10/2020

Waldemar Żyszkiewicz

Wajda po latach: Smuga cienia

Trochę kadrów z udziałem „Królowej Mórz”, trójmasztowego żaglowca brytyjskiego, pięknie zakomponowanych i chwytających za serce chyba nie tylko zapalonych żeglarzy. Nieźle uchwycona egzotyka Bangkoku oraz nieco mniej przekonująca atmosfera przyczółków brytyjskiego Imperium w Singapurze sprzed wieku to z pewnością walory tego filmu, wywiedzionego z conradowskiej prozy…


Zdjęcia te i dziś ogląda się z przyjemnością. Są one zasługą świetnego operatora Witolda Sobocińskiego, który zwłaszcza w drugiej połowie lat sześćdziesiątych oraz w następnej dekadzie minionego stulecia wyznaczał wizualne standardy w polskim kinie.

Pracę w fabule zaczynał Sobociński od zdjęć do Rąk do góry Jerzego Skolimowskiego (1967), wiele razy pracował z Wajdą, począwszy od ważnego, autotematycznego obrazu Wszystko na sprzedaż (1968), poprzez m.in. Wesele (1972) czy Ziemię obiecaną (1974), robił zdjęcia do filmów Andrzeja Żuławskiego, Wojciecha Hasa… Ale teraz do urody kadrów, które wyszły przed laty spod ręki Sobocińskiego, przyczyniła się również ich cyfrowa rekonstrukcja.

Lektura pełnej obsady filmowej opowieści Wajdy o zdarzeniach, jakie w rzeczywistości miały miejsce w roku 1888 na pokładzie barku „Otago”, którym dowodził młody, mianowany na miejsce zmarłego poprzednika i sprawujący swe pierwsze dowództwo kapitan, kazałaby sądzić, że w filmie, produkowanym do spółki z brytyjską telewizją Thames, pojawia się kwiat ówczesnego aktorstwa polskiego: Zygmunt Hübner, Jerzy Zelnik, Stefan Friedmann, Eugeniusz Priwieziencew, Radosław Piwowarski, Stanisław Tym, Piotr Garlicki, Wojciech Pszoniak, Marek Kondrat… A już aktorki to istna lista marzeń tamtego czasu: Iga Cembrzyńska, Małgorzata Braunek, Bożena Dykiel, Joanna Lothe, Emilia Krakowska, Joanna Żółkowska, Irena Karel. Ale byłby to całkowicie mylny wniosek.

Po pierwsze, tyle pań w filmie dziejącym się głównie na pokładzie ogarniętego febrą i uwięzionego przez długotrwałą flautę żaglowego drobnicowca „Regina Maris” w ogóle nie ma uzasadnienia. Po drugie, Friedmanna widzimy w zasadzie raz, w krótkiej i zabawnej zresztą scence, Żenię Priwieziencewa i Zygmunta Hübnera niewiele więcej. Nieco lepszą okazję do ukazania swych umiejętności ma Jerzy Zelnik w charakterystycznej rólce sekretarza kapitanatu. No i Stanisław Tym, jako kupiec Jacobus, który swoją krótką obecność na ekranie zdołał jednak zaznaczyć naprawdę wyraziście.

Najwięcej szczęścia ma jednak grający kapitana Józefa Conrada-Korzeniowskiego (to skutek interwencji scenarzystów w prozę autora Smugi cienia!) młodziutki Marek Kondrat, który prawie nie wychodzi z kadru. Cóż, kiedy Wajda tym razem niekoniecznie utrafił z obsadą w punkt. I trudno tego nie zauważyć. Problem oczywiście nie w tym, że Conrad dowodzący żaglowcem, wśród którego załogi rozszalała się malaria, miał akurat trzydzieści jeden lat, a grający Conrada aktor był od swej postaci o pięć lat młodszy. „Zgubienie” tak niewielkiej różnicy wieku to dla filmowych charakteryzatorów drobnostka, z tym że zwykle łatwiej odmłodzić aktora niż udatnie go postarzyć.

Idzie raczej o to, że w tamtym czasie Kondrat, którego Wajda obsadził w głównej roli, wyglądał na nerwowego młodzika o dość spadzistych ramionach zamiast na wprawdzie dopiero debiutującego, ale jednak obdarzonego charyzmą dowódcę, który skazany na wielodniowy dryf, w obliczu braku siły pędnej (cisza morska) i niemal bez pomocy trawionej malarią załogi, potrafił dzięki sile woli utrzymać na pokładzie porządek, tchnąć w marynarzy hart ducha, wykrzesać z nich wolę przetrwania i chęć wydobycia się z pułapki.

Owszem, niby się o tym dowiadujemy, ale głównie z obszernych, w filmie niekoniecznie przekonujących, conradowskich monologów wewnętrznych. Ze względu na współproducenta (brytyjską telewizję) Wajdzie zależało, żeby obfite – jak na filmową opowieść – partie prozy Conrada wybrzmiały na ekranie, dodając obrazowi ciężaru gatunkowego. Stało się jednak inaczej. Dziewiętnastowieczna proza, z naszej współczesnej perspektywy, jest pozbawiona daru lapidarności. Może gdyby wypowiadał ją ktoś inny… Na przykład o piętnaście lat starszy Marek Kondrat, bo ten sam aktor, tak mało wizualnie wiarygodny w Smudze cienia, nieźle się potem (jeśli idzie o wizaż) postarzał.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że przy kapitanie Conradzie pierwszy oficer Burns (Graham Lines), wraz ze swą obsesją na punkcie poprzedniego dowódcy statku, prezentuje się jak pełnokrwisty wilk morski, zdolny pokonać ciężką malarię, a może i cholerę, prawie wyłącznie siłami własnego organizmu. Jego szaleństwo jest bardziej wiarygodne i ma większą moc przekonywania niż rodząca się dopiero podczas trudnego rejsu kapitańska gravitas Kondrata.

Od nowego kapitana statku postać mocniejszą filmowo, lepiej osadzoną w morskiej rzeczywistości, tworzy też kucharz Ransome (Tom Wilkinson). Nic dziwnego, że przy Linesie i Wilkinsonie aktor grający kapitana Józefa Conrada jest po prostu mało przekonujący. Szczuplutki, niewysoki, w dopasowanym mundurze przypomina raczej gimnazjalistę z powieści Gomulickiego niż kapitana brytyjskiej floty handlowej. A przecież niewiele zabrakło, żeby uniknąć wrażenia dość oczywistej pomyłki w obsadzie roli głównej… Warto tu może przypomnieć, że reżyser również uważał własną ekranizację prozy Conrada za film nieudany.

Dlaczego tak się stało? Przecież warunki wyjściowe do tej oryginalnej i wymagającej produkcji filmowej były wyjątkowo dobre. Sam Wajda tak pisał o nich w liście do Stanisława Czycza, z którym prowadził już rozmowy w sprawie scenariusza do filmu o młodo zmarłym malarzu krakowskim Andrzeju Wróblewskim.

[…] Teraz o terminach: jak Pan wie, robię film, ale coś niesamowitego. Nigdy nie zgromadziłem takich środków, z Anglii przypłynął żaglowiec, ostatni relikt brytyjskości. Bułgaria daje Morze Czarne i co tam trzeba, Ojczyzna nie skąpi dewiz. Thames TV daje aktorów, gadają po angielsku, bo jak tu tłumaczyć Conrada; robię zdjęcia – Warszawa, Warna, Warszawa, Londyn i Bangkok. I w rezultacie tego monstrualnego zamieszania powstanie (jeśli Bóg pozwoli) niewielka akwarela, rzecz robiona kilkoma dotknięciami, coś ulotnego, młodzieńczego. Oczywiście do takiej robótki nie można zabrać się przed pięćdziesiątką – bo ma się już gdzieś jakieś doświadczenie, a muskuły jeszcze nie zwiotczały. Pan zauważył, jakie mocne atletyczne ręce mają malarze.

Krótko: 29 X wracam do Warszawy (tel. 39 19 53 dom) i zostaję przez listopad w kraju. Potem krótkie zdjęcia w Anglii (bo film ma coś jakby ramę: dziecko, młodość i starość), po czym, tzn. dwa tygodnie – wracam i czekam na wyprawę do Bangkoku – która zależy od finansów i pozwoleń, a zabierze mi znowu około dwóch tygodni pewnie w grudniu…

(fragment listu Andrzeja Wajdy do Stanisława Czycza, Albena – Bułgaria 6.10. 19751)


Trzeba przyznać, że ten krótki fragment prywatnego i szczerego listu reżysera znacznie ułatwia próbę wyjaśnienia przyczyn fiaska, jakie Wajda poniósł tym razem przy realizacji swego ambitnego zamiaru artystycznego. Oprócz sygnalizowanej już pomyłki obsadowej, nad Smugą cienia zaciążyły niewątpliwie niedostatki scenariusza. Bo sam ciekawy koncept bez dobrze napisanej historii, która przekłada go na konkretne sytuacje, na owocujące napięciem sekwencje scen i trafione dialogi, to jednak o wiele za mało. Dlaczego reżyser zdecydował się współpracować przy scenariuszu akurat z Bolesławem Sulikiem, który wcześniej dał się poznać tylko jako jeden z trzech współscenarzystów filmu Jerzego Skolimowskiego Na samym dnie? Czyżby o wyborze przesądziło rozeznanie Sulika w środowisku filmowym na Wyspach, ewentualnie jego kontakty w brytyjskiej telewizji? W każdym razie do zapowiadanej ulotnej, ale mistrzowskiej akwareli filmowi Wajdy z 1976 roku dość daleko.

Trójmasztowiec „Regina Maris” pod pełnymi żaglami w czasie flauty na tle zachodzącego słońca wygląda znakomicie, ale już o prawdzie żeglowania nie da się tego powiedzieć. Owszem, parę razy słychać stosowne komendy, żagle są stawiane lub refowane, ale bez względu na to, czy statek miał dryfować przy całkowitym braku wiatru, czy mknął na pełnej prędkości po wodach Morza Czarnego, w obrazie niewiele się zmienia. Inaczej: tego wyczekiwanego wiatru w żaglach zupełnie się nie czuje ani nie widzi.

Conrad-Kondrat, astenicznie zbudowany dwudziestosześciolatek nie przekonywał ani przy kole sterowym, ani przy ciągnięciu fałów. Bodaj tylko raz na pokładzie pojawiło się ze dwudziestu marynarzy potrzebnych do obsługi tak sporego trójmasztowego drobnicowca. W większości scen prawie opustoszały pokład nasuwał raczej myśl o statku-widmo z wielu morskich legend. Niby załoga „Królowej Mórz” chorowała pod pokładem, ale…

A gdzie te wyliczone wcześniej piękne kobiety? Pojawiają się pod sam koniec filmu może na dwadzieścia sekund jako orkiestra damska w klubie garnizonowym w Singapurze. Filmowane z daleka, przesłonięte przez konwulsyjnie dyrygującego nimi Pszoniaka. Aktora też zresztą nie widzimy, ledwie przez moment migają nam jego plecy, w skwapliwych, jak to często u Pszoniaka, mocno przesterowanych gestach, utrzymanych w konwencji dość podrzędnego kabaretu. Za dwa-trzy takie dni zdjęciowe w Bułgarii, zaprzyjaźnieni z reżyserem aktorzy i aktorki mogli pewnie zarobić na całkiem przyzwoity wakacyjny pobyt. I to taki na bogato. Jak wspominał o tym Wajda w liście do Czycza: „Ojczyzna nie skąpi dewiz”. Nie sądzę bowiem, żeby brytyjska telewizja zechciała finansować ewidentny obsadowy kaprys reżysera.

Historię opowiedzianą przez Conrada w ekranizowanym tekście można tak streścić: młody, około trzydziestoletni człowiek morza, pod wpływem chwilowego impulsu rzuca dotychczasową posadę chiefa na parowcu, gdzie pod dobrym kapitanem, ceniącym jego umiejętności, przepracował półtora roku. Pochopna decyzja, słabo umotywowana, nawet u niego samego wywołuje emocje, które utrudniają mu relacje z innymi ludźmi, również tymi, którzy – jak kapitanowie Kent czy Giles – życzą mu jak najlepiej. Wyjaśnienia motywów owej początkowej nadmiernej drażliwości zabrakło niestety w scenariuszu filmu Wajdy, przydając postaci młodego oficera rys niepotrzebnej impertynencji.

Pójście za intuicją okazuje się jednak życiowo słuszne, bo zakochany w morzu i żaglowcach trzydziestolatek dostaje, dzięki zrządzeniu losu oraz opinii dobrego żeglarza, nominację na kapitana trójmasztowego statku wysokiej klasy. I dzieje się to w czasach, gdy wśród młodszych oficerów marynarki brytyjskiej, instytucji ściśle zhierarchizowanej, modny jest wciąż nieformalny, wznoszony tylko w zaufanym gronie toast „za krwawe bitwy i śmiertelne choroby”. Bo zasadniczo jedynie przy takich okazjach, mocno powiększających pulę wakatów, można było szybciej awansować.

Młody kapitan Nieuven, bohater prozy Conrada, w scenariuszu filmu Wajdy utożsamiony (wbrew tekstowi, ale w zgodzie z faktami) z samym pisarzem, w czasie pierwszego rejsu, walcząc z przesadnie ambitnym pierwszym oficerem Burnsem, epidemią wśród załogi i może przede wszystkim z długotrwałą ciszą morską, uzyskuje potwierdzenie swych dowódczych kompetencji, co do których jemu samemu nieraz brakowało pewności.

Materiał na dobrą opowieść o tym, jak ulegający dotąd kaprysom młodzieniec staje się odpowiedzialnym mężczyzną, sprawdzonym człowiekiem morza, prawdziwym kapitanem. Jak przekracza „granicę cienia”, bo takie jest w istocie znaczenie oryginalnego tytułu prozy Conrada The Shadow-Line. Reszta to didaskalia, mniej lub bardziej egzotyczne. Tak, ostatecznie dowiadujemy się, że nowy, młodziutki dowódca przeprowadził „Królową Mórz” z Bangkoku do Singapuru. Szkoda tylko, że Andrzej Wajda nie zadbał o szczegóły, żebyśmy się mogli o tym przekonać na własne oczy.

(28 grudnia 2[01]9)
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.