6/2026

Natalka Suszczyńska

Ciechocinka

1.
Pokój miał śmierdzieć. Tak wynikało z recenzji na Booking.com, więc tego oczekiwałam i na to byłam przygotowana. W plecaku miałam olejek rozmarynowy i w razie czego mogłam go użyć. Ostatnio często z niego korzystam. Nie dlatego, że go jakoś specjalnie lubię, a dlatego że przez przypadek kupiłam dwa i muszę je jakoś zużywać.

Ale pokój nie śmierdział. To było pierwsze rozczarowanie, jeśli można tak powiedzieć, ale też pierwsza wskazówka, że recenzje zamieszczone w internecie nie zawsze pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy. Sprawdziłam łóżko. Spodziewałam się wąskiej, twardej, przykrótkiej pryczy. Pierwsze i ostatnie by mi nie przeszkadzało, nie jestem szeroka ani wysoka. O twarde w sumie nie dbam. Ale obietnice to obietnice. Tym razem spełnione: łóżko nie było ani długie, ani specjalnie wygodne.

2.
Pani na recepcji policzyła mi za pobyt dwanaście złotych mniej. To dlatego, że nie doliczyła opłaty uzdrowiskowej, co ma zapewne związek z niewydawaniem paragonów.

W Ciechocinku jestem więc niemal nielegalnie, miasto nic o tym nie wie.

3.
Pierwsza stacja: falafel w kebabie. Do wyboru osiem sosów, wszystkie podejrzane. Decyduję się na mieszany – nieoryginalnie, ale bezpiecznie. Płacę o dwa złote więcej niż na ulotce, ale nie drążę tej sprawy. Nie jestem pazerna, pamiętam, że raptem przed chwilą oszczędziłam dwanaście.

Falafel nie jest ani dobry, ani zły. Ma za to z trzydzieści centymetrów, więc zjedzenie go jest dla mnie – osoby, która nie znosi wyrzucania jedzenia, ale nie przepada też za przechowywaniem go na później – nie lada wyzwaniem. Udaje mi się zjeść prawie do końca. Kiedy wychodzę z kebaba, obrywa się chmura. Jestem na to przygotowana, ten deszcz był częścią moich planów.

4.
Na ogrodzeniu wisi baner reklamujący pub Sosenka. Gdy postanawiam sprawdzić, gdzie się mieści, odkrywam, że jest zamknięty na stałe. Powodem jest śmierć właściciela, która wydarzyła się ledwie pół roku temu. To ktoś zasłużony dla Ciechocinka, nie tylko za sprawą tego pubu, ale też budek dla wiewiórek czy lokalnego radia Las Vegas, które założył.

Pub Sosenka znajdował się w dawnym szalecie, co dobrze o nim świadczy. Poznałam już kilka knajp działających w byłych szaletach i wszystkie miały w sobie to coś, to je ne sais quoi. Jeśli chodzi o Sosenkę, to zresztą wygląda ona jak mikrodworek, nikt by się nie domyślił, że to był szalet, no, może jakiś wybitny szaletoznawca, utytułowana szaletoznawczyni.

5.
W medytacjach na temat związku Ciechocinka i Las Vegas ma mi pomóc seans Showgirls. Po dwóch godzinach i jedenastu minutach wiem o tym jednak równie mało co na początku.

Pewna scena robi na mnie szczególne wrażenie, choć nie ma związku z moimi badaniami. Dwie kobiety siedzą w restauracji, piją szampana. Dotychczas były rywalkami, teraz próbują się dogadać. Nagle jedna mówi, że kiedyś jadła karmę dla psa. Następuje chwila konsternacji, zarówno u widzki, jak i u tej drugiej kobiety. Ale atmosfera szybko się zmienia. Okazuje się, że druga kobieta też jadła kiedyś karmę dla psa, i to tej samej marki. Opowiada o tym. Dzięki temu bohaterki zbliżają się do siebie, przynajmniej na chwilę.

Po seansie dochodzę do wniosku, że jeśli istniał jakiś związek między Ciechocinkiem a Las Vegas, to pewnie był on wyraźniejszy ponad trzydzieści lat temu, czyli wtedy, kiedy właściciel pubu Sosenka zakładał swoje radio.

W międzyczasie odkrywam, że reżyser Showgirls, Paul Verhoeven, urodził się dokładnie pięćdziesiąt lat i jeden dzień przede mną. Z tego faktu wynika jednak tyle co nic.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.