09/2018

Tadeusz Stefańczyk

Wyjazdy − powroty

Nie od dziś wiadomo, że polska ziemia jest najpiękniejsza, a jej sercem – może nawet świata całego – Mazowsze, którego wciąż nie mógł się nachwalić ów czuły „złotniczeńko” Pawlikowskiej‑Jasnorzewskiej, Teofil Lenartowicz…


Oj, śliczna to ziemia, to nasze Mazowsze!

I czystsza tam woda, i powietrze zdrowsze –

I sosny roślejsze, i dziewki kraśniejsze,

I ludzie mocniejsi, i niebo jaśniejsze.


Ba, gdybyż tylko sosny, a tu i wierzby, i sławny w całym świecie fortepianista Szopen pod wierzbą (jak w Łazienkach Królewskich), i droga z klawiszy pod wierzbami, jak na słynnym plakacie do V Konkursu Chopinowskiego w wykonaniu Tadeusza Trepkowskiego. Brakuje tu tylko zdrowej i kraśnej „Laszki synowej” pod studnią z żurawiem – i byłaby narodowa cepelia. Oczywiście przydałby się ułan, przy szabli i w czako z kutasami, ale z ułanami różnie bywało; to pojawiali się, to znikali jak niepyszni, w zależności od koniunktury politycznej i zapotrzebowania na „chłopców malowanych” z „dupami jak z mosiądza”. Tak czy inaczej przewaga ziemi ojczystej nad każdą inną ziemią, każdym – obcym – zakątkiem zyskała w bohaterskim okresie naszej historii, za sprawą deprywacji, pozbawienia i wykorzenienia, mocą tęsknoty wygnańców status i charakter dogmatu. Romantyzm zbudował kanon odczuwania polskiego; wyłamanie się z niego, mniej czy bardziej buńczuczne, stawało się odstępstwem, bluźnierstwem i groziło anatemą. Ale nie trzeba było naszych straszyć, skoro Mickiewiczowską i Norwidową nostalgię, by się do niej ograniczyć, nosili w duszy, modlili się Inwokacją i litanią „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba…”, a przy każdym przymusowym kontakcie z obczyzną piękność polska wybuchała z zawrotną, nieprzymuszoną i naturalną siłą wściekłej nostalgii…

Ja nie chcę Palestyny,

Syrii, Iraku, Egiptu,

od cyprysów wolę kaliny,

wolę brzozę niż eukaliptus.

Sosny tutejsze – nie te,

kwiaty tutejsze – nie tamte,

innego przyślijcie poetę,

żeby się cieszył Lewantem.


Ten, który parę lat wcześniej wystylizowany na Majakowskiego i wzmocniony Wandurskim w gniewnych słowach byłego, rozczarowanego do Systemu legionisty chciał burzyć niesprawiedliwy porządek społeczny, „w jerozolimskim zaułku” łowi chciwie uchem i sercem mazurek Szopena – esencję polskości, a pod Ścianą Płaczu przeżywa powalające ataki nostalgii i rozpaczy. Choć w 1945 roku przybędzie do Kraju nie z tej strony i nie z tej armii, zawsze lewicowy z ducha Broniewski szybko się uwiarygodni: przypomni nowym władcom lekturę broszur Lenina „na taborach radzieckich w dziewiętnastym, dwudziestym” i zamaszyście pokłoni się „rosyjskiej rewolucji i radzieckiej sprawie czapką do ziemi, po polsku”. A gdy jeszcze uczci, wyjątkowo udanym wierszem, pięćdziesięciu komunistów powieszonych na obrzeżu Warszawy w październiku 1942 roku i wykupi się poematami o generale Karolu Świerczewskim i generalissimusie Stalinie, uznany za swojego, ba, za towarzysza, którym nigdy nie był, będzie już mógł spokojnie opiewać pejzaż ojczysty, pisać rzewne poematy o rodzinnym Mazowszu i domowej rzece Wiśle. W jej topieli pogrąży ostatecznie jak Światowida dawne męki, tęsknoty i gorzkie żale, utopi tamte cedry libańskie, oliwki, cyprysy i eukaliptus – drzewo rozpaczające z Middle Eastu. Powróci do swoich drzew, widoków pierwszych, archetypicznych, do zapachów i smaków płockiego dzieciństwa. Ten, jak Szopen, „Ślepy Mazur”, często pół alkoholicznie, pół malarycznie bredząc, ględząc i bajdurząc, bywa, że co rusz trafia na piękną łachę złotego wiślanego piasku…

Czuję zapach lip i zapach wody wiślanej,

nigdy już nie będę młody,

ażeby płynąć w nieznane.

[…]

Pójdę nad rzeczkę, pójdę do lasku

w pszczelim brzęku…

Chciałbym te wiersze pisać na piasku

bez męki, miękko.


I pisał pan kapitan rezerwy miękko, starając się nie musztrować słów, nie stawiać ich na baczność, w najwyższej gotowości (jak to mu się drzewiej zdarzało w epoce ostrej konkurencji skamandrytów, gdy sekretarzował w „Wiadomościach Literackich” Grydza). Przestał już kojarzyć pieśń z troską i nie sięgał po najwyższe tony, po krzyk ostateczny. Raczej melancholijnie i czule przysłuchiwał się światu po burzy i uciekał w dzieciństwo…

Na Wiśle

oryle

śpiewają.

Piękna jest pieśń na Wiśle.

W Polskiej Kępie są śliwki-węgierki,

w Cieślach las, a w nim – maliny.

Szedłem do tego lasu

– maleńki –

po skarby

i znalazłem je,

i zgubiłem.

Skarbie mojego dzieciństwa,

daj się odnaleźć.

[…]

Kiedy umrę,

utopcie mnie w Wiśle,

jak Światowida,

zapomnijcie o mnie,

jak o Światowidzie.


Broniewski, którego nałogowy alkoholizm był w pewnym sensie na rękę nowej władzy, bo temperował jego nieokiełzany temperament i niszczył wolną wolę, dobrze przysłużył się Polsce Ludowej, realizując – z sercem – jej zasadniczy aksjomat: miejsce Polaka jest w kraju, a podstawowym, patriotycznym zadaniem odbudowa gniazda z wojennych zniszczeń. Wystarczy sięgnąć po słynny, rozpędzony i kipiący robotą Most Poniatowskiego (Nadzieja, 1951) lub, co ciekawsze, po pierwszy tren Trumna jesionowa z tragicznego tomu Anka (1956). A tam ideologia, świecka gorąca wiara, staje się tarczą, zaporą, ratunkiem przed jakże ludzką rozpaczą po stracie dziecka:

Była jesienna Kielecczyzna

i w stu wrześniowych barwach Ojców…

Córeczko miła, cóż ci wyznać? –

że źle, że bardzo źle dziś ojcu,

Ale nie poddam się, nie poddam

i będę kroczył w dal za dalą,

i ciężar pieśni ludziom oddam,

co na budowach światła palą.


Po 1989 roku różnie można patrzeć na takie deklaracje, widząc w Broniewskim już to pijane dziecko we mgle epoki, już to pożytecznego idiotę czy kopalnego gada. Ale zawirowania ideowe jak zawsze przeminą, trybut płacony epoce straci wartość – pozostanie liryka. Przy całym dramatyzmie wewnętrznym i rozedrganiu, przy całej szorstkości i dosadności wojaka – prosta, czuła, serdeczna…

Spójrz, rozchodnik i macierzanka

biegną – kto szybciej? –

aby pachnieć nam na przystankach

szczęściem i lipcem.

Wychyleni, jak z troski w radość,

z okna pociągu,

na to szczęście nie mamy rady:

w siebie nas wciąga.

[…]

Cisza w sercu. Jakże ją łatwo

spłoszyć lub zatruć.

Weź tę chwilę w dłonie, jak światło,

osłoń od wiatru.


*
Emigranci-wygnańcy, z dziewiętnastowiecznymi na czele, niebotycznie podnieśli cenę ojczyzny. A przecież poznali zimny urok Peters­burga, skarby Rzymu i Paryża, alpejskie kolosy odbite w wielkiej i czystej wodzie Lemanu, a przecież zdeptali lodowce i przełęcze, jak parę lat wcześniej w 1825 roku wspięli się na „maszty krymskiego statku” (Czatyrdah i Ajudah) i dostąpili czarodziejskiej łaski Orientu. Ale „wschodnia odaliska” podaruje wszystkie rozkosze – w błysku pierwszych doznań – naiwnym i trochę nieodpowiedzialnym młodzieńcom. Powtórka z Krymu po trzydziestu latach okaże się dla Proroka i Wieszcza, którego serce po drodze z lekka skostniało, a włos posiwiał, przygodą tragiczną, śmiertelną. Cud, z samej natury cudu, jest czymś irracjonalnym, nieprzewidywalnym i niezaplanowanym. I zdarza się raz. Dodajmy na marginesie, że równie niełaskawą okaże się ta kraina dla obu Romanowów: Aleksandra I, który jesienią 1825 roku nie dojedzie do Krymu i śmiertelnie utknie w Taganrogu nad Morzem Azowskim, i jego młodszego brata Mikołaja I, który w marcu 1855 roku zakończy życie podczas przewlekłej, krwawej i wyczerpującej wojny krymskiej 1853–1856.

Poza młodym, „żyjącym jak basza” Mickiewiczem na Krymie i kosmopolitą-globtroterem Krasińskim, sławiącym w Przedświcie – ostro kraszone miłością do Delfiny Potockiej – Lago di Como w granitowym wieńcu śnieżnych Alp, jeden Słowacki, twórca poematów W Szwajcarii, Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, Ojca zadżumionych, Anhellego, potrafił naprawdę uszczknąć coś z rzeczywistych i, by tak rzec, lokalnych, przyrodzonych, specyficznych uroków świata, bez każdorazowego odnoszenia ich do tego, co nasze, bliższe i lepsze, w czym podobno wyspecjalizował się towarzysz Mickiewicza, Antoni Edward Odyniec. Temu nie imponowały Alpy, skoro poznał Górę Bekieszowa w Wilnie, ani mediolańska katedra, gdy się miało na miejscu swoją świętą Annę. Sławne kotlety alla milanese co najwyżej mogą przywołać wspomnienie wybornych „kotletów Foka z Pohulanki”, a włoskim gruszkom za dziesięć soldów daleko do naszych winiówek i sapieżanek, „zwłaszcza na Zapolu”. Florencja – na szczęście dla niej – leży w kotlinie jak Wilno, a rzeka Arno do złudzenia „przypomina Wilię”. Lasy koło Darmstadt owszem, owszem, „ale gdzie im do naszych”… Ta obsesyjna „odyniecczyzna”, kurczliwa, zaściankowa, mała i śmieszna sama w sobie, przyda się Mickiewiczowi już za lat parę do krzepienia serc rodaczych i cementowania zmaltretowanej klęską, wycieńczonej zajadłymi sporami emigracji paryskiej. Bo gdzie i w czym szukać ratunku, wytchnienia, wyciszenia i pociechy pośród tych, którzy bezrozumnie „plwają na siebie i żrą jedni drugich”, jeśli nie w czymś pięknym, czystym i jednoczącym, w czymś nadrzędnym, w czym mogłaby się zejść i od-poznać chora Zbiorowość. I Mickiewicz, początkowo bez świadomości, że tworzy oto naczelny poemat narodowy, epopeję, potem coraz bardziej świadomy miejsca i roli dzieła w życiu Wspólnoty, składa na ołtarzu trudnej miłości swój święty, nienaruszalny poetycki preparat…

Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,

W całej przeszłości i w całej przyszłości

Jedna już tylko jest kraina taka,

W której jest trochę szczęścia dla Polaka,

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie

Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,

Nie zaburzony błędów przypomnieniem,

Nie podkopany nadziei złudzeniem,

Ani zmieniony wypadków strumieniem.


„Exulowie wszystkich czasów” – jak powiada Herbert w wierszu Dlaczego klasycy – a więc ci wszyscy, którzy naprawdę poznali „cenę wygnania”, dostali oto swój talizman i swój wiatyk. Ci, którym się lepiej ułożyło i poszczęściło – zew nostalgii i przykazanie powrotu. Cały dobrze nam znany PRL, jak pliszka chwaląca swoją końcówkę, zasadzał się na przypisaniu do ziemi i lokalnym patriotyzmie. Dumny z trzymania ludzi w kupie i na miejscu, uprawiający z lepszym czy gorszym skutkiem „politykę paszportową” i propagandę sukcesu, był Frontem Jedności Narodu w jego etnicznych, pilnie strzeżonych granicach. PRL z siedzenia na kuprze i klepania bidy na miejscu, z absolutnej oczywistości powrotu do ojczystego domu (jeśli już wyjechałeś na wczasy do Mamai lub Złotych Piasków, na Kaukaz lub na Krym) uczyni kategoryczny imperatyw i cnotę narodową. Jeśli przyprawić ją nienajgorszą liryką (Janusza Kondratowicza), odwołującą się do powszechnie znanych toposów i liczmanów, ozdobić nośną muzyką (Piotra Figla), powierzyć znanej i lubianej solistce (Irenie Santor), a następnie rzucić festiwalowej publiczności, głodnej zbiorowego bujania się, sukces – w każdym sensie – na lata zapewniony…

Powrócisz tu, gdzie nadwiślański brzeg,

Powrócisz tu zza siedmiu gór i rzek,

Powrócisz tu, gdzie płonie słońcem wrzos i głóg,

Gdzie cienie brzóz, piach mazowieckich dróg.


Gdy wszystko takie śliczne i swojskie, takie cacy, gdy wszystko składa się tak pięknie, że wszyscy zadowoleni, nawet portfele, bywa, że zakrada się, odzywa przekora. I przypomina się, tak jakoś na opak – czyżby z bezrozumnej młodzieńczej przewrotności staruszków – piękny i dziwny wiersz poety z Bożej łaski, dyplomaty i podróżnika, przyjaciela Anny i Jarosława, bywalca „Aidy” i Stawiska, Stanisława Balińskiego (1898–1984). Tęskniącego, widać równie gorąco, a jakby w mniej ograny sposób, za swoim Południem i Wschodem…

Powrócisz do Isfahanu,

jak wraca pasterz do dolin:

Aleją białych platanów,

brzękiem wieczornych mandolin,

Dzwonkami wiernych wielbłądów,

idących z dalekich krajów,

Szumem pienistych strumieni,

milczeniem Ogrodu Rajów,

Zapachem róży wonniejszej

od wszystkich kwiatów Gilanu,

I srebrnym cieniem wieczoru,

– powrócisz do Isfahanu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.