11/2025

Przemysław Kuliński

Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?)

Tytuł niniejszej recenzji to z jednej strony czytelne nawiązanie do ostatniego zbioru wierszy Wojciecha Brzoski, z drugiej – do towarzyszącego mu blurba autorstwa Jakuba Pszoniaka. Ten ostatni wskazuje bowiem, że: „Dziesięć tysięcy kroków to spacer, który nie ma początku, ale i nigdy i nigdzie się nie kończy”. Mechanika blurba rządzi się oczywiście swoimi prawami, zogniskowanymi przede wszystkim wokół zabiegów marketingowo‑promocyjnych. Przytoczony fragment wydał mi się jednak na tyle interesujący, aby uczynić z niego punkt wyjścia własnej recenzji i zasygnalizować już na wstępie, że każdy spacer – szczególnie wytyczony przez znajomy szlak stylistycznych zabiegów i lejtmotywów – może na dłuższą metę wydać się odrobinę nużący.

Doświadczenia sensualne podmiotu lirycznego Dziesięciu… w istocie zorganizowane są wokół dwóch najważniejszych elementów: ruchu oraz patrzenia. Pszoniak – trafnie skądinąd – rozpoznaje, że mamy tutaj do czynienia z „ciągłym ruchem”. Wydaje się, że autor Nieba nad Sosnowcem potęguje to wrażenie, wykorzystując w tytułach przeważającej części tekstów asterysk – zabieg ten bowiem pozwala uwolnić wiersze od często niejednoznacznej gry znaczeniowej z tytułem i od razu zanurzyć czytelnika w sytuację liryczną prezentowaną w wierszu. Odnajdywanie się w przestrzeni, poruszanie się w niej ma zaś w pierwszej kolejności charakter strategii postrzegania: komponent wizualności (percepcji wzrokowej) jest więc przez Brzoskę niemal obsesyjnie pseudonimowany w gęsto powracających czasownikach/rzeczownikach/imiesłowach. Podmiot liryczny w tekstach Brzoski: widzi (s. 6, 8, 35), przygląda się (s. 7), patrzy (s. 8), obserwuje (s. 12), wpatruje się (s. 16), zastaje odbicie twarzy (s. 28) lub wyłania się znienacka (s. 6); innym razem codziennie okrąża miasto, „przeglądając się w nim jak w widmie” (s. 7), to znów pragnie „zamieszkać w więzieniu z widokiem” (s. 24).

Problem w tym, że to, co mogłoby być świadomie obraną przez poetę strategią komunikacyjną, przy bliższym przyjrzeniu okazuje się w dużym stopniu nijakie i nie konotuje żadnych dodatkowych znaczeń. Choć sam przed laty dowodziłem, jak ważną funkcję dla poezji Brzoski pełni aspekt wizualności (zob. Poeta jako broker słów, „Wyspa”, nr 3/2015), to w przypadku Dziesięciu… mamy do czynienia z czymś, co można nazwać przaśnością postrzegania. To sytuacja, w której podmiot liryczny wypowiada się raczej pod przymusem Mickiewiczowskiego „widzę i opisuję”, aniżeli hołduje fenomenologicznym ujęciom widzenia. Warto jednocześnie w tym miejscu wyartykułować zasadne pytanie o redakcję tomu. Dla ilustracji problemu przytaczam w całości fragment jednego z wierszy (⁂[mówią mi, że teraz wyglądam jak]), w którym dokonuję stosownych wyróżnień:

mówią mi, że teraz wyglądam jak

mój syn (czyli nie istnieję).

a jednak: pod gniazdem jaskółek

straszę ludzi.

przezroczysty –

wyłaniam się znienacka

po obu stronach drzwi

na klatce schodowej.

widać wszystko przeze mnie.

– o jezu! – krzyczy na mój widok

młoda dziewczyna, a ptaki

(czyli owady) zwiastują deszcz.

dreszcz najlepiej widać

na czarnym tle.


Czy widać? Ano widać – językowo‑semantyczną przezroczystość wiersza, której nazbyt wiele w tekstach pomieszczonych w najnowszym tomie Brzoski. Mam tu na myśli przede wszystkim brak redaktorskiej czujności, która mogłaby przyczynić się do zminimalizowania podobnych, nieefektywnych znaczeniowo wyborów językowych poety.

Poeta sam podkreślał, że jego teksty poetyckie stanowią często próbę uchwycenia czegoś na kształt filmowego kadru – tekstowej odbitki cyfrowego obrazu. W wywiadzie przeprowadzonym przez Ryszarda Chłopka przekonywał, że

jako poeta też chyba bardzo często myślę „obrazami”, a bohaterów niektórych moich wierszy filmy po prostu „dopadają” gdzieś nagle, dość nieoczekiwanie i ja każę im w nich grać – nie mają wyjścia (śmiech). A wracając do „obrazów”, „kadrów” – od dwóch lat coraz intensywniej interesuję się fotografią, to też chyba nie przypadek…


Konsekwentnie przez lata Brzoska wypracowywał idiosynkratyczny głos poetycki, w którym hołdował wspomnianej „obrazkowości” wierszy, repertuar środków, za pomocą których rozwijał własny idiom, stanowiły zaś przede wszystkim jukstapozycja oraz przerzutnia. Niestety w przypadku Dziesięciu… nawet i te środki zawodzą. To, co niegdyś udawało się autorowi bardzo zgrabnie domykać w utworach pod szyldem wywrotowej eksplikacji znaczeń (np. w tomie W każdym momencie, na przyjście i odejście, gdzie w wierszu po grabki czytamy: „«chodź, idziemy do piachu» – mówiła matka / do swojego synka”) – dziś okazuje się zaledwie echem przeszłości. Emblematyczny dla rozczarowań, jakie przynosi nowy tom Brzoski, wydaje się chociażby ten oto wiersz:

na meczu koszykówki spotykam bardzo dawno

niewidzianą koleżankę z przedszkola

i podstawówki.

najpierw wpatrujemy się w siebie

dłuższą chwilę, nie potrafiąc

rozpoznać.

później mój siedzący obok kolega

z branży kryminalnej mówi:

zaciera ślady.

nie mając na myśli czasu,

tylko człowieka wycierającego z parkietu

pot po upadłym człowieku


Kodowanie znaczeń odbywa się tu na dwa sposoby: poprzez zbudowanie sytuacji lirycznej opartej na kontekstualnym wykorzystaniu wyrażenia „zacierać ślady” oraz – co warto niejako podkreślić – nieco manierycznym rozbiciu zdań wiersza za pomocą przerzutni. W szczególności drugi z przywołanych elementów wydaje się nie mieć wystarczającego uzasadnienia: ani na poziomie znaczeniowym (uzyskiwania dodatkowych sensów za pomocą tego rodzaju przerzutni), ani na poziomie prozodycznym (interpretacji głosowej wiersza warunkowanej przez takie, a nie inne zastosowanie rozbicia wersów).

W najnowszej książce Brzoski są oczywiście teksty, w których stawką rozbicia wersyfikacyjnego jest rodzaj semantycznej przewrotki w kulminacyjnym punkcie wiersza, często przypominające slamerski panczlajn (jak w wierszach monowizja oraz logika). Problem jednak w tym, że takich utworów – jak dobrych panczów w rodzimym rapie – jest tutaj jak na lekarstwo, a manieryczność przerzutni zamienia się wręcz w pretensjonalną, niczym nieuzasadnioną licentia poetica, czyli nieczytelne znaczeniowo nadużywanie przeniesień w tekście:

[…]

ilu mnie w pędzie było?

kto jaki pozostał, a ilu jakich

ubyło?

czy też, jak wczoraj, już tylko z tobą
bywam wspólny

ze sobą?

[…]

dziś twoje odchwaszczanie

ogrodu.

życie jest przygotowywaniem ziemi

na naszą obecność.

dbaniem o jej

powierzchnię.

[…]
– cieszę się, że jesteś nikim – powiedziało dziecko

do matki, to miał być komplement, ale ona jeszcze bardziej

posmutniała.

tymczasem tylko dzieci i mądrzy

koledzy wiedzą, że ważne jest gdzie indziej.


Nie sposób odnaleźć w cytowanych wyżej fragmentach przekonującego interpretacyjnie uzasadnienia, dla którego w taki, a nie inny sposób Brzoska dokonuje tak wyraźnego rozbicia wersyfikacyjnego w obrębie wersów, a nawet całych strof wierszy.

Jeśli więc uznać wagę za metaforę opisującą ocenianie tego, jak zrealizowany został pisarski zamiar, to w książce Brzoski na pierwszej szali należałoby położyć autorską strategię komunikacji, a na drugiej – redaktorską czujność (lub jej brak). Problem w tym, że w Dziesięciu… równowaga między tymi elementami jest czymś zgoła pozornym: tam, gdzie redakcyjne cięcia mogłyby zostać zastosowane z korzyścią dla artystycznej spójności tomu – po prostu nie zostają zastosowane. Chybione okazują się zatem przyjęte w książce rozwiązania nie tylko warsztatowe (manieryczność przerzutni), lecz także częstokroć leksykalne (jak ma to miejsce np. w cytowanym już wcześniej wierszu ⁂[mówią mi, że teraz wyglądam jak]). W konsekwencji ani Brzoska, ani Joanna Mueller oraz Olgierd Dziechciarz (redaktorzy tomu) nie są w stanie zaproponować niczego szczególnego, co nie przyprawiałoby czytelnika o wzruszenie ramion.

Artystyczna wizja świata sprawdza się tam, gdzie Brzoska dotyka dobrze sobie znanych tematów, tj. miłości oraz śmierci. W przypadku tej ostatniej szczególną uwagę zwraca powracające w wierszach słowo „rozkład”, którego homonimiczną wieloznaczność – tym razem przekonująco – autor Fuertemuerte wykorzystuje raz po raz:

w fantomowych lustrach

nasze powidoki

znany rozkład

rysów odchodzi.

(dokądś)


[…]
dopiero dzisiaj, kupując bilet,

zrozumiałem ten ciemny prześwit

na żółtej pociągowej

tablicy.

PRZYSZŁY ROZKŁAD.

samo życie.

>(jazdy)


Ewokowane w wierszach obrazy przemijania zdają się z powtarzać artystyczne stanowisko Brzoski, które przed laty wybrzmiewało w wersach: „albowiem każdemu co innego pisane. / mi raczej pisać o śmierci” (modlitwa trumienna z tomu W każdym momencie, na przyjście i odejście). Nie sposób nie zauważyć jednak, że tanatologiczny wymiar tekstów z najnowszego zbioru niejednokrotnie przybiera charakter zinterioryzowanego doświadczenia śmierci, np. za pomocą żartobliwego tonu (jak chociażby w przywoływanym już wierszu jazdy czy w niezłym wieku, gdzie Brzoska zgrabnie dokumentuje: „niezły wiek – // dopisek różowym flamastrem / na klepsydrze // drugie życie”). Tego rodzaju zabieg – pogodzenie ze śmiercią dzięki nabraniu do niej dystansu – stanowi coś istotnie nowego w tej twórczości.

Zmianę tonu wypowiedzi zaobserwować można również w erotykach Brzoski zawartych w Dziesięciu… Teksty stanowiące rodzaj afirmatywnego ujęcia relacji miłosnej (wzajemna troska, czułość wkładana w praktyki dnia codziennego) – które niemal od debiutu dostrzegalne jest w tej poezji – w Dziesięciu… zostają dopełnione o utwory wyrażające reguły miłosnego współbycia za pomocą żartobliwej wypowiedzi, jak np. w tym oto wierszu:

gdziekolwiek będziesz – 

wyślij mi pinezkę.

zakłuj mnie

w serce.


Ciarki wstydu? Niewykluczone. Niemniej wydaje się, że tak jak w przeszłości udawało się Brzosce swobodnie flirtować z kampową estetyką w swoich tekstach poetyckich, tak w Dziesięciu… udaje mu się – choć niestety tylko momentami – balansować na granicy nieznośnej lekkości wiersza. Rozluźnienie poetyckiego komunikatu stanowi tutaj odpowiednik tego, co Pszoniak w swoim blurbie do książki identyfikuje jako „humor podszyty smutkiem, i smutek, który jest podszyty humorem”.

Przy okazji pisania tej recenzji zorientowałem się również, że na dziś (tj. 27 sierpnia 2025) Dziesięciu… nie towarzyszy właściwie żadna recepcja krytycznoliteracka. Pojawia się pytanie: dlaczego tak jest. Wytłumaczenia takiego stanu rzeczy są – zaryzykujmy pożyteczne uproszczenie – co najmniej trzy. Pierwsze z nich odsyła do reguł pola literackiego: książka Brzoski została wydana nakładem Fundacji Kultury „Afront”, co każe zapytać o zabiegi marketingowo‑promocyjne niszowego wydawnictwa oraz redystrybucję prestiżu w literackim obiegu. Przyjmując jednak, że Brzoska nie jest kompletnie nieznanym poetą, „Afrontowi” zaś udało się zadbać o co najmniej przyzwoitą listę adresów recenzenckich, pozostają już tylko dwa możliwe wytłumaczenia: albo książka jest trudna, stawia szczególny opór czytelnikom, albo książka jest nudna, nie dostarcza tym samym szczególnych przeżyć lekturowych. W moim krytycznoliterackim teleturnieju wybieram tę ostatnią odpowiedź.

O ile bowiem zgadzam się z Anną Kałużą, która niedawno na łamach „Dwutygodnika” w szkicu Nie na miejscu wymieniała poprzednią książkę Brzoski (Fuertemuerte, Łódź 2024) wśród innych ciekawych zeszłorocznych książek poetów ze Śląska, o tyle nie można tego samego powiedzieć o Dziesięciu tysiącach kroków – tomie na wskroś przezroczystym. Wydaje się bowiem, że formuła, aby użyć obserwacji Kałuży, „miejskich opowieści o codzienności” w przypadku twórczości Brzoski wyczerpała się. Autor Wierszy podejrzanych zaprasza więc do spaceru na własnych, sprawdzonych warunkach estetycznych, ale już po pierwszej lekturze jego najnowszego tomu okazuje się, że tym razem – odpowiadając na pytanie postawione w tytule recenzji – to „dziesięć tysięcy / kroków // nie wiadomo dokąd”.

Wojciech Brzoska: Dziesięć tysięcy kroków.
Fundacja Kultury „Afront”, Bukowno 2025, 50 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.