Nagle pomieszczenia zapełniły się. W przedpokoju, gabinecie, w korytarzyku prowadzącym do kuchni pod ścianami wyrastały puste półki biblioteczne, poznaczone regularnymi pasmami kurzu. Był to dosyć smętny obraz, ale czuło się, że nie będzie trwał wiecznie i wkrótce wyda z siebie coś nowego. Inaczej bowiem niż piwniczne rupiecie, zupełnie martwe lub pogrążone w letargu tak głębokim, że obudzić je wydawało się niemożliwością, kurz ożywał za każdym spojrzeniem. W blasku księżyca jego proste linie i kapryśne zygzaki układały się w teksturę, która, tak sobie wyobrażałem, odzwierciedla nie tylko losy samego księgozbioru, teraz dawno nieistniejącego, ale co najmniej kilka życiorysów niegdysiejszych właścicieli. Istniała pokusa, by na jej podstawie rekonstruować ich losy. Książki, myślałem, prowadziłyby do ludzi, także do mnie z przeszłości; ludzie odbudowywaliby swoje biblioteki, polegając na własnej pamięci. Pomysł od razu mi się spodobał, uosabiał absurdalną nadzieję, że jakimś sposobem dałoby się cofnąć czas. Miał tylko tę wadę, że ani ludzi, ani książek w mieszkaniu nie było. Tkwiłem sam pośród regałów, nie mając pewności, czy w ogóle żyję. Ale po cichu liczyłem na to, że coś się w końcu wydarzy.
Tym razem sprężyną nie była pamięć, ale jakaś siła przybywająca z zewnątrz. Wpierw przez zamknięte drzwi balkonowe dotarł do mnie szum z głębi podwórka, od strony parku. Potem czarna, falująca chmura przysłoniła księżyc i większą część rozświetlonego nieba. Zrobiło się naprawdę ciemno, nawet lampy w pojedynczych oknach przygasły, noc stapiała się z jeszcze głębszą nocą, ulepioną wyłącznie z mroku. Migotliwy szum narastał, przechodził w harmider krakania. Wyjrzałem na balkon i w sinawym poblasku, który gdzieniegdzie uchował się nad dachami, próbowałem odróżnić czerń od czerni. Kiedy moje oczy przywykły do aksamitnej ciemności, zacząłem dostrzegać na jej tle chmary gawronów i kawek. Krążyły nad parkiem, szukając schronienia w koronach wysokich drzew. Najwięcej gromadziło się w pasie Oriona, jakby właśnie tam znajdowała się czarna dziura, przez którą przelatywały z jakiegoś innego wymiaru na naszą stronę kosmosu.
Kilka, kilkanaście osobników przysiadło na balustradzie, popatrywały na mnie, a ja znowu, jak przed laty, wysilałem uwagę, żeby dojrzeć w ich oczach i dziobach znajome twarze. Ale mózg najwyraźniej nie był gotowy na taką operację. Widziałem tylko dzioby i oczy okolone piórami, było ich coraz więcej i więcej, a wciąż przybywały nowe. Przez zmrużone powieki patrzyłem, jak wlatują do mieszkania i sadowią się na pustych regałach, jeden obok drugiego, głowami do ściany, dokładnie tam, gdzie zgromadził się kurz, a później, dotknięte nagłą niemocą, milkną i nieruchomieją. Trupieszały w takim tempie, że nie miałem pojęcia, czy nadal mam przed sobą żywe istoty, które zapadły w odrętwienie, czy tylko ich wysuszone powłoki, zalegające na półkach od niepamiętnych czasów. Trudno byłoby to rozstrzygnąć, bo kiedy znów zapaliłem latarkę, obraz powędrował dalej, a ptaki w jednej chwili zamieniły się w książki.
Większe wyglądały jak encyklopedie albo słowniki. O mniejszych dałoby się powiedzieć, że reprezentują literaturę piękną lub filozofię. Było też trochę atlasów przyrodniczych i albumy ze sztuką – masywne, potwornie ciężkie, z reprodukcjami na błyszczącym, grubym papierze. Jedne rozpoznawałem, pachniały znajomo. Inne widziałem pierwszy raz, były zupełnie obce. Prawdopodobnie stały kiedyś w tylnych rzędach, poupychane na wcisk i tak pozastawiane innymi książkami, że nawet nie próbowałem się do nich dostać. A zresztą wcale nie byłem pewien, czy rzeczywiście pochodzą z mieszkania, w którym spędziłem dzieciństwo. Płócienne grzbiety w małych formatach układały się w barwne serie. Każdy kolor korespondował z nastrojem konkretnej powieści albo tomiku wierszy. Zieleń lubiła się z poezją metafizyczną, lazur z opowieściami z mórz południowych. Czerń, niekiedy zbełtana z bielą, sygnalizowała literaturę wojenną i obozową, miły herbaciany żółcień – pamiętniki, poziomkowa czerwień – książki o miłości. Na półce z klasykami filozofii panowały inne zasady. Tu grzbiety tworzyły jednostajną szarzyznę, która wedle redaktorów serii swoją solennością miała może podkreślać powagę zapisanych myśli i nie faworyzować żadnego światopoglądu. W bladożółtym świetle latarki uboga szarzyzna zdumiewała jednak bogactwem subtelnych odcieni, jakby papiernicy, drukarze i introligatorzy, niezbyt przejęci treścią produkowanych tomów, chcieli w zwykłych obwolutach zawrzeć całą widmowość wszechświata.
Nigdy się tego nie dowiem, mówiłem do siebie, przeciskając się wąskim przejściem między ścianą a jednolitą fasadą książek, w nadziei, że znajdę jakąś szczelinę, przez którą dałoby się wśliznąć do środka, żeby przepatrzeć bibliotekę na wskroś. Jednak żadnej szczeliny nie było, wokół panowała niezmącona cisza. W głowie zakiełkowała mi przykra myśl, że gdyby nawet książki jakimś nadzwyczajnym sposobem rozstąpiły się, aby mnie wpuścić, to i tak pozostanę kimś, kto przychodzi z zewnątrz i nie zostaje uznany za swego. One już zawsze będą milczeć, każda w swoim języku, a ja nie zdołam przeniknąć ich zawartości, tak jak nie da się wejść do czyjegoś mózgu. Poczułem, że między mną a biblioteką wyrosło niewidoczne przepierzenie, jedna z tych żelaznych grodzi, które w dłuższych kryzysach psychicznych albo w chorobie oddzielają poszczególne części świadomości, żeby nie rozmawiały ze sobą.
Litery i znaki stały się nagle niezrozumiałe, jakbym stracił umiejętność czytania. Konstatacja ta napełniła mnie lękiem. Był tak dojmujący, że przez dłuższy czas w ogóle nie zauważałem, że jakaś część mojej jaźni nie dość, że nie przestaje wirować, to nieproszona podsuwa wciąż nowe obrazy, w dodatku wzięte z książek, których nadaremnie wypatrywałem. Najwyraźniej one, widząc moje pomieszanie, postanowiły przyjść mi z pomocą. Tyle że już pierwszy obraz wprawiał w jeszcze większą konfuzję. Ujrzałem komnaty o malowanych sklepieniach, pełne glinianych tabliczek, na których wyryto sekretne symbole. Głowa byka, otwarta dłoń, oko, wielbłąd, ościeżnica. W jakiejś pradawnej epoce, pomyślałem, wodząc palcem po rudej glinie i wyczuwając w rowkowatych zagłębieniach jej chropawą fakturę, wszystkie układały się w słowa i zdania. Teraz były wyłącznie intrygującym reliefem, tak samo martwym jak ptaki w Mieście Krokodyli. Ryby odciśnięte w kamieniu, jaszczurki zmienione w zgłoski i uwięzione w znaczeniach. Milczące drobiny obrazkowej mowy, której dźwięk dawno zapadł w piaski pustyni. Truchła znaków.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
