzontu i niemieckiej granicy. Można było spokojnie bić głową o mur. Nawet nieźle to brzmiało. Z wdziękiem. Rytmicznie. Żadne tam głuche uderzenia.

Już nie chce oglądać ludzi na fotografiach. Nie chodzi o to, że zaraz się przekręcą i trzeba będzie ich zbierać z podłogi jak puzzle. Ludzie na fotografiach zasłaniają się zwierzętami, obejmują rośliny odwracające uwagę od nich samych. Wysyłają osobników zastępczych, ucząc ich tylko jednego grymasu. Kładąc palec na ustach, biegną po czystą koszulę, wyprasowane spodnie, ustawiają się. A życie jest takie nieustawne.

Pod jakimś ptakiem
Złoty kłos, jabłko, orzeł? Odkąd zgubiło się okulary w morzu, pozostawała tylko spekulacja. Odbiór nowych szkieł za tydzień, ale nawet nie spojrzy się w tamtą stronę. Kurczak, owca? Nie, chyba łabędź. Załóżmy więc, że pensjonat naprzeciwko pieczętuje się łabędziem. A może nawet coś więcej w ramach wypoczynkowych tautologii. Pod białym łabędziem.

Niech będzie.

I co będzie dalej; już ponagla forma. To są jakieś oczy ogromne, patrzące z nadzieją, że jeszcze dwa zdania i już. W pustkę rzucane dźwięki. Nigdy tej pustki nie wypełnisz. Co będzie dalej – dla samego dalej, dla ciągłości, a nie wypełnienia. Mozolne dopisywanie otwierające oczy na inne oczy. Cały czas czuwające. Jakby z otchłani. Zimne słowo dla naszych umarłych, na oznaczenie tej ich przestrzeni. Nieobecni nie sprawią kłopotu, ktoś mówi. Trudno o większy błąd. Oddziaływanie otchłani jest permanentne. Także za ich przyczyną. Myśl o oczach krzepi, ale i pogłębia lęk.


No to jeszcze raz. Pod jakimś ptakiem.

Pod białym łabędziem.

Nieznośnie dzwoniło i grało radyjko w jego kieszeni, gdy wyłaniał się ze swojego pokoju i przechadzał się po holu, robiąc dziwne skręty, przysiady i podskoki. Ale to może nie radyjko. Młodzi mają teraz inne nazwy na coś małego, spoczywającego w kieszeni marynarki, wydającego różne dźwięki. Do tej pory wystarczało skinienie głowy, ale dzisiaj zaraz po śniadaniu osobnik przyczepił się do niego i przez jakiś czas nie odstępował na krok. Mówił dużo, ale niewiele z tego zostało w pamięci Szpoka. Wsłuchiwał się w słowno-muzyczny bełkot wydobywający się z zakamarków odzieży osobnika, gubiąc przy tym słowa wychodzące z jego ust. Przedstawił się tak jakoś regionalnie. Prawdopodobnie Igor Kujawski, chociaż w grę wchodziło również nazwisko Kurpiowski. Bądź Kaszubski. Potem wyjaśniło się ostatecznie: Igor Kaszuba. Lecz w tamtej chwili Szpok był przekonany, że rozmawia z Wojtkiem Janickim. A było to imię i nazwisko prezentera radiowego, który zbierał się do odejścia. Żegnając się ze słuchaczami, powtórzył kilkakrotnie „życzę państwu fantastycznego popołudnia”. Gdyby wiedział, co mówi.


Fantastyczne popołudnie
Szpok pokręcił się jeszcze trochę po korytarzu, lecz nie natrafił już więcej na wydarzenie godne uwagi. Z tych, co to chociaż na chwilę rozpraszają naszą samotność. Wrócił do pokoju, zaskoczony intensywną wonią perfum. Poczuł ją już przy drzwiach, a z każdym krokiem stawała się mocniejsza. Nie bardzo wierzył w mistykę zapachów, w ukryty kod emocji, pożądań, skojarzeń kryjący się za określonym typem woni, ale tym razem było to co innego. Właśnie nowość tej woni była ukrytym poruszycielem. Wkrótce nie było czego ukrywać. Wyszło z niego kręcące się w kółko zwierzę. Wydawało mu się, że jest coraz bliżej źródła zapachu. Szybko otwierał kolejne drzwi, odsuwał zasłony, by już przy nim być. I stało się.

Stanął jak wryty przed posągiem nieznanej mu bogini. Poczuł się tak, jakby go coś przeniosło dwa tysiące lat wstecz – zdziwiony patrzył na swoje puste ręce. Powinien w nich trzymać jakieś owoce i co tam jeszcze, powinien przyklęknąć przed złożeniem tego na ołtarzu. W świdrującej ciszy padły słowa („nie nada”) i Szpok zrozumiał, że dotyczą jego zamiarów uhonorowania nieznanej istoty. A ta wypowiedziała jeszcze kilka zdań w swoim języku. Do Szpoka wreszcie dotarło, że ma się podnieść z kolan i że już gdzieś widział tę kobietę. Chyba spotkał ją kiedyś na korytarzu. To było na schodach prowadzących na najwyższe piętro. O znajdujących się tam pokojach mówiło się szeptem i rzadko widywało ich rezydentów. Dotarło do niego i to, że dziewczyna przedstawiła mu się i zażądała rewanżu. Szepnął, żeby powtórzyła, i wtedy usłyszał, że nazywa się Zinaida Prypeć, ale prosi, żeby do niej mówić Zina. – Szpok – przedstawił się – jestem Jakub Szpok.

A potem działo się to wszystko, co dla samotnego mężczyzny bywa synonimem fantastyczności. Owa Kirke zdjęła palec z ust, który pojawił się tam, by uciszyć wydobywający się ze Szpoka słowotok, a potem jednym ruchem pociągnęła za jakiś sznureczek, by uwolnić swoje ciało ze zbędnej materii. Szpokowi wydało się, że zapach, który go tu przywiódł, uderzył ze zdwojoną siłą. Wraz z nim buchnęła jasność. Dawno nie widział tak białego ciała. Zresztą już od lat nie był tak blisko żadnego ciała. To, co widywał na plaży, będąc częścią mechanicznego rytuału, nie poruszało go zupełnie. Tutaj obce ciało otwierało się na niego, przyzywało. Dziwiąc się własnej śmiałości, dotknął jej czarnych, lśniących włosów. Zina chwyciła jego rękę i położyła na piersi.

Tak właśnie zaczęło się to fantastyczne popołudnie. I oczywiście trwało przez jakiś czas w atmosferze zdumienia i niedowierzania. Szpok przypominając sobie zapomniane gesty i odruchy, jednocześnie rozmyślał nad wyrokami losu. Dlaczego tak piękna dziewczyna wybrała właśnie jego? I o co chodzi w tym wszystkim? Na pewno o to, żeby zapamiętał sobie ten dzień na całe życie. I był zadowolony z usług. Aż się wzdrygnął na tę myśl. Usług? Tak po prostu? Wszystkie antyczne i mitologiczne reminiscencje rozwiały się jak dym. Urocza leśna świątynia na wysokim morskim brzegu zapadła się głucho we wnętrznościach ziemi.

A on miał przed sobą wnętrzności Zinaidy. I zaproszenie do ich zwiedzenia. Nigdy mu się to nie zdarzało w jego małżeństwie. Świętej pamięci żona stawiała sprawę jasno i po katolicku: w łóżku można robić rzeczy czyste. Więc teraz zaskoczony Jakub nie wiedział, co ma właściwie robić. Kiedy jednak Zina przylgnęła wargami do jego sterczącej latarni, odpowiedział spontanicznie pięknym za nadobne. Odwrócili się w łóżku jak mijające się okręty. Teraz jego dziob penetrował jej rufę. I vice versa. Tego rodzaju przyjemności nigdy jeszcze nie zaznał. I rozpływałby się w tej nirwanie jeszcze długo, gdyby nie nagłe, dość podłe, ukłucie. Na Boga, ile to będzie kosztować?

Boga jednak nie należało przyzywać. Natychmiast przeszyło go poczucie winy.

Aforyzmy
Nie wiem, co ma ze sobą zrobić ktoś, kogo nie ma. Oklepane rozwiązania, w tym modlitwa, nie wchodzą w grę.


– Panno Zinaido, panno Zinaido… Zawahała się, ale szła dalej. Dopiero delikatne dotknięcie spowodowało, że przystanęła. Ktoś nieśmiało dotknął jej pleców. Czuj duch, pomyślała, nie wiedząc dlaczego tak, skąd te słowa, z jakiej głębi. A więc to tak, jest jakaś głębia, a ja samotna u jej brzegów. Większa, mądrzejsza, starsza ode mnie.


A to, co nie odnotowane, nie trafi do muzeum, np. to, że sąsiadom wreszcie piec przywieźli. Nie muszą już chodzić w grubych ubraniach, watowanych kurtkach. Teraz wyglądają jak ludzie. Jak my.


Nie muszę nic więcej, niczego więcej, poprawił się, to jest w sam raz. Coś tak mówiło do czegoś, ktoś do kogoś, w jego wnętrzu, bo zewnętrze było puste, dosłownie nikogo. Ale wnętrze ignorowało ten fakt, stwarzając iluzję istnienia kogoś. Fantom, tak to nazwijmy, towarzyszył mu stale, fundując warunki do komunikacji. Do odzywania się. Do pomrukiwania, gdyż słowa wywiedzione (ze studni?) zbyt głośno graniczyłyby z szaleństwem. Takie na głos wypowiadane słowa podpadały pod odium społecznego osądu i wyroku.

W tej chwili czuł się wyzerowany (czego niedoskonałym odpowiednikiem mogło być określenie „wyluzowany”), to znaczy ułożony na skali ani powyżej, ani poniżej. Osławione „w sam raz”, stan osiągany rzadko, lecz gdy się już zjawi, potrafi omamić na całego. Tkwiłoby się w nim i tkwiło.

Otwarte okno niosło daleki poszum, realne dźwięki i zapachy ujęte w karby nieśmiałego, kwietniowego światła, i to wszystko tworzyło ważny dla wspomnianej skali punkt odniesienia. Gdy siedział przyklejony do stołu pamiętającego wcześniejsze wydarzenia, nie czuł zimna ni żadnego dyskomfortu. Wreszcie było tak, jak należy. Człowiek siedzi w kusym odzieniu, niespiesznie popija kawę, słyszy jakieś ptaki (to nic, że wyraźnie zdziwione tym, co tu robią, i jak się tu znalazły), łagodne światło bijące przez szparę wypełnia pokój, kładąc się na dłoniach podmiotu organizującego to wszystko.

Małe wszystko.

Prawda, ale jedynie dostępne w tej oto chwili, w tym właśnie, a nie innym wstrząsającym doznaniu przemijania chwytanego na gorąco. Po tym już nic nie będzie ważne. Wyzerowany widzi w tym świetle idealnie okrągłe zero, którego jest środkiem. I czuje na sobie zaciskające się brzegi owego zera, bo żeby rzeczywiście wypełniła się chwila, ono jednak musi być spłaszczone po bokach. Bliższe jaju.

Z takiego jaja wychodzi przyszłość, dalsze możliwe do pomyślenia dni.

Przejeżdżała na rowerze i zobaczyła szyld „U Edka”. Który był kiedyś bardzo przystojny – sama nie wie, dlaczego dopowiedziało się w niej w ten sposób, dlaczego tak zamknęła się fraza.


Pożałowania godna? To dlaczego jej nie żałujemy, tylko szydzimy aż po same uszy, aż się babka przekręca?


Przez siedem lat uczyła gry na trąbce, po czym rzuciła się z wieży. No dobrze, było inaczej, nie tak ładnie; obok tej rzeczywistości, którą promuje się od rana do wieczora. Po prostu przestała uczyć, poszła ścieżką, która nagle wysunęła się zza szarej tapety. – Czyż tak nie jest ładniej?

Odbiliśmy się od tego pytania, tańcząc wokół stołu. Od czasu do czasu ktoś trącał nogą trąbkę, która uderzała głucho o nogi porozrzucanych krzeseł.

Żądają podmiotu. Chcą go wreszcie usłyszeć. On na pewno wypłynie, mówią. A potem będzie ujawnianie. To najbardziej lubią. Nawet jeżdżą na festiwale literackie, bo tam to się dopiero dzieje, tam się ujawnia. Autor uśmiecha się i szuka słów, indywidualizując styl dedykacyjnego wpisu. – Ale czy pan jest pewien swojego podmiotu? – pytają.

To ja może teraz odpowiem: – Nie jestem pewien.

Nie jestem pewien. Cień zawsze odjeżdża, a to, co dostrzegają w zamian, już niczego nie przypomina. I to jest fajne (w pisaniu), wszystkie przemilczenia wychodzą z ukrycia. Roją się niestworzone rzeczy. A potok szumi dalej. I wydaje się, że ktoś do ciebie mówi, ustawia słowa w przyrodzonym porządku. I są skojarzenia z maszyną, która ostrzy swoje noże na kamiennym progu. Toczy z określoną szybkością pewną miarę wody. Wszystko da się obliczyć, wpisać w sieć równań.

Biedne są wobec tego nasze urojenia. Jakbyśmy nadzy przemykali w miejskim tłumie. Niczego nie mamy na obronę. Każdy może kopnąć, dobić, zamknąć w zakładzie. Brak ubrania jak brak człowieczeństwa. Już nie przynależymy do gromady ludzkiej.

Gdy za dużo nieszczęść naraz, to się robi jakoś nieludzko. Ludzie odsuwają się od ciebie. Najpierw delikatnie, potem coraz śmielej. Odwracają się w swój mrok, tobie zostaje milczenie. I nagły pobyt w drewnianym domu nad buzującym potokiem. W ciszy wygadują się niesłychane rzeczy.

Muchy na białym obrusie. I tak na wszystkich stołach świata. Ale gdy przybliżysz wzrok, widzisz pestki z arbuza, żadnych much nie było. Gdy przybliżysz jeszcze bardziej, staje się jasne, że chodzi o szykowne koronki z dziurkami. I to te dziurki wziąłeś za muchy, a potem za pestki. Nie mogę zbliżyć wzroku jeszcze bardziej, przysiągłbym jednak, że pogłębianie percepcji na tym się nie kończy. W głębi wyhaftowanej dziurki czai się mrok. Tam już nie sięgam. Przypomina to sytuację boga, który stworzył, wyhaftował, wyprasował, ale potem już nie sięga, tylko sobie wyobraża. Przewiduje rozwój wypadków. A tych wypadków coraz więcej. W głębi ciemnej dziurki pozostawionej samej sobie.

I tak rodzą się prerogatywy moralne wierne hasłu „trzeba sobie jakoś radzić”. Chodzi o dzielność na co dzień, o szukanie pociechy wewnątrz, w człowieku, a nie na zewnątrz.

Musiał zapłacić za ptaszka, którego rozjechał. Zaczęło się od awarii na autostradzie, utraty samochodu, zwolnienia z pracy. Wreszcie odeszła żona. A on wiedział, gdzie tkwi źródło zdarzeń, przyczyna powolnego upadku. Teraz Szpok pilnuje mieszkań, podlewa kwiatki. Ma prawo korzystać ze stołówki. Oczywiście, tej kategorii B, przeznaczonej nie dla prywatnych pensjonariuszy, lecz tych z funduszu.

Nawet pamięta tę scenę. Roztrząsa każdy jej szczegół. Puszysta kulka wytoczyła się nagle z zarośli. Krążąc bezradnie po jezdni, szukała wyjścia z matni. Jechał zbyt szybko. Próbował ominąć, ale z naprzeciwka pruł już motocykl. Gdy potem spojrzał w lusterko, zobaczył przyklejony do asfaltu pagórek pierza. Życie za życie. I teraz trzeba grać rolę tego ptaszka. Przemykać lękliwie między poszczególnymi wydarzeniami, kryć się po kątach, uważając, żeby cię nie rozjechali. Liczyć na okruchy spadające ze stołu.

Szpok stara się być niewidzialnym i coraz lepiej mu to wychodzi. Pod siódemką znów ktoś nie dokręcił wody. Trzeba tam zrobić porządek, zanim wprowadzą się nowi goście.

Dzisiaj nic.

Jutro nic.

Cała nadzieja w pojutrzu.

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.