02/2020

Magdalena Boczkowska

Z Kresów na Ziemie Odzyskane

Rzadko się zdarza, żeby tak zwane blurby i rekomendacje książek zamieszczone na okładkach były aż tak trafne. Tymczasem najnowszą powieść Huberta Klimko-Dobrzanieckiego – pisarza znanego już z takich książek, jak choćby Dom Róży. Krýsuvík, Stacja Bielawa Zachodnia czy Pornogarmażeria – zatytułowaną Złodzieje bzu poleca Wojciech Smarzowski, twierdząc: „Ja się w tej powieści odnalazłem idealnie, bo to świat z mojej głowy i z moich filmów”. I rzeczywiście, najnowsza proza autora Wariata ma coś z filmów reżysera Róży czy Wołynia. Sam pisarz mówił zresztą przed laty w wywiadach, że chciałby, by lektura jego książek była niczym „czytanie filmu”.

Pisząc o twórczości Klimko-Dobrzanieckiego, Agnieszka Nęcka powiadała niegdyś, że jego proza zdeterminowana była „nade wszystko przez trzy żywioły: poszukiwanie wolności, potrzebę odnalezienia swojego miejsca w świecie oraz śledzenie skłonności marzycielskich, które sprawiają, że człowiek zachowuje się irracjonalnie”. Złodzieje bzu również łączą w sobie te trzy żywioły, ale w zupełnie inny sposób, na dodatek dorzucając jeszcze nostalgiczną siłę pamięci za utraconym rajem dzieciństwa, traumę tragicznej historii i pięćdziesiąt lat losów Polski – od lat trzydziestych do początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Omawiana proza jest wyśmienitą opowieścią o przeszłości, jej penetrowaniu, ale także (właśnie!) o szukaniu swojego miejsca w świecie, o formowaniu osobowości, potwierdzaniu własnej tożsamości. Opowieść o kresach wschodnich i zachodnich, o życiu w tyglach kultur, w czasie względnego spokoju, ale i w czasie wojny, a w końcu i w latach komuny i pierwszych przemian ustrojowych przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To, by tak rzec, proza życia zwykłego człowieka, człowieka pochodzącego ze świata, którego już nie ma (powieść podzielona jest zresztą na trzy części o jakże znaczących tytułach: Tamten świat, Ten świat oraz Świat zły).

Bohater, i zarazem narrator, to Antek Barycki, urodzony na Kresach Wschodnich, w małej miejscowości niedaleko Lwowa, a dokładnie pół dnia piechotą od Lwowa. Antek ma matkę, ojca, który „o dwie głowy był wyższy od mamy. Topola i jabłonka”, i liczne rodzeństwo. Jego oczami oglądamy świat najbliższej okolicy, pełen szczegółów zauważanych tylko przez dziecko. Antek rozumuje po swojemu i po swojemu wyjaśnia ten świat czytelnikom, robi to zresztą w sposób dość specyficzny, proza naśladuje bowiem wschodni zaśpiew i specyfikę konstrukcji zdań, język jest niezwykle barwny i plastyczny, gawędziarski. Ewoluuje zresztą w późniejszej części powieści, gdy chłopak dojrzewa, kształci się, nabiera większej ogłady.

Warto przytoczyć fragment takiej opowieści Antka: „Więc mama moja, nazywana przez mnie jabłonką, co roku nie rodziła. Kiedy mnie na świat wydała, odstęp trzy lata wyniósł. Potem urodził się mój brat Stanisław, Stanikiem zwany. Dobry to był chłopak, choć kury gonił i przez niego, od tego gonienia, część z nich przestała się nieść. Z kur, które się nie niosą, wielkiego pożytku nie ma. Te, które przemóc się nie chciały, na rosół i pierze szły. A tatko z mamą kaczki jeszcze kupili, więc Stanik przestał kury, a zaczął kaczki gonić. One mniej nerwowymi ptakami są, wolniej od kur biegają, choć do lotu się rwą, nie wiadomo czemu…

Dwa lata po Staniku mama naszą pierwszą siostrę urodziła. Helenka jej dali na chrzcie świętym. Mama była bardzo szczęśliwa, bo oprócz kobyły, kilku kur i kilku kaczek, elementu żeńskiego u nas brakowało. Helenka pięknie się śmiała. Od samego urodzenia śmiała się i śmiała. Po latach, kiedy rozmawiałem z tatką, a do śmiechu przecież nam wcale wtedy nie było, tatko powiedział, że Helenka wyśmiała cały śmiech, jaki był, więc dla nas i dla innych zabrakło.

Gdy Helenka miała dwa latka, tatko uczynił mamę brzemienną na nowo, choć tatko zawsze tłumaczył, że on jest tylko narzędziem w rękach Pana Boga i mama też takim narzędziem jest, choć jej ciężej, bo miesiące musi z brzuchem chodzić, a potem rodzić w bólach. I urodził się mój drugi brat, Maciej. Maciej spokojny był. Za muchami tylko oczyma wodził. Żabę przypominał. Oczy wyłupiaste miał. Gdyby językiem dłuższym Pan Bóg go obdarzył, to jak żaba zawinąłby nim i muchę mógłby pochwycić. Much latem przybywało, Maciej oczami swoimi błękitnymi za nimi spoglądał tak, jakby sam chciał być muchą, jakby im zazdrościł skrzydeł, brzęczenia, latania. A przecież muchy do gówna ciągnie. Na przykład do takiego Wiednia, który według księdza naszego dobrodzieja gównem był, a według innych, naszą byłą stolicą”.

Złodziejach bzu znajdziemy więc około pięćdziesięcioletnią historię Antka. Z jego perspektywy poznajemy nie tylko członków rodziny, lecz także sąsiadów – ukraińską rodzinę nazywaną od seniora rodu Andrijowymi oraz najbliższe otoczenie, a jest to galeria niezwykle wyrazistych, barwnych postaci, o których mówi się czasem z ironią, nieco czarnym humorem, jak na przykład o „księdzu naszym dobrodzieju Wiertniku Bogumile”. Dzieciństwo Antka przebiega w miarę beztrosko pod czujnym okiem matki i ojca. Zabawy z rodzeństwem, kradzieże gałązek bzu, nauki u księdza, wolność, swoboda, radość, powolne dojrzewanie, zainteresowanie płcią przeciwną objawiające się „twardnieniem mięsa męskiego”. Ale historia przed wielkie H puka do drzwi i beztroskie dzieciństwo szybko się kończy – „świat stanął na krawędzi”. Konflikt sąsiedzki, polsko-ukraiński, też jest rozpisany na głos dziecka, początkowo dotyczy tylko wielkiego bzu, który u sąsiadów jest jakiś taki ładniejszy, większy, bardziej pachnący. Wiadomo, że za płotem u sąsiadów trawa jest zawsze bardziej zielona. „Bez był dobry na wszystko. Dobry na zabawę. Dobry na zazdrość. Dobry na zdrowie”. I w oczach dziecka na bzie kłótnie się kończą. Ale wojna zmieniła wszystko. Wojna. Szerzący się nacjonalizm. I rzeź polskiej ludności. „Na wygraną Niemców przestało się zanosić. Za to Ukraińcy panoszyć się zaczęli na całego. Andrijowi rozum odebrało. Wygadywał do ojca różne głupoty. A to, że my okupantami zawsze byliśmy, a to, że my, Polacy, na ziemi świętej Rusi żyjemy”. W końcu Antek zostaje sam z ojcem, musi błyskawicznie dojrzeć i musi na nowo znaleźć swoje miejsce w świecie. Z Tamtego świata zostaje mu tylko nienawiść do Ukraińców jako oprawców matki i rodzeństwa, niewiara w Boga i zamiłowanie do liczb – liczyć zawsze lubił i był w tym bardzo dobry. Baryccy, ojciec z synem, jak wielu im podobnych w tamtych czasach, trafiają gdzieś na Dolny Śląsk, na tak zwane Ziemie Odzyskane, przejmując poniemiecką chałupę z jak najbardziej niemiecką właścicielką Sabiną, która ostatecznie po latach stanie się macochą Antka. Chłopak musi się odnaleźć w Tym świecie. Dzięki szczęśliwym splotom okoliczności i wrodzonemu talentowi matematycznemu kończy szkołę, idzie na studia i szybko zdobywa pracę księgowego. Awansuje społecznie i zawodowo. Mimo że jego losy są ściśle powiązane z polską historią, jest jednak zawsze gdzieś obok niej. Nie chce się angażować, trudno mu podjąć jakąkolwiek decyzję. Nie wierzy w Boga, ale i nie chce się zapisać do partii. Zawsze jest pomiędzy, zawsze zostawia sobie jakąś furtkę – kiedy trzeba zostaje chrzestnym córki szefa, kiedy trzeba wierzy w obietnice Gierka, że Polska „drugą Japonią będzie”, a jeszcze kiedy indziej zapuszcza wąsy à la Wałęsa. Można nazwać to konformizmem, wygodą, asekuracją, a można i zastanawiać się, czy ktoś, kto przeżył to co on, nie zachowywałby się podobnie? Czy nie była to postawa całego pokolenia „peerelowskich inteligentów”, wychodzących z założenia, że do konieczności historycznej trzeba się dostosować bez słowa sprzeciwu? Barycki jest przy tym, niczym bohaterowie Hrabala, uroczo amoralny. Antek ma zatem bardzo pragmatyczne podejście do życia, chce po prostu przetrwać. Zakorzenić się w nowym miejscu, chociaż nieustannie powraca do „tamtego świata”, do swojej małej ojczyzny. Zwłaszcza gdy pojawia się nowy sąsiad, Ukrainiec. Pragnienie zemsty, wiecznej rywalizacji, jest niezwykle silne, Antek znajduje więc sposób jak „pokonać wroga”.

Lata mijają, Polska się zmienia, a nasz bohater ma w końcu pieniądze i pozycję – „wszyscy się ze mną liczyli. Wszyscy mi się kłaniali”, mówi. Z wiejskiego prostaczka stał się inteligentem, stał się kimś. I tylko nowy krzew bzu, przez który stary Barycki wybrał właśnie to poniemieckie gospodarstwo wśród tylu innych, w Tym świecie, usechł.

Złodzieje bzu to, pomimo przywołania trudnej i tragicznej historii, powieść łącząca w duchu hrabalowskim powagę z groteską, a nawet momentami prześmiewczą satyrą. Powieść bawi i wzrusza jednocześnie, śmieszy i wywołuje irytację, ale też zmusza do refleksji. Dobrym przykładem jest między innymi opowieść o stworzeniu świata, historia fryzjera, który chce umrzeć koniecznie w marcu, czy kilkuletnie planowanie przez Leona Baryckiego własnego nagrobka w kształcie barki ze skrzydłami, dzięki czemu żyje znacznie dłużej.

Złodzieje bzu to zatem „proza życiowego konkretu i ulotnej poezji”, tak bowiem, bodaj najlepiej, scharakteryzował twórczość Klimko‑Dobrzanieckiego Robert Ostaszewski po nominacji autora do Paszportu „Polityki” w 2007 roku.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Złodzieje bzu.
Wydawnictwo Noir sur Blanc,
Warszawa 2019, s. 232.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.