07-08/2020

Waldemar Bawołek

Wprawki i rupiecie

I nagle – co za pech! – olaboga, Rozalce odpięła się podwiązka. Jeszcze parę kroków i drugie zapięcie także puściło. Pończocha zaczęła powoli zsuwać się po udzie. Uroda Rozalki jak na talerzu.

Czy ja ją śledzę, czy kocham, lubię, a może tylko szanuję? Domaga się, bym myślał o niej w dzień i w nocy, był do pomocy, na każde skinienie małym palcem. Pies wierny, oddany, gdyż ona za mną w ogień, na głęboką wodę. Już sam nie wiem. Są dni, że myślę o niej ciągle, myślę dobrze, z miłością, chcę rozmawiać, patrzeć na nią, tulić i całować. Ale są też chwile, że słów mi brakuje, bo nie chcę kłamać, zwodzić jej słowami nic nieznaczącymi. Milczenie mnie ogarnia, jakaś drętwota, nie potrafię odpowiedzieć na stawiane przez nią pytania. Wszystko mnie w niej drażni i denerwuje. Mówię wówczas do siebie, że dosyć tych podchodów, nie chcę jej więcej widzieć, przecież ja jej nie kocham, nigdy nie kochałem, z mojej strony to jakieś mamienie siebie, oszukiwanie Rozalki. Chociaż nie zawsze tak jest, nie co dzień, lecz są godziny, w których bez trudu przychodzi mi wyznać, iż kocham ją, tęsknię, pragnę, by stała u mego boku w każdej walce. A co? Niech sobie nie myśli, że nie stać mnie na głębsze uczucie, że tylko mrukliwość może być moją przypadłością, o nie, nie, jak się uśmiechać, także nie zapominam, słanie pocałunków nie sprawia mi trudności, głaskanie po włosach, obejmowanie wpół, klepanie po pośladkach i lizanie. Chociaż tych chwil nieprzyjemnych, gdy jestem opryskliwy, złośliwy i naburmuszony, także jest niemało.

Wczoraj nastąpiła zmiana czasu z zimowego na letni. Stąd powietrze dzisiaj dłużej rozproszone jest w słonecznym świetle. Zielenieją trawniki, zbudzona roślinność, skarpy i ogródki otwierają szeroko oczy. Przeleciał ptak, kot zamiauczał, pies zaszczekał. Piesek na smyczy biegnący przed swoją panią. Kosze na śmieci stoją jak pod sznurek, żywotniki na baczność oddają honory. Rozalka weszła do pasażu hali targowej, by zapewne poprawić pończochę, zostawiając opustoszałą ulicę.

Przy drzwiach do kwiaciarni tłoczą się ludzie. Lekarz kończy wypisywać kartę zgonu. Ciało leży wśród wieńców. Nosze stoją obok. Ubranie, włosy ociekają woskiem. Głowa zwrócona na bok. Jakiś mężczyzna obfotografowuje denata ze wszystkich stron. Słychać tylko trzaski migawki aparatu fotograficznego.

– Proszę państwa, proszę nigdzie się nie rozchodzić.

Głos zabrzmiał sucho.

– Nie muszę chyba przypominać, że do czasu zakończenia wstępnego rozpoznania nikomu nie wolno opuszczać tego miejsca, aż do momentu, kiedy wydam na to zezwolenie.

Rozejrzałem się za Rozalką. Nie wiem, jak ona się czuje. Czy nie potrzebuje mojej pomocy?

Dostrzegłem ją, jest blada. Podszedłem do niej, ująłem za rękę, chciałem o coś zapytać, lecz widzę, że usta ma ściągnięte, między brwiami zarysowała się wyraźnie gruba, pionowa zmarszczka. Rysy zaostrzyły się jej, oczy nagle zmalały w owalu twarzy. Rozkład cieni nadał jej ustom jakby zaciętości, ogromnego napięcia. Zapewne jest w szoku, ale trzyma się dzielnie.

– Chodź, Rozalko – powiedziałem do niej spokojnie.

Rozalka posłusznie odwróciła głowę i dała się poprowadzić w stronę drzwi. A już na zewnątrz rzekła, że da sobie radę, żebym ją zostawił w spokoju. – Nie musisz mnie niańczyć.

– To ten Pisarz, rozmawiałaś z nim?…

– A po co ci to wiedzieć, mało to na świecie samobójców.

Poszedłem inną drogą w stronę domu. Nie miałem ochoty na rozmowę z nikim. To, co się wydarzyło, wymagało skupienia. Straszne. Taki piękny dzień. W jednej chwili wszystko się rozpierzchło.

Usiłowałem się skupić, pomyśleć coś sensownego o tamtej scenie. Coś, jakby grom z jasnego nieba uderzył. Zamiast uporządkowanych myśli miałem przed oczami bladą, zaciętą twarz Rozalki, jej zdziwione oczy. Czy to ona zabiła? A jeśli tak, to po co, w imię czego? Chyba mnie już nie kocha.

– „Nigdy, rozumiesz! Nigdy się na to nie zgodzę!” – Gdzie ja to słyszałem? Ro­zalka biegnie przez park, dzieci śpiewają, idź, Marzanno, do wody, mokre oblepione włosy, kukła, czerwona wstążka, chusta wolno, wolno opada na dno, w załomach przeźroczystej wody błyskają grzbiety ryb.

Ktoś puka do drzwi.

– Pukam i pukam, co się z tobą dzieje? Cisza, myślałem, że cię nie ma, a drzwi otwarte. Wchodzę, patrzę, a ty śpisz.

Ujrzałem nad sobą twarz Szymona, syna garncarza.

Podniosłem stojącą obok łóżka popielniczkę, postawiłem na nakastliku, wstałem, sięgnąłem do rozpakowanej paczki zefirów. Wyjąłem odruchowo papierosa i dopiero po chwili zapytałem Szymona, czy też chce zapalić.

– A, wiesz, zapalę. Podziałem gdzieś swoje.

Po co on do mnie przyszedł, czego ode mnie chce? Zaciągnąłem się dosyć mocno, żeby lepiej się poczuć.

Szymon milczał przez chwilę. Ja też milczałem, patrząc na niego. W końcu powiedział, żebym się zbierał, robota czeka.

– Burmistrz powiedział, że nic ci nie zrobi, jeśli nie będziesz się ociągał, bo to w twoim interesie, żebyś zarabiał pieniądze, jeśli ciągle jeszcze myślisz o Rozalce.

Waldemar od niedawna jest zatrudniony w Robotach Publicznych jako robotnik gospodarczy. Asfaltuje drogę z Bruśnika do Falkowej. Ciężka praca fizyczna, najczęściej łopatą trzeba żwir podsypywać, rozgarniać, koleiny zasypywać. Pot się z człowieka leje, nawet rękawy, nawet, gdy rękawy podwinięte, żeby się lżej zrobiło, nic to nie daje, choćby przez chwilę, nic, ciężko, odgnioty na dłoniach, zakwasy w mięśniach ud. Na szczęście wiatr z północy chłodzi, raźniej jest i robota szybciej idzie, chociaż nikt nie goni.

Do jutra mamy wyrównać, wyplantować, później walec przytoczą, asfalt przywiozą rozgrzany, miękki, taki plastyczny, parujący, najwyżej każą podsypywać, ale to nie problem, wszystko da się zrobić, jak się chce, człowiek do wszystkiego się przyzwyczai, teraz tylko szuflować ile się da, ile sił w rękach, w nogach, żwiru w oczach ubywa, a gdy się skończy, przywiozą kopiasto załadowaną wywrotkę, wysypią, i dalej do roboty, i tak do fajrantu.

Spoglądam na Szymona, na jego oślizgły tors; wcześniej rozebrał się do pasa. Pracuje zwinnie, szybko, sprawnie. Nadzorca jest z niego zadowolony, nie to, co ze mnie. Szymon wie, że celem życia i pragnień człowieka winna być przyjemność płynąca z zyskiwania szacunku i serdeczności innych. Mnie zaś należałoby karać, przymuszać do pracy. A przecież czuję przejmującą jedność z całym światem, kamieniami, żwirem, z trawą zarastającą pobocza i powietrzem. Jak dobrze byłoby teraz kochać się z Rozalią, mieć ją przy sobie. Do końca dniówki niewiele czasu zostało. Nie ma co się śpieszyć. Trzeba zaoszczędzić nieco sił dla Rozalki, bo ona dosyć wymagająca w tych sprawach. Ten trup mnie przeraża, nie wiem, dlaczego Pisarza zamordowano, i co wspólnego z tym morderstwem może mieć Rozalka? Wcześniej czy później wszystkiego się dowiem. Ale od kogo? Nie bardzo inni chcą ze mną rozmawiać. Gdy po pracy idę przez rynek, odwracają głowy. Dlaczego tak mnie nienawidzą? W knajpie żaden nie przysiądzie się do mnie. Może to we mnie jest wina, może to ja chłodem jestem i wszystkich zrażam do siebie, kto wie? Niekiedy bywało, że odwracałem się plecami, siadałem gdzieś w kącie i rzeczywiście mówiłem do siebie, żeby tylko nikt się nie dosiadł, żeby nikt nie zechciał naruszać toku mojego myślenia, bo lubię pić piwo i wpatrywać się w światło okna, a do tego rodzaju spoglądania w pustkę nikogo nie potrzebuję, szczególnie tych, co to wszystko wiedzą, tych, co umieją tylko o sobie opowiadać, o swoich zainteresowaniach z zamkniętymi oczami. Po co mi ludzie, którzy nie umieją słuchać, którzy tylko swoje o sobie, a gdy ja chcę się odezwać, głosy się podnoszą, by mój nie mógł się przebić. Bo kogo obchodzi, że muszę ciężko pracować, że macham łopatą jak ten głupi, przewalam hałdy żwiru, a przecież nikt mnie za to nie chce pochwalić, nikt tego docenić. Nikt nie chce słuchać moich narzekań, a gdy zaczynam wspominać o drodze naprawianej, to zaraz słyszę, że to normalne, nic w tym niezwykłego, wszyscy pracują, wszyscy coś naprawiają, ubijają, prostują drogi kręte Powinienem słuchać tego, co inni mają do powiedzenia, bo są mądrzejsi, bardziej doświadczeni. Im należy nadstawiać ucha. A ja mam się wstydzić być tym, kim jestem. Jak długo jeszcze dam radę to znosić. Przecież już dawno powinienem z tego miasteczka wyjechać, urządzić się gdzieś, gdzie będę mógł bez lęku zaznaczyć swoją odrębność wobec innych. Co prawda moja samotność tutaj jakoś mi aż tak bardzo nie doskwiera, nawet wówczas, gdy dosiądzie się taki do stolika, zamknie oczy i dalej o sobie gadać, ile to on dzisiaj musi zrobić, gdy tylko dopije piwo, zaraz wróci do siebie, żeby krzewy aronii posadzić, posprzątać, pozamiatać. A gdy ja chcę coś powiedzieć, bo przecież też mam coś do powiedzenia, chociażby to, że zajmuję się produktami fantazji, myśli, wspomnień, że mogę być kimkolwiek, gdziekolwiek, robić cokolwiek i mieć cokolwiek, to zaraz zostaję przekrzyczany, bo Nikodem, nauczyciel gimnastyki na emeryturze pragnie szybko dopić piwo, żeby zaraz wrócić do ogrodu, do swych grządek, do swych przetworów, dzieci przyjadą z wielkiego miasta, by zabrać przetwory ze sobą, będą mieć w słoikach wszystko to, co najlepsze, przez jakiś czas. Nikodem przygotowuje dla dzieci zapasy żywności na kolejną zimę, codziennie napełnia słoiki przeróżnymi owocami, warzywami.

Samotny jestem, gdy tak siedzę na wprost Nikodema – nie umiem otworzyć się na jego sposób myślenia, dużo zależy od modulacji jego głosu. Samotny jestem w kolejce po cztery plasterki kiełbasy wiejskiej – przede mną i za mną ludzie, którzy pamiętają, kiedy nie było nieba nad głowami, i samotny jestem z twarzą w lustrze, gdy tak wymachuję brzytwą. Samotny jestem w łóżku, na spacerze, w myśli, w mowie i uczynku. I samotny, pijąc kawę ze śmietanką, herbatę z cytryną, nierzadko też kompot. Samotnie rąbię drwa na opał, nakładam węgiel do wiader, samotnie cofam się pół kroku i patrzę gdzieś na zewnątrz, nie zwracając na nikogo uwagi. W samotności umyka mi coś najpiękniejszego na świecie. W samotności ślepnę, tracę węch, biorę prysznic. Takie chwile już się nie powtórzą w towarzystwie. W samotności mówię do siebie, cierpię i się trwożę.

Przy Rozalce także czuję się samotny, bo ona nic ciekawego nie chce mi powiedzieć, nie mówi do mnie, nie odzywa się. Odpowiada tylko na moje pytania, i to bardzo oszczędzając słowa. Kiedy tak siedzi obok mnie, przytulać się chce, moją samotność obłaskawiać. Tuli się, przytula, gdy ja pragnę słyszeć jej głos, mowy jej chcę, przemów, ust, słów, języka. Lecz Rozalka nie potrafi osadzać frazy w innych frazach. Kwestia abstrakcji, dalekiej przyszłości czy przeszłości schodzi na dalszy plan. Mówi krótkimi prostymi zdaniami. Jej historia ogranicza się do tego, co pamięta z wczorajszego dnia. Patrzy na mnie, uśmiecha się, siada mi na kolanach, gładzi po włosach, nic nie mówiąc, słowem się nie odzywając. Czyżby nie miała nic do powiedzenia? A Pisarz martwy pośród kwiatów, wieńców. Co Rozalka ma z tym wydarzeniem wspólnego? Dlaczego nic nie chce powiedzieć, zwierzyć się? Jeśli sama nie powie, nie będę pytał. Na pewno kiedyś wszystko się wyjaśni. Przecież śledztwo jest prowadzone w tej sprawie. Jaki mogła mieć motyw, żeby chcieć zabić tego literata? Sierżant mówił, że cios był silny.

Czy to wyklucza kobietę? Rozalka ma mocne dłonie. Niekiedy oddechu nie mogę złapać, gdy mnie obejmuje w pół i chce oderwać od ziemi. W udach także ma moc, bo gdy znajdę się między nimi, tak potrafi mnie zakleszczyć, że uwolnić się nie jest łatwo.

I już leżymy w łóżku, bez zbędnych słów, jeszcze tylko ostatnich detali bielizny się pozbyć. Zawsze mam kłopot z odpięciem na plecach stanika. Haftka nie chce się wysunąć. Szarpię, pociągam we wszystkie strony, ale to jeszcze bardziej komplikuje rozpięcie. Dopiero gdy Rozalka sięgnęła tam palcami, natychmiast mogłem całować jej piersi, ssąc sutki po kolei, w samotności. Żadnych słów ani ciszy.

Rozalki głośny oddech grzęzł w mych włosach. Chciałem jej piersi umieścić w ustach, chciałem, by znalazły się głęboko w moim otworze gębowym. Jeśli ona potrafi moje genitalia w całości wprowadzić do gardła, to ja powinienem umieć w ten sam sposób z jej piersiami dać sobie radę. Ślinię się, pomagam dłońmi, ale nic z tego, cycek wyślizgnął mi się z ust, język skołczał. Nic z tego. Położyłem się na Rozalce, głowę umieściłem między udami, które ona rozchyliła na tyle, bym mógł swój skołczały język wprowadzić między wargi większe i mniejsze. Lizać tę niegojącą się ranę, tę ciągle rozwierającą się szczelinę.

Rozalce zdawało się, że dźwiga na sobie oblubieńca: jego dłonie wędrują po jej całym ciele – zamiast głowy ma zmechaconą mosznę, a zamiast języka napęczniałego fallusa rozpalonego do czerwoności.

Już nie pragnęła rozmowy – tylko rozkoszy. Słowa są zbyteczne. Więc gdy runął na nią plackiem, lekki jak prześcieradło, jęknęła, ale nie z urazu. Radowała się, że liże ją tam, niczym języki ognia, dosięga w najgłębsze miejsce, a ona sama zmęczona leci jak ta ćma.

– Koniec?…

– Jeszcze nie, kochany, jestem teraz cała w emocjach, chodź do mnie, bądź. Jestem trochę obolała, ale myślę, że nie byłoby źle. Przytuliłabym się do ciebie, kochanie, nawet nie wiesz, jak dużo mi tego trzeba, a chcę go, że aż ciarki mnie przeszywają. Nie chcesz? A może byś tak właśnie…

Muskam ustami jej włosy, uszy, całuję w nosek, policzki, usta delikatnie, zamykam oczy i widzę jej obecność, bliskość, czuję jej spojrzenie, dotyk i muśnięcia, czuję, że ona chce tego.

– Całuj szyję, pożeraj mnie…

Zamykam oczy i znowu dotykam piersi, otwieram oczy i patrzę się na jej nabrzmiałe piersi, językiem dotykam sutków, całuję, delikatnie ssę, całuję pępek, wbijam język w jej łono, pieszczę ją.

– Kochany, jestem tak podniecona, że nie wiem, co się ze mną dzieje, oczy same zamykają się, wnet krzyknę!!! Chcę, abyś nie przestawał mnie lizać, dotykiem całował, wszedł we mnie.

Czuję, jak w niej wszystko pulsuje, jest mokra.

– Spuść się, żebym mogła poczuć się bezwstydna. Ja naprawdę chcę tego wszystkiego, kochaj mnie.

Szyba w oknie rozjaśniła się i dostrzec można było przelatującego ptaka, chyba srokę. To jedna z tych złodziejek, które ciągną do błyskotek. Promienie słońca kołysały unoszące się w powietrzu pyły. Powietrze pachniało mlekiem, słodkością, obok czymś kwaśnym: spermą. Nasilały się różne odgłosy przejeżdżających pojazdów, krzyki, brzdęki. Przemieszczające się gazy i ciecze. Ten dzień zaistniał.

Rozalka poruszyła się na łóżku, wyciągnęła przed siebie rękę.

– Nic, tylko paczka papierosów… – szepnęła.

– To słupy, pola, stopy… – rzekł Waldemar. – Poznajesz?… moje ty życie… mój skarbie… pomyślałem, że dobrze byłoby być słupem telegraficznym, ptakiem.

– Spokojnie, spokojnie… – odezwała się Rozalka. – To tylko dzioby straszą, zapalmy sobie po papierosku.

– Zaraz przyniosę popielniczkę.

Każde takie ocknięcie się było dla niej niespodzianką; najzwyklejsze rzeczy wydawały się jej czymś nowym, jakby dopiero się narodziła. Chciałaby od tyłu, z ciągnięciem za włosy. Żeby odrosło, zniknęło, zabliźniło się. Tak się nie kocha. W kobietę się wchodzi i burzy się ją jak kościół, zostawia zwęglony papier wewnątrz trzewi. Ślady po języku, poparzenia.

– A kto tam puka do drzwi o tej porze?

Mateusz, syn zawiadowcy stacji z Przylasku. Trochę wstawiony, z butelką wódki wtargnął do środka nieproszony. Już jest za późno, by cokolwiek uratować z intymności. Waldemar posadził go przy stole, żeby nie musiał stać bez celu. Rozalka przyniosła kieliszki, coś do przepicia, bo wiadomo, że teraz już nic się nie da zrobić, trzeba będzie markować picie, za kołnierz wylewać, żeby przyjaciela zadowolić. Niech sobie myśli, co chce, towarzystwo mu sprzyja.

– Kto tam pije, no to po jednym, Waldemar, napij się do Rozalki… słyszałem, że w Robotach Publicznych pracujesz, a mówiłem ci, żebyś do mnie przyszedł, zawsze bym coś dla ciebie znalazł, przecież niegłupi jesteś, przydałbyś się do pracy na poziomie, a nie żwir po drogach rozrzucać, no wiem, znam te twoje fanaberie, wolny chcesz być, latać z łopatą po ulicach, a idź pan w chuj.

Ściany zaczynały się ściemniać, traciły nikły wymiar poświaty, krajobraz robił się płaski, gdy Mateusz położył dłoń na udzie Rozalki i zaczął ją całować w usta. Waldemar tego nie zauważył, zagapienie jego było niepoprawne. Krew się pojawiła na górnej wardze Mateusza, Rozalka mu ją ugryzła, nie chcąc, by się rozochocił. Te drobne gwałty tak bardzo ją denerwują. A gdy Waldemar się odnalazł, odciągnął go od Rozalki i kazał mu się wynosić.

– Kurwa, dosyć tego, pijany jesteś, spierdalaj.

Wziął Mateusza i wypchnął za drzwi, wcale nie przejmując się tym, że ten z trudem stał na nogach.

– Bydlak – powiedziała Rozalka. – Pamiętam, jak dziadek wszedł mi do łóżka, miałam wtedy pewnie z sześć lat, oddzieliłam go od siebie kołdrą i odepchnęłam, dał mi spokój. Następnego dnia wyciągnął z kieszeni sto złotych, pamiętam taki czerwony banknot, i błagał, żebym nikomu nie mówiła. Innym razem tata przyprowadził do domu dwóch kolegów, jednym z nich był sąsiad, ten nic, tylko wziął mnie na kolana i chciał włożyć rękę za majtki. Zaczęłam płakać, wyrywać się, chyba babcia weszła, to mnie uratowało. A jeszcze inny położył się na mnie i wykonywał ruchy, wiadomo jakie, byłam trochę starsza, ale nadal jeszcze zielona, myślałam, że od tego zajdę w ciążę, i ciągle oglądałam brzuch.

Już dawno Rozalka się tak nie rozgadała, pewnie jeszcze nikomu tego nie mówiła, zapewne poczuła ulgę. Co ta Rozalka taka zagadkowa? Nawet gdy jestem u niej w mieszkaniu, nie chce być kimś, za kogo ją biorę. Każde moje spojrzenie, dotknięcie, chrząknięcie czyni ją kobietą o nieograniczonych zdolnościach do oszukiwania i do uznawania własnych kłamstw za prawdę. Nic mi o sobie nie mówi, tym bardziej zaskoczony jestem, że o tym molestowaniu tak się zdradziła, pewnie jeszcze sporo tajemnic w niej drzemie.

To morderstwo w kwiaciarni nie daje mi spokoju, ale nie chcę pytać, sama mi powie, jeśli będzie chciała, zresztą ona uważa, że to było samobójstwo. Ciekaw jestem, czy już ją przesłuchano, czy postawiono zarzuty, a może jest tylko przypadkowym świadkiem? Gdyby było inaczej, zapewne dawno by ją zatrzymano. Ciekaw jestem, co ją tak naprawdę łączyło z tym Pisarzem? Widziałem w jej mieszkaniu książki przez niego napisane, co prawda bez dedykacji, ale jednak jest lekturą zajęta, i to zainteresowanie sztuką, muzyką klasyczną, przecież to nie z tylko z przesytu, z nudów zwraca się ku wyższym przyjemnościom. Trzeba to będzie kiedyś wyjaśnić.

Zostawiłem Rozalkę samą w łóżku. Nie chciało mi się przy niej dłużej leżeć, senność mnie ogarniała, nawet zacząłem ziewać. Żeby całkiem nie usnąć, wstałem. Odnalazłem majtki, zapaliłem papierosa. Podałem Rozalce ręcznik. Zaczęła wycierać krocze, głęboko i dokładnie. Milczy, nagadała się, więc milczy, będzie milczeć, ale jak mordowała, to się nie wstydziła. Jednakże czy zamordowała? – niewinna i groźna, pomiędzy żywym a martwym, ruchomym i nieruchomym.

– To co, już koniec, mam się ubrać? Może przyjdziesz tu jeszcze do mnie na chwilę?

Wiem, że nie przyjdę, że długo musiałaby czekać na mnie, bo mój penis nie prędko będzie skory do erekcji. Nie te czasy, nie te lata. Ona ciągle niezaspokojona, ile w niej wyczekiwania, jakiegoś erotycznego spokoju. Mogłaby tak leżeć pode mną wieki i nic nie mówić, tylko szybko oddychać, pojękiwać cichutko. Powinienem się ubrać, na wyjściowo, i zrobić jej do coś picia.

– Czego się napijesz?

– Przecież piłam, ty już nie pij więcej, bo będziesz pijany i zaczniesz podnosić głos, a to mnie przeraża.

– Ostatnio się nie upijam, wstaję wcześnie rano do pracy, ta robota publiczna jest bardzo wyczerpująca.

Usiadła na łóżku i zaczęła wkładać majtki: – Rano wypijam kawę. Wyobrażam sobie, co o mnie myślą, kiedy po raz kolejny popełniam ohydne przestępstwo w imię posłuszeństwa. Ku mojemu zdziwieniu, zaczyna mi to totalnie wisieć – naprawdę zniechęcenie to chwilami zbawienny stan duszy, pozbawia obiekcji i strachu… gdy za oknem zimno i szaro, ludzie są gburowaci i mam wrażenie, jakbym mówiła do nich po chińsku… nadajemy na tak różnych falach, że trudno o jakiekolwiek porozumienie. W sumie nie w tym rzecz, że przestaję rozumieć ludzi, oni po prostu mnie wkurwiają.

Patrzę na Rozalkę, jak się ubiera, po kolei wkłada garderobę, zaczesuje włosy. A gdy chce makijaż poprawić, potrzebuje lusterka, które ja wyciągnąłem z szafki stare jak świat i podałem jej, żeby mogła się ujrzeć, spojrzeć na siebie po tym wszystkim, po tym całym ambarasie, miłości, kochaniu się. Nie wiem, czy mi się teraz Rozalka podoba. Jej obecność nie jest już przeze mnie pożądana. Jakieś znudzenie mnie ogarnęło, pragnienie, by sobie już poszła, sam chcę zostać. Czyżby na pewno? Nieraz tak było, a później żałowałem, że już sobie poszła, bo przecież moglibyśmy zrobić to jeszcze raz i jeszcze raz, bez nadmiernego zmęczenia. Sam już nie wiem, czego chcę, zdeterminowany przez własną przeszłość. Odłożyła lusterko. Na mnie teraz patrzy, zagląda w moje oczy, by określić naszą przyszłość. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, w końcu nie musiałem. Rozalka rzekła, że sobie już pójdzie, spieszy się, ma coś jeszcze do załatwienia. Płaszczyk założyła i czeka, aż ją pocałuję i powiem, że ją kocham. Gdy przekroczyła próg, zamknąłem za nią drzwi, zapewne niedługo wróci i podzieli się ze mną, tym, co za nimi zobaczyła.

Ten poranny zapach codziennie coś innego przywodzi na myśl. Muzykę się słyszy – pieśni maryjne z wieży kościoła – obrazy przelatują przez głowę, przypominają się chwile sprzed lat, gdy wszystko jeszcze było w powijakach. Żeby tylko nie spóźnić się do roboty publicznej, jakże przez pół dnia absorbującej. Pewnie znowu kilka wywrotek pełnych żwiru czeka na rozładunek. Będzie co rozgarniać.

Jeszcze skóra dłoni dobrze się nie zagoiła, a tu masz, rękojeść łopaty na powrót kaleczy skórę. Odpowiednie rękawice w niczym nie pomagają, a także skargi na pustkę, martwotę, upał, oschłość, bezsilność, osamotnienie. Pył padający, pył leżący na ziemi, pył zacinający z ukosa i pył unoszony wiatrem. Najważniejszą rzeczą przy rozgarnianiu żwiru pod asfalt na drodze jest kawałek kwarcu, do którego przytwierdzone są żuwaczki wielkiego chrząszcza. Kamyczki, korzenie i bawełniane szmatki. Wszystko to czemuś służy, mnie najbardziej odpowiadają wszelkiego rodzaju szmatki. Ze względu na wysoką temperaturę powietrza pocę się obficie, toteż od czasu do czasu potrzebuję wytrzeć się pod pachami. Koszulę już dawno zostawiłem na poboczu, także i spodnie zdjąłem, pozostając w samych szortach. A kogo mam się wstydzić, przecież nie kolegów, którzy nie bacząc na nic, zawzięcie wymachują łopatami. Jezdnia jest zamknięta dla wszelkiego ruchu. Nie ma co się spodziewać, że jakaś niewiasta będzie tędy przechodzić i zgorszy się na widok gołego i nie młodego już torsu. Tym bardziej że mój penis kurczy się i wnika w głąb ciała. Nic się nie porusza, nic nie jest ożywione, wszystko we mnie zamiera. Łopata mną potrząsa, ona jedna teraz nadaje sens mojemu postępowaniu. Krok za krokiem rozgarniam żwir płasko po ziemi, ubijam butami, niweluję nierówności, bez ustanku, dotrzymując kroku kolegom, którzy jakby więcej mieli sił do tej roboty, jakby stworzeni byli do zajęć gimnastycznych. Styliska łopat leżą im w dłoniach jak ulał. Nie narzekają, że żwiru nie ubywa, że jest za ciężki, za drobny, za gruby. Pragną osiągnąć z kamykami związek całkowicie szczery, uczciwy i otwarty. To pozwala im nie myśleć, że przebywanie na drodze z innymi może obfitować w wykręty, dwuznaczność i obłudę.

– Panie Waldemarze, co się pan tak zasępił i wisi na tej łopacie? Nikt nie mówił, że będzie łatwo… koniec opierdalania, do roboty.

– Nikt za pana nie będzie dłoni kaleczył!

A widzisz ich, jednak obserwują mnie, do czegoś jestem im potrzebny. Pewnie chcieliby, żebym za nich odwalił całą robotę, nie doczekają się, pora odpocząć, papierosa zapalić, zobaczymy, co powiedzą.

Usiadłem na poboczu, sięgnąłem do kieszeni spodni po skręty. Spodnie nagrzane od słońca. Zaraz podeszli koledzy i już bez zbędnych wymówek okrążyli mnie. Pomyślałem, że chcą mi coś złego zrobić, zęby wybić, nosa utrzeć albo coś jeszcze gorszego, bo przecież w samych szortach tylko się tutaj podziewam. Jednak nie, powyciągali swoje zawilgocone papierosiki i dawaj, każdemu ogień pod nos, dym się unosi, wydmuchiwanie dymu jest jednoczące.

Zaczęto rozmawiać o Pisarzu, o ciele, które niedawno znaleziono wśród wieńców. Podobno Rozalka maczała w tej zbrodni palce. Chociaż Tymoteusz, syn balwierza, powiedział, że ten literat raczej samobójstwo popełnił. Wszystko na to wskazuje, bo po co Rozalka miałaby go zabijać. Prawdopodobnie był jej kochankiem, teraz to dopiero wyszło na jaw. Twarz zmarłego miała wyraz gniewu i nienawiści, nie miłości.

Klemens, syn łaziebnika, dołożył swoje trzy grosze, gdyż się dowiedział, że zabić mógł nieszczęśnika rywal do serca Rozalki.

Pan Waldemar słuchał tego ze spokojem, pamięta, że twarz zmarłego nie wyrażała ani gniewu, ani pogardy, ani nienawiści – żadnego z uczuć, które mogłyby obrażać.

– Kto go mógł popchnąć do samobójstwa… – zaczął zastanawiać się Sylwester, syn dekarza.

– To ktoś go zabił, czy sam sobie odebrał życie?

– Co by nie powiedzieć, to ktoś go musiał skrzywdzić.

Pisarz zabity: sam się uśmiercił, czy ktoś go zabił? – nieboszczyk pogrzebany. Żył jakimiś życiem niewidzialnym. Ostatnio dużo się o nim mówiło, że takiego odkrycia w polskiej prozie dawno nie było, że jest na fali. A tu masz, bidulek nie żyje.

– Ciekaw jestem, co na to Rozalka? – zagadnął tajemniczo syn balwierza.

– Podobno policja długo ją przesłuchiwała – odrzekł Klemens.

Waldemar rzucił niedopałek w trawę, poczuł suchość w ustach, pić mu się zachciało. Chcąc ugasić pragnienie i przepłukać gardło, wstał i ruszył przed siebie w poszukiwaniu odpowiedniego napoju. Najlepsza byłaby źródlana woda, ale wino też by pomogło. Przyśpieszył kroku. Przeskoczył niewielką fosę i zaczął wspinać się pod górę. Niedaleko stąd widać spychacze, jak przewalają hałdy ziemi, silniki terkoczą, spaliny wzbijają się pod niebiosa. Tam zapewne mają coś, żeby spragnionego napoić, może poczęstują. Ciężarówka z workami cementu podskoczyła na wybojach, chmura pyłu przysłoniła słońce.

Tyle tej ziemi, grud, grudeczek, dołów, dołków, może i coś do picia się znajdzie, łyknął by człowiek, nawodnił się. Co oni wygadywali, o czym mówili? Co Rozalka mogła mieć z nim wspólnego? Nic o tym nie wiem. Czyżby ukrywała coś przede mną, czyżby grała na dwóch fortepianach? Jeśli nawet zamordowała, to dla kaprysu, ale nie z zazdrości o literata; dajcie spokój, jak to się wszystko gmatwa. Ciężarówki gnają jak szalone, spychacze ziemią zajęte. Widzę kogoś znajomego, puste butelki po winie walają się tu i tam, opróżnione do ostatniej kropli. Może wezmę jedną z nich, może się przydać, napełnię, gdy tylko napotkam jakiś hydrant.

Która to godzina, ile jeszcze czasu do zakończenia pracy? Mogłaby już się ta dniówka skończyć. Zbyt gorąco jest, upał. Pić się chce. Operatorzy na spychaczach nie oglądają się do tyłu, prują ziemię przed siebie, na nic nie zważając. Oni pewnie w swych kabinach mają bukłaki z napojami. Lecz trudno do nich się zbliżyć, zbyt ogromny hałas, zbyt dużo ziemi, niebezpiecznie się robi, gdy tak zbliżają się do mnie, a i ja do nich chcę podejść, lecz to jest bardzo trudne, bo wszędzie przeszkody się mnożą, zaczyna coraz bardziej śmierdzieć spalinami, maszyny prężą się i gryzą darń. Nie ma jeszcze śladów zwierząt, tylko drobne kamienie, nasypy, skrzyżowania, spierzchnięte usta, buro.

– Odejdź na bok – usłyszał.

– Czemu?

– Bo nie ma dżemu.

Nic tu po mnie, wziąłem butelkę i dalej przed siebie, w poszukiwaniu czegoś do picia. Ale ze mnie głupiec, przecież skrzynki z wodą mineralną powinny stać w baraku. Rano mieli dostarczyć prosto ze sklepu.

Chłopcy ciągle jeszcze rozgarniają łopatami żwir, chociaż już dawno po fajrancie, ale oni rozpędzeni, że trudno ich zatrzymać, przydałby się gong, dzwonek kończący rundę.

– Ej tam, czas do domu.

– Po co do domu, lepiej na piwo do Staszka Wrzosa.

– Oj, takie zimne, z pianką.

Otworzyłem butelkę z wodą mineralną i wziąłem duży łyk. I dobrze mi się zrobiło, nawet tak bardzo, że koledzy rzucili narzędzia do rowu i poszli do budy się przebrać. Za chwilę udamy się wszyscy do rynku, żeby w barze u Staszka Wrzosa napić się piwa. Tacy zziajani, zdyszani, spoceni, a co, jesteśmy solą tej ziemi, przyzwoici w postępowaniu, prawych charakterów, zdrowych sądów i z poczuciem odpowiedzialności.

Gdy usiedliśmy i syn dekarza zamówił kolejkę, uświadomiłem sobie z całą ostrością, że morderca może być wśród nas, w naszym niewielkim gronie robotników, o których można powiedzieć, że beczkę soli ze sobą zjedli i znają się tak, jak dwie szkapy przy drabiniastym wozie. Jak się musi czuć morderca, kiedy rozmawia z kimś po dokonanej zbrodni? Rozmawia na dodatek o zupełnie innych sprawach. Cały czas jednak pewnie myśli o tym, o tej strasznej rzeczy, a stara się zachowywać najnormalniej w świecie. Cały czas myśli o tym, żeby się czymś nie zdradzić, powinien w takiej sytuacji kontrolować się na każdym kroku.

– Samobójca przeważnie stara się zachowywać najnormalniej w świecie, mój kuzyn się powiesił i nic na to nie wskazywało.

– Nie wyczujesz takiego.

– A ten Pisarz, ten, z bożej łaski poeta, tylko głowa nie ta, to co on robił w tym sklepie z wieńcami? Przecież tam nikogo nie było.

– Kostrzewska pewnie poszła do kibla, to miał dużo czasu, żeby się zabić.

– Mój kuzyn zabił się; siebie zabić to też odwaga, ale przynajmniej do więzienia się nie idzie. Nic na to nie wskazywało, że rano znajdziemy go wiszącego na sznurze. Dzień wcześniej robił to, co zwykle, przecież to, że poszedł do fryzjera, że się ogolił, nie mogło być czymś wyjątkowym, żeby się domyślać…

– Wszyscy to już znamy, słyszeliśmy, napijmy się.

– Tylko, co ten Pisarz robił w kwiaciarni, skąd on się tam wziął, nigdy tam nie chodził, nikt nie widział, żeby jakieś kwiaty kupował.

– I Rozalka tam była… ty, Waldek, też tam byłeś, wiesz coś więcej?

– Podobno dostał w łeb. Mówi się, że nikogo nie można wykluczyć. Każdy mógł znaleźć chwilę czasu, żeby to zrobić. Zresztą mało wiadomo, kto mógł mieć motyw.

– Podobno niedawno ktoś go z Rozalką widział, jak jej nadskakiwał.

– To jakaś tajemnicza historia.

– Ty, Waldek, jesteś blisko z Rozalką.

– Ej tam, zaraz blisko, znamy się.

– Napijmy się, do dna.

Odstawiam kufel i odchodzę od stolika. Dość mam ścierania się różnorakich temperamentów, wykorzystywania pozornej anonimowości do granic absurdu w tyglu inteligencji i głupoty. Zacząłem uporczywie myśleć o Rozalce, czy ona nie ukrywa przede mną zbrodni? Ale po co miałaby go zabijać? Koniecznie trzeba coś postanowić. Już dawno powinienem ułożyć sobie z nią życie. Tylko jak tego dokonać: tyle przeciwności, tyle przeszkód, teraz jeszcze ta śmierć artysty. Nie powinniśmy się w nieskończoność ukrywać, bo przed kim? Olać gromadę. Naprawdę zaczynam zauważać u siebie dziwne lęki. To straszne, bo raczej bywam żywiołowy z mnóstwem pomysłów. Teraz nie chce mi się nawet rozmawiać, bo po co? I tak nikt nie powie mi już nic nowego. Stale te same mantry, słowa i przemyślenia; żadnych nowości, zmian na lepsze. Dzwonki, dzwoneczki. Olać to. Czasami, gdy jadę autobusem, wyobrażam sobie siebie samego, jak biorę do ręki karabin maszynowy, staję w otwartych drzwiach pojazdu i pruję serią po przechodniach, którzy rozpierzchają się na wszystkie strony. Albo jak idę pustą, w miarę ciemną ulicą i ktoś zbliża się z naprzeciwka, wyobrażam sobie, że biorę coś ciężkiego do ręki i rąbię w łeb tego kogoś, kto niczego się nie spodziewa, a potem spokojnie idę dalej. Reszta to filmy dla dorosłych, głupie dziewczynki brane siłą na podłogach zaśnieżonych moteli. Posiniałe dziewczynki w przedziałach pociągów, bezpłodne zwierzęta w sezonie głodu. Kilka ulic, adresów, otwieranych drzwi.

Mijając kwiaciarnię, zapytałem Kostrzewską, dlaczego tak późno wraca z pracy.

– A bo byli z komendy i coś tam jeszcze sprawdzali względem tego nieboraka, co go znalazłam wśród kwiatów.

– Prasa ciągle o tym donosi.

– No sławny zaczął się robić, w Warszawie o nim dobrze mówiono. A to taki dziad, poeta tylko głowa nie ta – co nie, panie Waldemarze?

– Niedługo cieszył się sukcesem!

Czyżby śmierć Pisarza była dziełem sztuki? Słowa kwiaciarki nabrały teraz innego znaczenia. A może tylko ja tak o tym myślę.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.