Doświadczenia sensualne podmiotu lirycznego Dziesięciu… w istocie zorganizowane są wokół dwóch najważniejszych elementów: ruchu oraz patrzenia. Pszoniak – trafnie skądinąd – rozpoznaje, że mamy tutaj do czynienia z „ciągłym ruchem”. Wydaje się, że autor Nieba nad Sosnowcem potęguje to wrażenie, wykorzystując w tytułach przeważającej części tekstów asterysk – zabieg ten bowiem pozwala uwolnić wiersze od często niejednoznacznej gry znaczeniowej z tytułem i od razu zanurzyć czytelnika w sytuację liryczną prezentowaną w wierszu. Odnajdywanie się w przestrzeni, poruszanie się w niej ma zaś w pierwszej kolejności charakter strategii postrzegania: komponent wizualności (percepcji wzrokowej) jest więc przez Brzoskę niemal obsesyjnie pseudonimowany w gęsto powracających czasownikach/rzeczownikach/imiesłowach. Podmiot liryczny w tekstach Brzoski: widzi (s. 6, 8, 35), przygląda się (s. 7), patrzy (s. 8), obserwuje (s. 12), wpatruje się (s. 16), zastaje odbicie twarzy (s. 28) lub wyłania się znienacka (s. 6); innym razem codziennie okrąża miasto, „przeglądając się w nim jak w widmie” (s. 7), to znów pragnie „zamieszkać w więzieniu z widokiem” (s. 24).
Problem w tym, że to, co mogłoby być świadomie obraną przez poetę strategią komunikacyjną, przy bliższym przyjrzeniu okazuje się w dużym stopniu nijakie i nie konotuje żadnych dodatkowych znaczeń. Choć sam przed laty dowodziłem, jak ważną funkcję dla poezji Brzoski pełni aspekt wizualności (zob. Poeta jako broker słów, „Wyspa”, nr 3/2015), to w przypadku Dziesięciu… mamy do czynienia z czymś, co można nazwać przaśnością postrzegania. To sytuacja, w której podmiot liryczny wypowiada się raczej pod przymusem Mickiewiczowskiego „widzę i opisuję”, aniżeli hołduje fenomenologicznym ujęciom widzenia. Warto jednocześnie w tym miejscu wyartykułować zasadne pytanie o redakcję tomu. Dla ilustracji problemu przytaczam w całości fragment jednego z wierszy (⁂[mówią mi, że teraz wyglądam jak]), w którym dokonuję stosownych wyróżnień:
mój syn (czyli nie istnieję).
a jednak: pod gniazdem jaskółek
straszę ludzi.
przezroczysty –
wyłaniam się znienacka
po obu stronach drzwi
na klatce schodowej.
widać wszystko przeze mnie.
– o jezu! – krzyczy na mój widok
młoda dziewczyna, a ptaki
(czyli owady) zwiastują deszcz.
dreszcz najlepiej widać
na czarnym tle.
Poeta sam podkreślał, że jego teksty poetyckie stanowią często próbę uchwycenia czegoś na kształt filmowego kadru – tekstowej odbitki cyfrowego obrazu. W wywiadzie przeprowadzonym przez Ryszarda Chłopka przekonywał, że
Konsekwentnie przez lata Brzoska wypracowywał idiosynkratyczny głos poetycki, w którym hołdował wspomnianej „obrazkowości” wierszy, repertuar środków, za pomocą których rozwijał własny idiom, stanowiły zaś przede wszystkim jukstapozycja oraz przerzutnia. Niestety w przypadku Dziesięciu… nawet i te środki zawodzą. To, co niegdyś udawało się autorowi bardzo zgrabnie domykać w utworach pod szyldem wywrotowej eksplikacji znaczeń (np. w tomie W każdym momencie, na przyjście i odejście, gdzie w wierszu po grabki czytamy: „«chodź, idziemy do piachu» – mówiła matka / do swojego synka”) – dziś okazuje się zaledwie echem przeszłości. Emblematyczny dla rozczarowań, jakie przynosi nowy tom Brzoski, wydaje się chociażby ten oto wiersz:
niewidzianą koleżankę z przedszkola
i podstawówki.
najpierw wpatrujemy się w siebie
dłuższą chwilę, nie potrafiąc
rozpoznać.
później mój siedzący obok kolega
z branży kryminalnej mówi:
zaciera ślady.
nie mając na myśli czasu,
tylko człowieka wycierającego z parkietu
pot po upadłym człowieku
W najnowszej książce Brzoski są oczywiście teksty, w których stawką rozbicia wersyfikacyjnego jest rodzaj semantycznej przewrotki w kulminacyjnym punkcie wiersza, często przypominające slamerski panczlajn (jak w wierszach monowizja oraz logika). Problem jednak w tym, że takich utworów – jak dobrych panczów w rodzimym rapie – jest tutaj jak na lekarstwo, a manieryczność przerzutni zamienia się wręcz w pretensjonalną, niczym nieuzasadnioną licentia poetica, czyli nieczytelne znaczeniowo nadużywanie przeniesień w tekście:
ilu mnie w pędzie było?
kto jaki pozostał, a ilu jakich
ubyło?
czy też, jak wczoraj, już tylko z tobą
bywam wspólny
ze sobą?
[…]
dziś twoje odchwaszczanie
ogrodu.
życie jest przygotowywaniem ziemi
na naszą obecność.
dbaniem o jej
powierzchnię.
[…]
– cieszę się, że jesteś nikim – powiedziało dziecko
do matki, to miał być komplement, ale ona jeszcze bardziej
posmutniała.
tymczasem tylko dzieci i mądrzy
koledzy wiedzą, że ważne jest gdzie indziej.
Jeśli więc uznać wagę za metaforę opisującą ocenianie tego, jak zrealizowany został pisarski zamiar, to w książce Brzoski na pierwszej szali należałoby położyć autorską strategię komunikacji, a na drugiej – redaktorską czujność (lub jej brak). Problem w tym, że w Dziesięciu… równowaga między tymi elementami jest czymś zgoła pozornym: tam, gdzie redakcyjne cięcia mogłyby zostać zastosowane z korzyścią dla artystycznej spójności tomu – po prostu nie zostają zastosowane. Chybione okazują się zatem przyjęte w książce rozwiązania nie tylko warsztatowe (manieryczność przerzutni), lecz także częstokroć leksykalne (jak ma to miejsce np. w cytowanym już wcześniej wierszu ⁂[mówią mi, że teraz wyglądam jak]). W konsekwencji ani Brzoska, ani Joanna Mueller oraz Olgierd Dziechciarz (redaktorzy tomu) nie są w stanie zaproponować niczego szczególnego, co nie przyprawiałoby czytelnika o wzruszenie ramion.
Artystyczna wizja świata sprawdza się tam, gdzie Brzoska dotyka dobrze sobie znanych tematów, tj. miłości oraz śmierci. W przypadku tej ostatniej szczególną uwagę zwraca powracające w wierszach słowo „rozkład”, którego homonimiczną wieloznaczność – tym razem przekonująco – autor Fuertemuerte wykorzystuje raz po raz:
nasze powidoki
znany rozkład
rysów odchodzi.
[…]
dopiero dzisiaj, kupując bilet,
zrozumiałem ten ciemny prześwit
na żółtej pociągowej
tablicy.
PRZYSZŁY ROZKŁAD.
samo życie.
Zmianę tonu wypowiedzi zaobserwować można również w erotykach Brzoski zawartych w Dziesięciu… Teksty stanowiące rodzaj afirmatywnego ujęcia relacji miłosnej (wzajemna troska, czułość wkładana w praktyki dnia codziennego) – które niemal od debiutu dostrzegalne jest w tej poezji – w Dziesięciu… zostają dopełnione o utwory wyrażające reguły miłosnego współbycia za pomocą żartobliwej wypowiedzi, jak np. w tym oto wierszu:
wyślij mi pinezkę.
zakłuj mnie
w serce.
Przy okazji pisania tej recenzji zorientowałem się również, że na dziś (tj. 27 sierpnia 2025) Dziesięciu… nie towarzyszy właściwie żadna recepcja krytycznoliteracka. Pojawia się pytanie: dlaczego tak jest. Wytłumaczenia takiego stanu rzeczy są – zaryzykujmy pożyteczne uproszczenie – co najmniej trzy. Pierwsze z nich odsyła do reguł pola literackiego: książka Brzoski została wydana nakładem Fundacji Kultury „Afront”, co każe zapytać o zabiegi marketingowo‑promocyjne niszowego wydawnictwa oraz redystrybucję prestiżu w literackim obiegu. Przyjmując jednak, że Brzoska nie jest kompletnie nieznanym poetą, „Afrontowi” zaś udało się zadbać o co najmniej przyzwoitą listę adresów recenzenckich, pozostają już tylko dwa możliwe wytłumaczenia: albo książka jest trudna, stawia szczególny opór czytelnikom, albo książka jest nudna, nie dostarcza tym samym szczególnych przeżyć lekturowych. W moim krytycznoliterackim teleturnieju wybieram tę ostatnią odpowiedź.
O ile bowiem zgadzam się z Anną Kałużą, która niedawno na łamach „Dwutygodnika” w szkicu Nie na miejscu wymieniała poprzednią książkę Brzoski (Fuertemuerte, Łódź 2024) wśród innych ciekawych zeszłorocznych książek poetów ze Śląska, o tyle nie można tego samego powiedzieć o Dziesięciu tysiącach kroków – tomie na wskroś przezroczystym. Wydaje się bowiem, że formuła, aby użyć obserwacji Kałuży, „miejskich opowieści o codzienności” w przypadku twórczości Brzoski wyczerpała się. Autor Wierszy podejrzanych zaprasza więc do spaceru na własnych, sprawdzonych warunkach estetycznych, ale już po pierwszej lekturze jego najnowszego tomu okazuje się, że tym razem – odpowiadając na pytanie postawione w tytule recenzji – to „dziesięć tysięcy / kroków // nie wiadomo dokąd”.
