Dziewczynka stoi na dachu jakiegoś budynku; lewą dłoń oparła o sięgający jej do pasa prostokątny komin z dwoma okrągłymi otworami wylotowymi, prawą osłania oczy od słońca i spogląda przed siebie. Tam, w oddali, na tle nieba widać wieżę kościoła i zarys kilku budynków.
Pomiędzy stojącą na dachu dziewczynką i kościelną wieżą nie ma nic, choć jest to dystans może nawet paru kilometrów. Jak nazwać to „nic”, sfotografowane prawie ćwierć wieku wcześniej, zanim znalazło się w naszych podręcznikach? W tamtych czasach pisano o „morzu ruin”. Jednak mnie to nigdy nie przypominało morza, pełnego wszelkiego życia nawet podczas burzy. Już prędzej jakąś kamienną pustynię. Dziś, po latach, kojarzy mi się ze zdjęciami nadsyłanymi z Marsa przez sondę Curiosity, która wystartowała w swą misję z Cape Canaveral na Florydzie 26 listopada 2011 roku. To, co na nich widać, jest podobnie nieludzkie i obce jakiemukolwiek życiu. Skoro potrafimy tu, na Ziemi, tworzyć podobne krajobrazy, to po co latać na Czerwoną Planetę?
Suseł miał tak naprawdę na imię Marek, swojego przezwiska dorobił się z racji wystających górnych zębów. Chodził ze mną do klasy, miał też brata. Zbyszek był od nas cztery czy pięć lat młodszy, wspominam o nim raczej dla porządku, bo uważaliśmy go za gówniarza i nie pozwalaliśmy mu się z nami bawić. Łaził za nami, cały czas dłubiąc w nosie, i był okropnie namolny, więc Suseł próbował go nauczyć dobrych manier przy pomocy wymierzanych w siedzenie kopniaków. Zbyszek leciał wtedy na skargę do rodziców i odbywała się konfrontacja, na którą bywałem przez Susła wzywany jako świadek jego niewinności. Moje zeznania nie były jednak traktowane poważnie ani przez jego wysoką i elegancką matkę, po której odziedziczył swoje uzębienie, ani przez niewielkiego, pękatego i zawsze czemuś zafrasowanego ojca.
Mniej więcej w tym czasie zaczynaliśmy się interesować dziewczynami. Wiedzieliśmy, że anatomicznie różnią się od nas, bo może nawet połowa chłopaków z naszej klasy miała młodsze siostry albo przynajmniej przy tej czy innej okazji asystowała przy przewijaniu właśnie urodzonej kuzynki. Jednak oczywiście bardziej ciekawiło nas to, co się z tymi ich szparkami dzieje później. Bo skoro u nas pojawiły się włoski na podbrzuszu, to u nich pewnie też ma miejsce podobny proces? No i co z tymi wypukłościami pod sweterkiem? Było oczywiste, że muszą mieć znaczenie, skoro gromadzące się pod trzepakiem chłopaki ze szkoły średniej donośnie gwizdały na widok Julki z sąsiedniego bloku, ledwie dwa lata starszej od nas, ale już wyższej i pełniejszej od własnej matki.
Tak więc coś tam wiedzieliśmy, ale szczegóły pozostawały tajemnicą i toczone na przerwach gadki niczego tu nie zmieniały. Któregoś dnia, gdy po lekcjach wyszliśmy ze szkoły, Suseł z tajemniczą miną zaciągnął mnie w parkową alejkę nad stawem.
– Zobacz, co znalazłem na półce u ojca – rzucił z triumfem, otwierając przed moim nosem wyciągniętą z tornistra książkę.
Trzeba tu zaznaczyć, że ojciec Marka był lekarzem. I to nie jakimś tam lekarzem, tylko ginekologiem. Ta książka była traktatem medycznym, z mnóstwem fachowych łacińskich określeń, nie do przebrnięcia dla trzynastolatków. Zainteresowały nas jednak towarzyszące tekstowi obrazki. Na jednym był schematyczny rysunek czegoś w rodzaju kwiatka z opadającymi na boki łodyżkami i zrozumieliśmy, że to jest to, co kobiety mają w brzuchu. Na kolejnych stronach odkryliśmy zdjęcie, które miało przedstawiać, jak takie urządzenie wygląda z zewnątrz, ale marny druk powodował, że przypominało raczej kępę rosnącego na piasku mchu, może las sfotografowany z lecącego nad nim samolotu, z ledwie widoczną wśród drzew drogą. Niewiele z tego wynikało, co gorsza Susłowi nie powiodła się próba odstawienia po kryjomu książki na ojcowską półkę, więc następnego dnia musiał w szkolnej ławce siedzieć nieco bokiem. Kary fizyczne nie były częste, jednak nawet na naszym inteligenckim osiedlu uznawano je jeszcze wtedy za dopuszczalny, choć radykalny środek wychowawczy.
Jakoś w połowie grudnia trafiła nam się jednak lepsza okazja zaspokojenia nurtującej nas potrzeby wiedzy. Rozchorował się bowiem nasz nauczyciel od gimnastyki, jak wtedy nazywano lekcje wychowania fizycznego. Nasz – czyli nauczyciel chłopaków, bo gimnastyka była osobna dla chłopców i osobna dla dziewcząt. I jednych, i drugich było sporo, bo w klasach bywało nawet po czterdzieścioro dzieciaków.
Tak więc dziewczyny poszły na gimnastykę, a nam dyrektorka kazała siedzieć w szkolnej świetlicy i odrabiać zadane lekcje. Zaraz po dzwonku, wiele się nie namyślając, skrzyknęliśmy się w kilku i zamiast, jak inni, obrzucać się papierowymi kulami z wydartych z zeszytu kartek, przemknęliśmy do wychodzących na boisko drzwi ewakuacyjnych. Tak jak staliśmy, w kapciach i założonych na swetry granatowych fartuszkach z białymi kołnierzykami, wypadliśmy na zewnątrz. Wczesny zmierzch sypał białymi płatkami, z ust leciała para. Zostawiając głębokie ślady w śniegu, przebiegliśmy na tył budynku, pod przebieralnie. Ich okna były umieszczone wysoko i zbyt zaparowane, aby przez nie cokolwiek zobaczyć, ale wystarczyło się schylić, żeby zajrzeć przez kratkę wentylacyjną.
Mignęło mi coś jasnego, coś ciemnego, potem wylądowałem w śniegu, gdy odepchnął mnie na bok największy z naszej klasy Sławek Gruszkowski, zwany Gruchą. W zamieszaniu, jakie powodowaliśmy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z towarzyszącego temu hałasu. Może uważaliśmy ten zgiełk za część zabawy? W każdym razie okno nad nami raptownie się otworzyło, a stojąca na palcach na ustawionej pod nim ławce Basia chlusnęła na nas wiadrem zimnej wody. Grucha zdążył się odsunąć, więc większość wylądowała na Marku, który nawet nie zdążył się jeszcze dopchać do kratki wentylacyjnej.
Kilka dni później odwiedziłem go po lekcjach w domu, gdzie kurował się z przeziębienia po tej niefortunnej przygodzie. Mieszkanie w przedwojennej kamienicy było ogromne, przynajmniej z punktu widzenia chłopaków, którzy – jak ja – mieszkali w ciasnych gomułkowskich klitkach. Miało trzy wielkie pokoje i ogromną kuchnię, przez którą przechodziło się do wcale nie takiej małej służbówki. Było w niej piętrowe łóżko Marka i Zbyszka oraz ustawione bokiem do okna biureczko. Ubrania chłopcy trzymali w pokoju dziadków, bo u nich już żadna szafa by się zmieściła.
Dziadkowie mieli swój pokój naprzeciwko, po drugiej stronie prowadzącego od drzwi wejściowych korytarza. Znałem tylko tę część mieszkania – dalej nie wolno mi było wchodzić, żebyśmy nie narozrabiali. Ale wiedziałem, że za ślepą ścianą kończącą korytarz jest inne mieszkanie, z wejściem od drugiej klatki schodowej. Od Susła wiedziałem też, że ściana ta została wzniesiona już po wojnie i że kiedyś to wszystko było jednym gigantycznym apartamentem z dwoma wejściami od dwóch różnych klatek schodowych. Nie wiedzieliśmy, ile taki apartament mógł mieć pokojów. Pięć? Sześć? Takich ogromnych? Czy to możliwe? Mieszkanie, w którym zmieściłoby się to, w którym żyłem z rodzicami, starszą siostrą i suczką Myszką, na dodatek to, w którym mieszkała rodzina Pawła i Marcina z babcią i jeszcze to Piotrka, z mamą i tatą dyrektorem, który pojawiał się i znowu znikał. A może jeszcze nawet ten pokój, z dzieloną z inną rodziną kuchnią i łazienką, w którym mieszkał Grucha z mamą i bez taty milicjanta, bo ten już się dawno wyprowadził?
Wejście z klatki, którym wchodziło się do mieszkania Susła, było przed wojną – jak nam tłumaczył – wejściem kuchennym, przeznaczonym dla służby. Od ulicy, tam gdzie nad sklepem z artykułami sprzętu domowego widniał zatarty, ale w słoneczny dzień wciąż dający się odczytać napis: „Aaron Holzer – jubiler” (a pod nim drugi napis, mniejszy, literami całkiem innymi niż te, których uczyliśmy się w szkole), było drugie wejście – zapewne ważniejsze, przynajmniej przed wojną. W wysokich drzwiach wejściowych, które otwierało się nie przy pomocy klamek, tylko mosiężnych gałek, kiedyś były zapewne osadzone kolorowe szybki. Piszę „kiedyś zapewne były”, ale to jest oczywiście mój dzisiejszy domysł, bo wtedy fakt, że w ciężkie metalowe drzwi wmontowane są zamalowane na brązowo prostokąty blachy, wydawał się całkiem oczywisty i nie wart rozważań nad naturą czasu, spuścizną wojny, przemijaniem i innymi takimi pierdołami.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
