Ale pokój nie śmierdział. To było pierwsze rozczarowanie, jeśli można tak powiedzieć, ale też pierwsza wskazówka, że recenzje zamieszczone w internecie nie zawsze pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy. Sprawdziłam łóżko. Spodziewałam się wąskiej, twardej, przykrótkiej pryczy. Pierwsze i ostatnie by mi nie przeszkadzało, nie jestem szeroka ani wysoka. O twarde w sumie nie dbam. Ale obietnice to obietnice. Tym razem spełnione: łóżko nie było ani długie, ani specjalnie wygodne.
W Ciechocinku jestem więc niemal nielegalnie, miasto nic o tym nie wie.
Falafel nie jest ani dobry, ani zły. Ma za to z trzydzieści centymetrów, więc zjedzenie go jest dla mnie – osoby, która nie znosi wyrzucania jedzenia, ale nie przepada też za przechowywaniem go na później – nie lada wyzwaniem. Udaje mi się zjeść prawie do końca. Kiedy wychodzę z kebaba, obrywa się chmura. Jestem na to przygotowana, ten deszcz był częścią moich planów.
Pub Sosenka znajdował się w dawnym szalecie, co dobrze o nim świadczy. Poznałam już kilka knajp działających w byłych szaletach i wszystkie miały w sobie to coś, to je ne sais quoi. Jeśli chodzi o Sosenkę, to zresztą wygląda ona jak mikrodworek, nikt by się nie domyślił, że to był szalet, no, może jakiś wybitny szaletoznawca, utytułowana szaletoznawczyni.
Pewna scena robi na mnie szczególne wrażenie, choć nie ma związku z moimi badaniami. Dwie kobiety siedzą w restauracji, piją szampana. Dotychczas były rywalkami, teraz próbują się dogadać. Nagle jedna mówi, że kiedyś jadła karmę dla psa. Następuje chwila konsternacji, zarówno u widzki, jak i u tej drugiej kobiety. Ale atmosfera szybko się zmienia. Okazuje się, że druga kobieta też jadła kiedyś karmę dla psa, i to tej samej marki. Opowiada o tym. Dzięki temu bohaterki zbliżają się do siebie, przynajmniej na chwilę.
Po seansie dochodzę do wniosku, że jeśli istniał jakiś związek między Ciechocinkiem a Las Vegas, to pewnie był on wyraźniejszy ponad trzydzieści lat temu, czyli wtedy, kiedy właściciel pubu Sosenka zakładał swoje radio.
W międzyczasie odkrywam, że reżyser Showgirls, Paul Verhoeven, urodził się dokładnie pięćdziesiąt lat i jeden dzień przede mną. Z tego faktu wynika jednak tyle co nic.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
