03/2021

Józef Duriasz

Zasługa

Między zamknięciem a otwarciem drzwi

co się stało

tyle zim, tyle jesieni odleciało…

Dźwięcznym, młodzieńczym głosem jesienią 1961 roku zaczynałem wiersz Tadeusza Różewicza na małej scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie, kiedy kolega Witold Skaruch, grający w prapremierze Kartoteki, przeniósł się do innego teatru. Powierzono mi zastępstwo w roli Starca I. Reżyserka Wanda Laskowska, która chyba była z Różewiczem „na ty”, postanowiła, aby wiersz stał się prologiem spektaklu. Wygłaszał go właśnie Starzec I. Różewicza zobaczyłem dopiero rok później, kiedy przyjechał z Gliwic do Teatru Dramatycznego na próbę czytaną Grupy Laokoona – też przez Wandę Laskowską zaproszony. Obdarzony kompleksem za wysokiego wzrostu nauczyłem się nigdy nie zwracać uwagi na wzrost ludzi, którzy budzili we mnie respekt, których podziwiałem. Wszedł poeta dokładnie taki jak zwyczajny zmęczony człowiek, który dopiero co wysiadł z pociągu. Jego buty tylko różniły się nieco od naszych, najczęściej używanych, bo były takie trochę niedzisiejsze – trzewiki sznurowane. I jeszcze z tego spotkania zapamiętałem słowa, których nikt wobec nas wtedy nie używał – kiedy Wanda Laskowska zapytała go o ustawienie jakiejś sytuacji czy też wagę wypowiadanej kwestii, Różewicz odpowiedział: „To już jak aktorowie uważają”. Wydawał się skromnym, cichym, pokornym i może trochę tutaj przypadkowym w teatrze, mającym swoją siedzibę w Pałacu Kultury i Nauki jeszcze tak niedawno im. Józefa Stalina.

Stypendysta, mieszkający w akademiku, nie miałem zbyt wielu pieniędzy na kupowanie książek. Tomiki poezji Różewicza w kartonowych okładkach nie były drogie, ale nie tylko dlatego je miałem obok Wikliny Staffa, tak porażonego młodością słowa swojego wielbiciela, że zdążył jeszcze napisać: „Budowałem na piasku…”, „Dotrzeć za życia cenę ostatkiem sił…” i parę innych, które bez lektury Różewicza nigdy by nie powstały.

I odtąd, od pierwszego spotkania ze słowem Różewiczowskim prostym, nieposzukującym dźwiękonaśladowczego wywoływania nastrojów i wzruszeń, Różewicz stanie się dla mnie, a i po późniejszym poznaniu Czesława Miłosza, nieważne którym, ale zawsze tym z Najważniejszych.

I dopiero po siedemnastu latach znowu na scenie ze słowami Różewicza. To Teatr na Woli otwarty i kierowany przez jednego z najznakomitszych aktorów, których Polska kiedykolwiek miała – Tadeusza Łomnickiego – rektora teatralnej uczelni i członka władz rządzącej partii PZPR. Do piachu to rozliczenie byłego partyzanta z bohaterskim mitem akowskiego oporu. W tym spektaklu, w reżyserii dyrektora, grałem komendanta oddziału partyzanckiego. Po paru przedstawieniach mamy wizytę Autora. Po kurtynie spotkanie w bufecie. I Tadzio Łomnicki z naręczem zielska oburącz obejmowanym. Tadzio nie bardzo wzrostem wybujały, Różewicz zresztą też, i wciska mi te wszystkie kwiaty i dyrektorsko rozkazuje – „Ty mu je daj!”. Skrępowany jak zwykle różnicą wzrostu i ciasnotą pomieszczenia, w której rzecz się odgrywa, klękam przed Różewiczem ze słowami: „Największemu polskiemu poecie od aktorów!” i ten wiecheć mu wręczam.

A teraz już osiem lat później. Poranny pociąg Warszawa–Wrocław. Smuta po stanie wojennym, tak niedawno dla uporządkowania wszelakich rozwichrzeń wprowadzonym. Sam w pustym przedziale i nagle otwierają się drzwi. Tadeusz Różewicz: „Przepraszam, ja tu chodzę, czy pan wie, bo nie ma wagonu restauracyjnego, gdzie można napić się piwa?”. Grzecznie zaprosiłem Mistrza do przedziału, aby zechciał usiąść, chwileczkę poczekać – zaraz przyniosę. Ile? „No chyba ze dwa. A skąd pan weźmie?” Od konduktorów, oni zawsze wszystko mają. Po czasie niedługim wróciłem z czterema flaszkami. Otwarłem dwie. Poeta wyznał, że noc spędził u Jurka Lisowskiego, czytali do późna. Twarz miał istotnie niezmiernie oczytaną i po opróżnieniu jednej butelki zapragnął rozprostowania kości na korytarzu. Wyszliśmy. Usiadłem na strapontenie, a Różewicz, który dopiero co wrócił z Ameryki, opowiadał o spotkaniach, nie szczędząc krytycznych uwag na temat osób tam osiadłych, a obu nam znanych. Pozostałe dwie butelki już w przedziale, na siedząco. Przysnęliśmy. Gdy dojeżdżaliśmy do Wrocławia, poeta, obudzony przez konduktora, powiedział: „O tu karteczka – proszę mi wyraźnie napisać swój adres”. Pożegnawszy się, wysiedliśmy z pociągu. Po powrocie z Wrocławia wyjąłem ze skrytki pocztowej Echa leśne. Skreślone w tomiku ręką Poety słowa, wyrażające wdzięczność za spotkanie, wzbudziły we mnie krótkotrwały żal po zmarnowanym aktorskim życiu, aczkolwiek rychło stłumiła go nadzieja, że przecie hipotetyczny wynalazca piwa, nie tylko Pokojową Nagrodą Nobla, ale i wszystkimi innymi, kiedykolwiek ustanawianym, i we wszech czasach, i po czasy wsze – honorowany będzie!

01.01.2021
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.