6/2026

Tadeusz Pióro

Dobrostan

Drzemką umilał sobie czas czekania Laubzega, drzemką, która niepostrzeżenie zmieniła się w głęboki sen. We śnie słuchał programu trzeciego Polskiego Radia, relacji z podróży dziennikarza do Dobrostanu, autonomicznej republiki postsowieckiej na Dalekim Wschodzie. Wynikało z tej relacji, że w Dobrostanie piękno przyrody jest niezrównane, że energia pochodzi tylko z odnawialnych źródeł, że prawo i sprawiedliwość są na poziomie europejskim, a w dodatku bimba i lola forever, dopowiedział sobie Laubzega. Zza chmur wysunęło się słońce, budząc go. Ktoś siedział obok niego na ławce, więc wymamrotał: Wszystkie miejsca zajęte, zanim przejrzał na oczy i rozpoznał w intruzie Starego Pierdziela.

– Jak ci poszło? – zapytał. – Mamy sponsoring?

– Na cztery fajerki – odparł Stary Pierdziel.

– No to supcio, bo mam pomysł…

– Tylko nie to…

– Pomysł na reportaż. Do pierwszego numeru.

– Reportaż o czym niby?

– O Dobrostanie niby.

– Zaznałeś?

– Jeszcze nie na własnej skórze, ale pojedziemy tam w delegację.

– Niby dokąd?

– Do Dobrostanu, przecież mówię.

– To tam się jeździ? Myślałem, że on sam przychodzi…

– Tak, przychodzi, jak góra do Mahometa. Zrozum, człowieku, to jest taki sam stan jak Kurdystan czy Baluchistan, miejsce na ziemi czy raczej na morzu, bo to wyspa taka mała, położona w pobliżu kraju kwitnącej wiśni…

– Skąd o niej wiesz?

– Z radia. To nie jest żaden chwyt reklamowy, koleś tam był i opowiadał. Teraz my pojedziemy, jak sponsor przysponsoruje. To jakiś sensowny gość?

– Nie wiem, rozmawiałem tylko z jego ciotką, ale ona go reprezentuje w sprawach biznesowych, i była pewna, że kaszanę przeleje. Może będzie chciał trochę zmienić tytuł gazety, powiedziała, ale nic ponadto. Tylko jak my się tam dostaniemy, skoro to taka mała wysepka?

– Trzeba będzie dolecieć do jakiejś większej, a stamtąd popłynąć promem, w ostateczności kutrem rybackim, ty wiesz, ile tam jest ryb, w tym morzu arktycznym czy koralowym? Normalnie je wyławiają siatką na motyle…

– No dobrze, ale jak tam już będziemy, to co dalej?

– Walimy prosto do ministra sportu i turystyki i nagrywamy rozmowę.

– Ale po jakiemu mamy rozmawiać?

– On po swojemu, my po naszemu, normalnie.

– A jak miałaby się w takim razie nawiązać nić porozumienia?

– To załatwi Google Translator.

– Niby kto?

– Taki mały robot. Mieści się w kieszeni i nic nie kosztuje. Rozwinie nam nić jak ta laska z labiryntu. Ale właśnie, do tej roboty, tak w ogóle, nie tylko do wyjazdu, przydałaby się nam rozgarnięta kobitka, co potrafi wszystko ogarnąć w profesjonalnej redakcji. Nie znasz czasem takiej? Tyle kobitek w życiu zaznałeś…

– Niech pomyślę. Może pani Marzenka…

– Posiada doświadczenie organizacyjne?

– Na pewno zorganizowała rajd syrenek. Tam ją poznałem.

– Ożesz ty! Rajdowałeś z syrenkami?

– A jakże! Kiedy ty srajbowałeś z hipsterami, ja rajdowałem z syrenkami.

– No, opowiedz coś! Ogoniaste były? Machały szabelkami?

– Nie, mój drogi, popierdalały na etylinie 78. To takie auta, te syrenki. Zabytkowe.

– Eee, a już myślałem…

– Ale pani Marzenka powinna się nadać. Bitwa pod Grunwaldem.

– Bitwę pod Grunwaldem zorganizowała?

– Coś ty, taką ma ksywkę. Bitwa pod Grunwaldem.

– To brzmi groźnie…

– Dlaczego? Przecież wygraliśmy.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.