04/2018

Kamila Czaja

Zakałapućkany

W debiutanckich, choć zawierających teksty powstające w ciągu paru lat, Mikrotykach Paweł Sołtys sam zdradza swoje literackie fascynacje. Pojawiają się Andriej Płatonow, Bohumil Hrabal i Nikołaj Leskow, a recenzenci chętnie przypisują autorowi także wpływ Marka Nowakowskiego. Jednak Sołtysowi, co w przypadku pierwszej książki tym bardziej imponujące, udaje się zaznaczyć własny styl. Klimat częściowo znamy już wprawdzie z jego piosenek, wykonywanych pod pseudonimem Pablopavo, ale w zebranych w Mikrotykach opowiadaniach literacki talent zostaje pogłębiony, bardziej skondensowany.

Po przestrzeniach barów, bocznych uliczek, mrocznych mieszkań snują się w tych przemyślanych małych prozach żywi (chociaż trochę nie do życia) i umarli. Sołtys bez dydaktyzmu staje po stronie niestygmatyzowania. Pisze: „Znałem faceta, który nie wychodził z domu, i gadałem z nim przez drzwi. […] Na tych drzwiach dzieciaki napisały mu: «Wariat». A to nie był wariat, tylko nie wychodził”. A opowiadanie Lena konsekwentnie zaciera granice między normalnością a „nienormalnością”. Autor Mikrotyków pokazuje, że wiele zależy od nastawienia; to w oku patrzącego jest ocena – zarówno kiedy chodzi o ludzi, jak i w przypadku miejsc: „Zresztą dokładnie nie widać, ulica jest szeroka na sześć samochodów albo dwa czołgi, to oczywiście zależy”.

Nawet śmierć okazuje się czymś względnym. W tomie Sołtysa umiera się na potęgę. Rodzina, przyjaciele, a nawet kot i rybka. Opowiadanie Listy, dotyczące czytanej korespondencji przodków, puentuje stwierdzenie: „Też już umarł”, ale równocześnie zmarli wydają się wciąż bliscy, obecni. Pozostaje jednak pytanie, jak ich „pochwycić”, jak opisać: „Jacy powinni być niedowidzialni? Wujek gruby przedśmiertnie czy sprężysty z młodości, dziadek Witold odwrotnie – chudy jak w ostatnim swoim roku życia czy gruby ze wspomnień dziecka, brzuch, do którego tuli się dziecięca głowa, jest od niej trzy razy większy? I Albina. Młoda, jeszcze elegantka czy przestraszona staruszka, której myśli zaplątały się w suchy, kruchy węzeł”.

Świat Mikrotyków jest więc dość ponury. „Pewne sprawy cichną i zamierają, stają się smooth­jazzowymi coverami, elegancką parszywką” – czytamy na temat dobiegającej smutnego finału historii miłosnej (Skazka). Bohater Ćwierci śmieje się z siebie dawnego, „bo to prostsze niż drwienie z siebie tu i teraz”. Teraźniejszość boli, ale i przebłysk przyszłości uderza „niczym kantem dłoni w grdykę” (Deszcz). To świat ludzi, którzy się rozpadają – jak spotkany w sklepie alkoholik: „Ja widziałem, widziałem dokładnie, że jego wątroba, serce i nerki rozpadły się i wyglądają jak mrożone kostki marchewki, gdy rozerwie się torba, a ty stoisz nad tą nagłą kupką na podłodze i mówisz: kurwa” (Hrabal). Życie jawi się jako ciąg krzywd, które gromadzi się „w cichym schowku na późniejsze nerwice” (Leskow); jako katalog kolejnych odejść. Aż w końcu wszyscy kończą „na kozetce” lub martwi, nie doczekawszy się pointy: „Nie ma żadnej pointy, było – minęło. Knajpę zburzono, jeden z nas umarł, reszta ma dzieci albo terapeutę”.

Na szczęście Sołtys nie byłby sobą, znanym już ze swoich ironicznych piosenek, gdyby nie doprawił tej ponurej rzeczywistości humorem. Kolonijne wspomnienie: „Ktoś się zaśmiał głośno, a Gruby z najstarszej grupy, któremu najczęściej zakładałem siatki na boisku, krzyknął: – Te, absztyfikant!” rozbraja refleksja: „Widocznie dużo rozmawiał ze swoją babcią” (Leskow), a Mareczek (Maciej i Mareczek) zostaje kopnięty „jakieś sześćdziesiąt centymetrów nad kolanami, w środek, że tak powiem, mężczyzny”.

Tym, co dodatkowo budzi podziw, jest stworzenie w Mikrotykach świata może i pod wieloma względami upadłego, ale wciąż świadomego dobra i zła. O tytułowym bohaterze opowiadania Profesor Kruk czytamy: „Powinny się takich facetów rodzić setki, ale wiadomo, rodzą się przeważanie samolubne sukinsyny”. Wizja życia proponowana przez Sołtysa jest może kaleka, ludzie w niej wydają się poranieni i rozczarowani, ale moralne zasady, niczym w miejskim westernie, wciąż stanowią punkt odniesienia. Wiele tu godności wbrew wszystkiemu: „– Gronkowiec – mruczał zadowolony z siebie, jakby mówił «gronostaj» i miał na sobie królewski płaszcz, a nie ten szary strzęp, który nazywał kurtką”. Bohaterowie tej prozy są na swój sposób heroiczni, a przy tym natychmiastowo bliscy czytelnikowi. Autor na kilku stronach potrafi zarysować postacie, którym się kibicuje i z którymi cierpi, jeżeli finał nie wypada po ich myśli.

Sołtys w trafnym i empatycznym portretowaniu ludzi i miejsc nie zapomina, że to wszystko jest zaledwie (lub: aż) napisane. Jeśli do czegoś można mieć przy Mikrotykach zastrzeżenia, to właśnie do nadmiernego podkreślania tej tekstowości. Czasem wstawki meta- udają się świetnie, nie wybijając odbiorcy z lektury, lecz ją pogłębiając – w Patelni czytamy: „Idę i rymują mi się te domy i ogródki. Niedokładnie, ale się rymują”, a Ballada grubego poety w marynarce zawiera literackie zalecenia w pigułce: „Jeździć na czasownikach, przymiotnikami zalepiając dziury, ale tak, żeby prześwitywało, żeby złe oko mogło mrugnąć”. Trochę tego jednak za dużo, a część fraz brzmi nieco infantylnie na tle tak dojrzałego zbioru: „Gdybym zmyślał tę historię, dorzuciłbym do porośniętego murku chudego kota patrzącego nieufnie. Chude koty zawsze pasują. Ale kota nie ma” (Patelnia), „Mieścimy się bez problemu, wszak jesteśmy tylko spojrzeniem czytelnika. Albo jeszcze szczuplej: jego myślą” (Lena).

To jednak niewielkie zgrzyty, a poza tym w opowiadaniach Sołtysa jedyne zastrzeżenie budzi fakt, że chciałoby się ich przeczytać więcej. Nacisk na pisanie o tym, co było, można wytłumaczyć diagnozą z tekstu Ćwierć: „Tylko wspomnienia są odpowiednio gęste, mazoliste, przedziera się przez nie człowiek jak przez błoto, przez ciężkie brązy i szarości”. Ta proza też jest „odpowiednio gęsta” i miewa ponure barwy, jednak nie brudzi jak błoto, lecz w tajemniczy sposób oczyszcza, przypomina, która strona jest właściwa, i delikatnie nakłania, by pomyśleć o zmarłych bliskich.

Wiele w tej recenzji cytatów, ale Mikrotyki to jedna z tych książek, które bardzo dużo tracą na parafrazie; przytoczone dosłownie fragmenty najlepiej pozwolą docenić stylowość tomu. Ze skondensowaną fazą i umiejętnością przekonującego zapisania lekkich odchyleń od codzienności (czy może: zapisania codzienności tak, że dopiero wtedy ujawnia ona odchylenia) Sołtys świetnie wpisuje się w ostatnią modę na krótkie formy. Ale trzeba mieć nadzieję, że to nie jednorazowy, pasujący do literackiej koniunktury zbiór. Te opowiadania bronią się same, bez mód i bez odcinania kuponów od muzycznej popularności autora. W pełni zasłużenie, bo to nie tylko jeden z najmocniejszych zeszłorocznych debiutów, ale po prostu jedna z najlepszych polskich książek 2017 roku. „A ja znowu się zakałapućkałem w patrzeniu. «Zakałapućkać» to z gwary mazowieckiej chyba, tak mówiła babcia Zosia […]” – tłumaczy obserwator z tekstu Spacer. Trzeba nam więcej takich zakałapućkanych.

Paweł Sołtys: Mikrotyki.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2017, s. 144.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.