Dość to dziwne zestawienie „młodych”, ale Rżanemu chodziło zapewne o podkreślenie, że w owym „sławieniu wszystkiego”, prócz typowo „brulionowych” ironii, codziennych spleenów i obniżeń dykcji, musi odnaleźć się też cząstka metafizyczna i etyczna, związana z afirmacją rzeczywistości w jej pełnej skali.
Kto by pomyślał, że prawie trzydzieści lat później ta myśl wróci do mnie, gdy siądę do pisania o najnowszej i zarazem w pewnym sensie debiutanckiej propozycji eseistycznej Dariusza Sośnickiego. A to właśnie od pojedynku z Audenem, który miałem przyjemność już kilka razy komentować – pojedynku translatorskiego (przekład W podziękowaniu za siedlisko z roku 2013), ale też recenzenckiego i poetyckiego – zaczynają się Podwójne zęby szalonego Carla. Szkice z frontu, które wraz z Inacząc Jerzego Franczaka inaugurują nową serię eseistyczną Wydawnictwa Warstwy. Na książkę składają się w większości przedruki tekstów publikowanych przez ostatnie dziesięć lat w prasie literackiej oraz wstępów i posłowi, będące efektami działań, które Sośnicki – swego czasu dyrektor Wydawnictwa Ossolineum, później redaktor Filtrów, a dziś W.A.B. – podejmował w ramach codziennej praktyki. Nie ulega też wątpliwości, że jest to pisarz o iście modernistycznym podejściu do idei dialogu. Chociaż wokół wrażliwości „nowonurtowców” dało się jeszcze zręcznie rozgrywać sympatie między „brulionową” metafizyką codzienności i tekstualnymi ironistami spod znaku wczesnego Andrzeja Sosnowskiego, od początku było widać, że Sośnickiego interesuje raczej rzeczywistość niż tekst. W niej zaś konstytutywne źródła tożsamości, mające swoje polityczno‑filozoficzne podłoże: wspólnota (bliźni), zamieszkanie (stosunek do miejsca) oraz człowiek wobec rzeczy (nie tylko w znaczeniu dóbr konsumpcyjnych).
W krótkim tekście otwierającym książkę, zatytułowanym Ani proste, ani oczywiste, autor Marlewa daje nam instrukcję obsługi swoich esejów, zwracając uwagę na najważniejsze teksty – ten otwierający, ten o poezji Marcina Świetlickiego w świetle kilku tropów romantycznych i ten zamykający, o realizmach: Dawida Kujawy, Maurizia Ferrarisa i Marka Fishera. Przede wszystkim eksponuje jednak interesujące go problemy modernizacji i tradycji w podzielonej, porozrywanej przez różne siły wspólnocie narodowej. Sośnicki jawi się jako ostrożny obrońca przeszłości, stabilizacji, porządku, umiarkowanej zachowawczości, czyli „sensownej odpowiedzi na nadużycia zinstytucjonalizowanych sił nowego”. Z tej perspektywy oczywiście wybrzmiewa i jego obrona późnego Audena, konserwatywnego gestu ucieczki autora Ręki farbiarza do domostwa w austriackiej wiosce Kirchstetten, i refleksja o rozmowach Świetlickiego z Mickiewiczowską figurą Gustawa‑upiora. W każdym razie nie jest to postawa konserwatywna. Sośnickiego w najmniejszym stopniu nie zajmuje bowiem celebrowanie kanonów narodowych ani tym bardziej poszukiwanie utraconej metafizyki. Nazwałbym ją raczej zachowawczym demokratyzmem: owszem, literatura współtworzy narodową wspólnotę, ale jest to literatura rozumiana w duchu Norwida i Brzozowskiego, taka, dla której wzorcem pozostaje skandynawskie, nowoczesne i zlaicyzowane społeczeństwo, borykające się ze swoimi podziałami klasowymi – nie bez powodu najnowszej książce poetyckiej, Reprezentacji zwierząt, patronuje właśnie Norwid.
Być może dlatego tytuł całego zbioru został zaczerpnięty ze szkicu o Tove Ditlevsen, co sygnalizuje dwa aspekty, które jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie wydawały się aż tak istotne ani w samej młodej literaturze, ani w dziele Sośnickiego, a które zyskały na znaczeniu w ostatniej dekadzie: realizm i klasowość. Specyfika prozy Ditlevsen doskonale odpowiada na nasze rozterki dlatego, że przychodzi z odmiennej tradycji, ze społeczeństwa, w którym walki klasowe nie kojarzą się aż tak ideologicznie ze stalinowskim terrorem, a miejsce literatury w życiu zbiorowym nie jest wyznaczane przez romantyczną filozofię poety jako inkarnacji ducha narodu. Bliski Sośnickiemu etos pracy, nawet pewien rodzaj protestanckiej cnoty pracowitości, prowadzący zarówno do porządkowania rzeczywistości wokół, jak i do napięć wokół tego akceleracjonistycznego podejścia, doskonale łączy się z wyborami estetycznymi z tomu: raczej późny romantyzm, poznańskie inspiracje Nową Falą, literatura realistyczna lub społeczna, zaangażowanie w tworzenie obrazu świata, ale bez ulegania modom emancypacyjnym czy pojęciowym, pożyczanym od nowej humanistyki.
Najciekawsze pytanie w kontekście Podwójnych zębów… dotyczy jednak nie tego, o czym mówią nam eseje Sośnickiego, ale tego, czy da się je przeczytać obok jego własnej instrukcji? Nie mam bowiem wątpliwości, że jeśli coś interesującego jest w gatunku eseju, w jego Montaigne’owskim ujęciu, czyli jako próbowania się z tematem, formą, językiem, to właśnie ów pisarz, który poprzez niego mierzy i przepisuje samego siebie, a nie po prostu recenzuje interesujące go książki lub rozprawia o nich w nieco bardziej problemowym ujęciu. Z tej perspektywy książkę Sośnickiego czyta się oczywiście jako swoistą spowiedź, próbę pokazania konsekwencji pewnego modelu myślenia, ale i powolnego zwrotu w nim, przypadającego gdzieś na połowę poprzedniej dekady, tak jakby wybór wierszy Wysokie ogniska z 2014 roku rzeczywiście oznaczał dla poety jakieś poznawcze cięcie i uświadomił mu lepiej jego własne położenie.
Poezja „Nowego Nurtu”, z jej afirmacją codzienności, elegijno‑metafizycznymi formami i ironicznym podmiotem, wyłania się bezpośrednio z „brulionu”, stanowi jego przedłużenie, a wczesnemu Sośnickiemu naprawdę blisko było do wyalienowanego, zmarzniętego „ja” Świetlickiego – toteż jego dotyczy najwcześniejszy szkic w Podwójnych zębach…, datowany na 2006 rok. Po stronie poezji sytuują się w tomie jeszcze eseje o Audenie, Szymborskiej (jej nieudanym debiucie) i Julianie Kornhauserze. Sośnicki wyraźnie pozycjonuje się jako czytelnik tradycji i zaznacza trzy swoje „gniazda”. Po drodze autora interesują jednak bardzo konkretne tematy: dom (mieszkanie i zamieszkiwanie, filozofia osiadania w miejscu, związane z tym kategorie zarządzania, urządzania i goszczenia), wspólnota (w ujęciu obywatelskim i hmm… laicko chrześcijańskim), filozoficzny potencjał literatury, obrona przeszłości, a nawet przeszłość jako alternatywa, jakaś szansa dla tego, co nadejdzie.
Od tej przeszłości przechodzimy do znacznie bardziej aktualnej części o prozie, a więc powstającej również przy okazji obowiązków zawodowych: o obserwacji świata, codzienności, sztuce dawania głosu temu, co inne – historyczne, traumatyczne, dziwaczne. Kwestia mimetyczna, to, jak sztuka odbija świat lub charakterystyczne dla niego napięcia, staje się w książce coraz ważniejsza i powoli kieruje nas – od szkiców o Maksie Blecherze, Januszu Rudnickim, Barbarze Woźniak, Mateuszu Górniaku i Tove Ditlevsen – ku części poświęconej „esejom innych”, czyli o krytyce: o pisaniu Eliota Weinbergera i porównaniu fantazji o rzeczywistości (różnych wariantów powrotu Realnego – rzeczy szczególnie istotnej z perspektywy przepracowania poststrukturalnej ironistki w samym Sośnickiem) u Ferrarisa, Kujawy i Fishera.
Ciekawie wybrzmiewa też ostatni tekst tomu, zamieszczony na prawach posłowia: Straszna niestosowność. W jego świetle całe Podwójne zęby… czyta się trochę jak rewizjonistyczne gesty pisarzy PRL, tylko tutaj na ławie oskarżonych znajduje się postmodernistyczna lekkość życia. Przechodzimy bowiem od „dwóch dekad Biura Literackiego”, szkic z 2015 roku, do czterech akapitów uzupełnienia „po dziesięciu latach” spisanych w roku 2025. W tym czasie zmieniła się sytuacja geopolityczna: pandemia i wojna wywołana przez Rosję nadają niektórym z tych tekstów nieco inne odcienie i przypominają, że pewien model literatury – skandynawskiego demokratyzmu, opartego na modernistycznych cnotach – jest wyborem raczej bogatych, bezpiecznych społeczeństw posthistorycznych.
Zamykający książkę szkic wydobywa też z samego Sośnickiego jako recenzenta i eseisty elementy, które można było dostrzec kątem oka w jego poezji, a które nie zawsze w pełni w niej wybrzmiewały. Stawką literatury pięknej jest w tej optyce mimo wszystko prawda. Włącza się ona w etyczny spór o pewniki (fakty i uniwersalia), opisuje, a nie symuluje, raczej prowadzi do rozpoznania i krytycznej weryfikacji, niż zachęca do gry w sobowtóry. Ta późnomodernistyczna, ale jawnie wymierzona w postmodernistyczny tekstualizm propozycja estetyczna to swoiste przebudzenie samego poety, ruch ku rzeczywistości, w której szuka on miejsca dla siebie jako pisarza i intelektualisty. Jeszcze bardziej odsłania ona też powiązania Sośnickiego z Nową Falą, o których swego czasu pisał Adam Poprawa. Zarazem szkoda, że nie znalazło się już w Podwójnych zębach… miejsce na jakiś tekst o polityczno‑filozoficznej rozprawie Kujawy W myśl praw geometrii, bo zdaje się, że wiele jej rozpoznań jest bliższych Sośnickiemu niż schizoanalityczne wywody ze streszczanych Pocałunków ludu.
W swojej recenzji na łamach „Nowych Książek” (2026 nr 1) Wojciech Rusinek stwierdza, że „Sośnicki wybiera raczej formę książki‑notatnika lektur; swobodnie przeskakując między różnymi polami literackimi, daje wyraz osobistym fascynacjom czytelniczym, co jest ważniejsze niż uporządkowany wykład literaturoznawczy”, oraz że „Najciekawsze efekty daje przyjęta przez Sośnickiego metoda wszędzie tam, gdzie udaje się zdemaskować oczywiste, zakorzenione interpretacje”, czego najlepszym przykładem jest pisany w kontrze do modnych odczytań emancypacyjnych szkic o Ditlevsen. Oczywiście Podwójne zęby… w żadnym razie nie są traktatem literaturoznawczym – nie mają w sobie nic z akademickiej rutyny – i same na każdym kroku odsłaniają rozpiętość czasową tekstów oraz prywatny charakter świadectw autora Marlewa. Nie powiedziałbym jednak, że jest to notatnik lektur, przeskakujący między „różnymi polami literackimi”, choć bez wątpienia szkicowość wielu analiz mogłaby to sugerować. To raczej zapis wyborów etycznych i historia zmian pozycji zajmowanych w jednym, spójnym polu literackim, kierującym się – w ujęciu Sośnickiego – ograniczoną autonomią, ale wspólnym etosem. Autor Podwójnych zębów… podąża za swoimi fascynacjami, odkryciami, za pisarzami, którym towarzyszył również jako redaktor – choćby za Górniakiem. Nie dzieli się jednak zawartością „starej szuflady”, nie odkrywa całkiem zapomnianych głosów, nie prowadzi życia wewnętrznego na miarę dawnych inteligentów, czyli takiego, które istnieje niezależnie od sfery politycznej i zawodowej mimikry. Przeciwnie: zręcznie utrzymuje się na powierzchni pola literackiego, wśród jego aktualnych problemów i koniunktur, nawet jeśli omawianych autorów wybiera (rzekomo) z „drugiego szeregu” i przygląda się im poprzez filtr „podwójnych zębów” – cokolwiek miałoby to znaczyć.
Najistotniejsze w pisaniu Sośnickiego wydaje się właśnie to „pragnienie rzeczywistości”. Nawet wówczas, gdy docenia on swego rodzaju ahistoryczność wysokiego modernizmu, w towarzystwo Eliota i Pounda wpuszcza „swojego” Audena i jego młodzieńcze przeżycie agape: „Lubię myśleć, że to właśnie tędy, przez pewien angielski trawnik, poezja europejska przeszła znowu na stronę żywych”. Pamiętam, jak przed laty (szkic jest z 2014) ten poetycki fragment zatrzymał mnie na dłużej: na stronę żywych? Znowu? Dlaczego znowu? Recenzja wyboru wierszy Kornhausera w opracowaniu Michała Larka też jest jakby pod prąd: Sośnicki chce odzyskać generacyjność nowofalowego poety i czas historyczny, nawet jeśli były one jego klątwą. „Kluczowy dla Kornhausera gest zaangażowania w świat, jeśli traktować go poważnie, musi mieć konsekwencje polityczne” – pisze autor Marlewa. Nieważne, że aktualność wiersza szybko się wyciera, a komentarz do teraźniejszości traci swój kontekst. Dalej stwierdza:
Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby czytać ten fragment jako komentarz autotematyczny, jak zresztą wiele innych w tym tomie. Gdy we wczesnej fazie recepcji Blechera, pisarza wówczas prawie u nas nie znanego, a w ostatnich latach wręcz kultowego, Sośnicki tworzy jego sylwetkę, w ciekawy sposób konfrontując go z Schulzem – choć tę „wspólnotę mitu habsburskiego”, jak określiła to Marjorie Perloff, można by twórczo pogłębić – pisze: „«Nadzwyczajny chaos, pełen okrutnych niedoli i ekstatycznych szczęśliwości» – oto jak jawi się narratorowi rzeczywistość”. To właściwie antyautocharakterystyka samego Sośnickiego, narratora pewnego siebie, ale statecznego, zachowawczego, na swój sposób dżentelmeńskiego, który zwraca się do czytelników per „Państwo”. Raczej się też nie wzrusza i nie deklaruje uniesień, a jeśli już, to w formie z „ale”: „Znowu konstelacja rzeczy. Wspaniała jest ta rozbita kostka cukru, materia aż chrzęści! Ale kompozycja składa się z dwóch elementów. Nóż, który bywa niekiedy przyłożony do szyi, tutaj sam tę szyję wyciąga. Jest bezbronny” – pisze o jednym z wierszy Kornhausera.
Sośnicki streszcza, a następnie wartościuje bezwzględnie („Pustostany – debiut marzenie”, „Życiorysta to dobry tytuł”), buduje obrazy‑metafory, zdarzy mu się też zażartować na zasadzie parafrazy („Czytanie życiorysów Rudnickiego, żeby zacytować mojego ulubionego recenzenta, czyli mnie, to coś jak skakanie po dachach wagonów przynajmniej dwóch pociągów”). Zarazem, pozytywnie oceniając Cukry Doroty Kotas, poucza i wskazuje, nie wiem tylko, czy prawem starszego kolegi, czy właśnie redaktora: „Nie ma wątpliwości: należy kibicować Dorocie Kotas, ale należy ją także przestrzec. Rozgrywanie życia w literaturze między baśnią a wizją emancypacji rodem z kolorowej prasy nie pozwoli jej rozwinąć się jako pisarce. Ma na to jeszcze czas, to jasne”. Co zatem pozwoli jej się rozwinąć, jeśli nie modna autofikcja, w której krytyk widzi zbyt wiele literackich ułatwiaczy? Oczywiście bycie realistką i ciężka praca. Dwie cnoty kardynalne.
Podwójne zęby… wyróżnia właśnie sposób, w jaki ta książka kreuje portret Sośnickiego jako ponowoczesnego intelektualisty, ale nie inteligenta, poety zabierającego głos poza wierszem, bez ironii, masek i tekstualnych gier. W tonie tych esejorecenzji, w kadencji zdań, dobrze słychać głos autora: stateczny, czasem ironizujący, na ogół zachowawczy, ale nie pozwalający się zepchnąć na konserwatywne pozycje. Szczególnie dobrze widać to w reportażu podróżniczym, opisującym peregrynację do austriackiego Kirchstetten w trakcie tłumaczenia Audena. Zawieszone w przeszłości muzeum, zajmujące część dawnego domu poety, nie jest gotowe na przyjęcie gościa zza granicy, a właściwie żadnego gościa. Nie wiadomo, czy Auden ma tam dla kogokolwiek jeszcze jakieś znaczenie, czy jego ducha wywołuje ponownie sam Sośnicki, dziwny pielgrzym, ostatni poeta, który postanowił wyruszyć w przeszłość, żeby lepiej zrozumieć „miejsce”.
Wydaje mi się, że to właśnie takie teksty odsłaniają mechanizm Podwójnych zębów… lepiej niż innowacyjne i tworzone „pod prąd” interpretacje. To dzięki nim bowiem czytanie i pisanie literatury zostaje na powrót osadzone w świecie. Odsłaniają się wówczas różne prędkości historii, których niewspółmierność najbardziej interesuje autora w tym zbiorze. Jest to zatem bardziej książka o tym, co „wydarza się” (historycznie) i o tym, co „przydarzyło się” nam jako wspólnocie, niż po prostu o czytaniu poezji i prozy. „Front” z podtytułu, choć ma niezręczne konotacje w sytuacji obecnej wojny, rozdziela w samym Sośnickim ahistoryczną przestrzeń literackiego eskapizmu i sferę etycznych zobowiązań, których sprawdzianem okazuje się sama egzystencja. Celem tej krytyki, by sięgnąć po tytułową metaforę esejów Michała Pawła Markowskiego, nie jest „życie na miarę literatury”, lecz „literatura zwrócona ku życiu”.
