6/2026

Jerzy Franczak

Chronocykl (11). Centrum kontroli lotów

Tej nocy, gdzieś u wybrzeży San Diego, wpadła do Pacyfiku metalowa kapsuła. Po dłuższej chwili, z pomocą specjalistycznych służb, wyszli z niej, chwiejąc się lekko, Victor Glover, Jeremy Hansen, Christina Koch i Reid Wiseman, czyli uczestnicy pierwszej załogowej wyprawy w okolice Księżyca od czasów Apollo 17 (1972). Przez dziesięć dni śledziłem z wypiekami na twarzy ich podróż, która obfitowała w spektakularne momenty: na przykład gdy statek zbliżył się do Księżyca na trochę ponad 6000 kilometrów i można było z bliska podziwiać jego kostropatą twarz; albo gdy Orion zniknął za Księżycem i frunął przez ponad pół godziny nad jego ciemną stroną bez jakiejkolwiek łączności z Houston; albo gdy astronauci znaleźli się ponad 410 tysięcy kilometrów od Ziemi, bijąc rekord wszechczasów i ustanawiając coś w rodzaju człowieczego apogeum. Teraz są już w domu, a my możemy podziwiać utrwalone na zdjęciach dziwotwory – Mare Orientale i inne baseny uderzeniowe, Reiner Gamma, czyli zagadkową formację w kształcie wiru, no i niezliczone kratery, w tym dwa nowe, które ochrzczono Integrity (na cześć statku kosmicznego) oraz Carroll (by upamiętnić zmarłą na raka żonę dowódcy misji).

Jak zwykle wiemy więcej i jeszcze więcej nie wiemy, w tym sensie, że przyrost znanej wiedzy pomnaża przyrost znanej niewiedzy. Jednocześnie wyczuwamy obecność otaczającej nas, rozciągającej się jakby w innej skali, nieznanej niewiedzy, czyli tego, co znajduje się poza zasięgiem naszych pytań. Pozostaje jeszcze – w ten sposób, w zupełnie innym kontekście, rozwijał ów poczwórny schemat Slavoj Žižek (The Parallax View, 2006) – czwarty rodzaj zasobów, do których mamy najgorszy dostęp: nieznana wiedza ukryta w założeniach i aksjomatach. Trofea przywiezione przez astronautów to dane i szukane, co nie zmienia niczego w trwaniu unknown unknowns, usytuowanych za horyzontem wszelkich dociekań. A co z tą ostatnią, niezwykle niepokojącą przegródką, w której poniewiera się to, co własne, choć trwale wyobcowane? I czy nie tutaj należałoby ulokować samą ideę lotów kosmicznych, raz oczywistą (w kontekście wyścigu zbrojeń), innym razem wątpliwą (w erze odprężenia) lub podejrzaną?

Wydaje mi się, że pierwszy od ponad pół wieku lot załogowy poza orbitę okołoziemską sporo namieszał w tej przygranicznej strefie, gdzie różne rodzaje wiedzy ścierają się ze sobą i wchodzą w potajemne konszachty. Pomijam tych, którzy z uporem twierdzą, że to wszystko symulacja i fentanyl dla mas, bardziej interesują mnie ci pytający: po co to komu? Są wśród nich pragmatycy‑prezentyści, skupieni na sprawach doraźnych, są rzecznicy innego typu rozwoju, spowolnienia i dewzrostu, a także cała masa sceptyków, katastrofistów, posthumanistów, rzeczników Dobrowolnego Wymierania Ludzkości, cyników i internetowych trolli. Choć ci ostatni bez wątpienia przeważają, nie sposób zbyć lekceważeniem wołania o to, aby „powrócić z gwiazd” – nawet jeśli nie dolecieliśmy do żadnej gwiazdy ani nawet planety, a jedynie w okolice najbliższego satelity.

Jestem na taką dyskusję przygotowany, mam na podorędziu szereg argumentów. Nie stąd jednak wynika moja fascynacja misją Artemis II, gdzie indziej bije źródło moich wzruszeń. Obserwując start rakiety Space Launch System, myślałem o wszystkich innych ludziach wpatrzonych z radością, z dumą lub zadumą w ten błysk – w ogień, który wynosi do niebios stalowo‑aluminiowo‑litowy korpus, napakowany elektroniką, chroniący cztery kruche ciała. Syciłem się świadomością, że to zupełnie wyjątkowe odliczanie i odpalanie, że jest ono absolutnie zjawiskowe, gdy tony śmiercionośnego żelastwa latają nad Ukrainą i Zatoką Perską. Wojenny kontekst tłumaczył moje przejęcie, ale nie dosięgał lęku. Przez dziesięć dni sprawdzałem co chwilę, co tam słychać na Orionie. I za każdym razem dowiadywałem się, że wszystko OK, lecą sobie z prędkością zbliżoną do 40 000 kilometrów na godzinę przez nieodległą okolicę, czyli – jak raczył się wyrazić Glover – tę całą pustkę (all of this emptiness), kupę niczego (a whole bunch of nothing) zwaną wszechświatem… Z pozoru były to uspokajające wiadomości.

Dziś zbudziłem się o porze bardzo wczesnej, choć to sobota, złapałem za telefon i od razu sprawdziłem stronę NASA: udało się, wylądowali, wyszli z kapsuły! Odetchnąłem z ulgą, naciągnąłem na siebie kołdrę i próbowałem zasnąć. Nic z tego nie wyszło, bo znowu zacząłem się zastanawiać, skąd ten niepokój. Misja wydawała się bezpieczna – nie zakładała ani lądowania na Księżycu, ani żadnego space walk – i wielu moich znajomych śledziło ją z roztargnieniem, niby relację polarników, którzy przysyłają fotki lodowych pustaci i polarnych zórz. U mnie natomiast fascynacja podszyta była delikatnym dygotem, który ustąpił dopiero o świcie. Myślałem o tym cały ranek i dopiero przy śniadaniu olśniło mnie: Challenger! Katastrofa, którą przypomniano w jej trzydziestą rocznicę… Kiedy okazało się, że mało kto ją pamięta. Ale ja pamiętałem, i to bardzo dobrze, nie wiedząc o tym wcale. Nigdy potem nie interesowałem się programami lotów kosmicznych. Odległe wspomnienie ze stycznia 1986 roku przeszło w stan uśpienia – aż do 1 kwietnia tego roku, kiedy zaczęło się wybudzać. Dla mnie Artemis II przemierzała trasę, którą wyznaczył Challenger, nim rozleciał się na kawałki. Tak, wiem, to zupełnie różne misje i inna technologia, mówię tylko o sekretnych (utajonych również przede mną!) mapach wyobraźni, zawsze skorej do płatania figli.

Eksplozję Challengera dość często powtarzano w telewizji – nie wiem, czy działo się to w trybie ogólnoludzkiego zatroskania, braterstwa ludzi nauki, czy w klimacie wyścigu kosmicznego mocarstw i triumfu z porażki rywala. Byłem za mały, by to percypować. Prawdę mówiąc, w ogóle nie słuchałem, tylko patrzyłem, z całą zachłannością ośmioletniego oka pożerałem ten obraz, bardzo konkretny, a przy tym dziwnie abstrakcyjny: smuga ognia i dymu idzie równiutko, po wstępującej diagonali, w stronę nieba, by nagle rozdwoić się, przybrać formę procy lub widelczyka… Obie linie zakręcają, zaczynają się plątać… Przez chwilę wyglądają jak rozwiązane sznurówki, potem zanikają… Podczas gdy z białawego kłębu puchnącego poniżej sypią się kawałki promu. Co się wydarzyło naprawdę? Otóż 73 sekundy po starcie wahadłowiec rozpadł się na skutek uszkodzenia pierścienia uszczelniającego w prawej rakiecie dodatkowej na paliwo stałe. Zginęła cała siedmioosobowa załoga, w tym nauczycielka Christa McAuliffe, która miała być pierwszą nauczycielką w kosmosie – jej śmierć oglądały na żywo niezliczone rzesze dzieciaków takich jak ja. Śledztwo tzw. Komisji Rogersa wykazało liczne zaniedbania i błędy techniczne, w tym ignorowanie ostrzeżeń inżynierów. Tyle fakty, imaginacja ma jednak własną logikę. Na jej diapozytywach utrwaliła się rakieta, która uderza w firmament i idzie w drobny mak. W jej schematach rozrysowano przedłużenie prawie pionowej kreski, nakreślonej trzydzieści lat temu – tak by przebiła w końcu sklepienie niebieskie.

*
Rok 1986 był dziwny, rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały klęski, a najwyrazistszym z nich była kometa Halleya, która wróciła po 74 latach. Czasami trudno było rozróżnić znak od właściwego zdarzenia, jak zakwalifikować bowiem zabójstwo premiera Szwecji Olofa Palmego, jak ustawić wobec siebie zamachy terrorystyczne w Stambule i Paryżu? Zaraz na początku roku doszło do awarii w elektrowni atomowej w Oklahomie, w efekcie której jedna osoba zginęła, a sto zostało napromieniowanych. Uznano to za technologiczną katastrofę, ta jednak wkrótce – a konkretnie 26 kwietnia – okazała się również omenem. Czarnobylska chmura popłynęła nad Białoruś, ale wszyscy znaleźliśmy się w strefie panicznego strachu. Tej wiosny trzeba było siedzieć w domu, przy zamkniętych oknach. Dorośli długo jeszcze odkażali się wódką, a dzieci łykały wstrętny płyn Lugola. Latem klimat się zmienił, ale dla mnie już było za późno – wszystkie zdarzenia tego roku zawiązały na mojej duszy węzełki. Nigdy nie rozsupłam tych fascynacji, obsesji i przerażeń, splecionych ciasno w klatce piersiowej, z tyłu głowy, w gardle.

Tak, wtedy to się zaczęło, choć okres inkubacji był stosunkowo długi. Najpierw stałem się pożeraczem albumów ze zdjęciami kosmosu i kompendiów astronomicznych, dopiero na początku kolejnej dekady znalazłem furtkę do getta science fiction – i zamieszkałem w nim na długie lata. Ma się rozumieć, że prenumerowałem „Fantastykę”, „Nową Fantastykę” i „Feniksa”, czytałem każdy numer z namaszczeniem po wiele razy, potrafiłem też godzinami wpatrywać się w fantazyjne rysunki Borisa Vallejo albo makabreski Lesa Edwardsa. W miarę moich możliwości finansowych uprawiałem polowania na książki; piękne, pstrokate edycje z logotypami oficyn Amber, Alfa czy Phantom Press, rozklejające się i rozsypujące podczas pierwszej lektury, zalegały w lokalnej księgarni w sklepie „Hermes”, gdzie chodziłem po lekcjach z kumplem. Po starsze edycje trzeba było jeździć w sobotę na Halę Targową; w towarzystwie straganów z warzywami i galanterią skórzaną, na gazetach i ceratach leżały serie SF Krajowej Agencji Wydawniczej i Wydawnictwa Poznańskiego, „Fantastyka‑Przygoda” Wydawnictwa Iskry… Wymieniam te nazwy, bo one działają niby zaklęcie – od razu otwiera się sezam pełen błyskotek, wspólny skarbiec wtajemniczonych, a raczej pewnego pokolenia wtajemniczonych. Z trudem powstrzymuję się przed rozrzewnieniem i rozpamiętywaniem, przed rozlewnością; ani słowa o grach planszowych, które projektowaliśmy i wycinaliśmy z tektury razem z kumplem; ani słowa o moim cyklu opowiadań, których głównym bohaterem był kapitan Dark.

Konsoliduję się jako tako i wracam do roku 1986. Jest on srebrzysty, opływowy, migotliwy, ma lekko metaliczny zapach i skrywa w sobie tajemnicze rozbłyski. Ludzkości wydaje się, że podróżuje w zamkniętej kapsule – tylko cel podróży pozostaje niejasny. Niektórzy nadal myślą, że jest nim lepsze jutro, oczywiście nie to komunistyczne, tylko to zdefiniowane przez technologiczną racjonalność. Niekoniecznie mówi się takie rzeczy wprost, lecz na tej nieznanej wiedzy buduje się wizje przyszłości. Pamiętacie gościa w skafandrze, który pojawia się podczas ceremonii otwarcia olimpiady w Los Angeles w 1984 roku, odpala plecak odrzutowy i wlatuje na płytę stadionu? Razem z kolegami z fandomu wierzę święcie, że takim sprzętem będę latał na studia, a już na pewno do pracy. Czas przypomina tunel, który prowadzi do przodu i lekko w górę, a przez specjalną śluzę można przedostać się na level Rocket Manów i cyborgów. Nie wziąłem tego znikąd – wchłonąłem coś, co krążyło w atmosferze. Ale jednocześnie w powietrzu, którym oddycham, krystalizuje się inna intuicja: że droga jest ślepa i że pędzimy na zderzenie ze ścianą, jak w jakimś upiornym crash test. No więc równie święcie wierzę, że wszyscy zginiemy w jednej chwili, a najpewniej – w jednym rozbłysku, a nasze odciśnięte na chodnikach cienie przykryje fala cieplna, fala uderzeniowa, czerwony deszcz, wreszcie – wiekuista, widmowofioletowa ciemność. Nie umiem uzgodnić tych dwóch obrazów. Wokół pierwszego owijam swoje marzenia na jawie, drugi powraca w snach.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.