Jeszcze jeden mały krok. Udało się. Daj głos, raz. Hej! Dobrze, że nikt tego nie usłyszał.
Teraz łyk tej wody. Dalej, pomalutku. Stary pająk wodny na powierzchni martwego jeziora.
Płuca sterane, oddech stopniowo się kurczy („może palacze robią coś dla nowych płuc”). A choć poruszam się jak duch, nogi mam ciężkie, zimne, ciężkie; zimny ogień od kolan do stóp, w udach – zleżała lignina. Lecz poderwij się, złap tamten rytm, on nie jest szybki; rozkołysz lekko stopy, ciut lewa, ciut prawa – nikt nie patrzy – i zanuć, jak najciszej:
We walk like a ghost
O tej porze już tylko stacja benzynowa, jeszcze dwieście metrów. Ale spokojnie; bez przejść przez ulice, żadnych świateł: zdradzieckie zielone, ulga przed czerwonym. Stacja benzynowa… lecz jak to szło, nie pamiętam. Na pewno ESSO–SO–SO–SO. Absolutnie.
Stacja benzynowa i motel w Mikołowie! Mówiliśmy: „Wszystko jest w promieniu kilkuset metrów! Tu stacja benzynowa z alkoholem 24h; tam, za skrzyżowaniem… Beskid Żywiecki!”.
Oh, isn’t it wild
Lecz im mniej płuc, tym więcej koniecznych przystanków. A nie umiem powiązać momentów zaparcia tchu ze wzmożonym parciem na pęcherz. Zagadka. No i jak ta krew hałasuje. Polineuro polineuro. Znowu trzeba usiąść, ciągle trzeba siadać, gdzie się da.
W najbliższej okolicy mam teraz kilka ładnych, jasnobrązowych ławek. Zwłaszcza jedna z nich wydaje się miła, częściowo schowana pod akacją w zaroślach. Tak niedaleko domu. Mniej niż dwieście metrów. Jeśli będzie pogoda, jutro znowu przyjdę tu posiedzieć trochę dłużej, w ciągu dnia.
A może wieczorem zaśpiewam, z ukrycia lub z wysokiego stanowiska?
Ay, ay, ay, ay, ay, ay, Puerto Rico ~~~~~~~~~~
Trzeba ci tylko zabićjeszcze trochę czasu.
Trzeba ci jeszcze zabić tylko trochę czasu.
A my przed wieczorem, po powrocie z Juraty, szliśmy zjeść coś większego w Heweliuszu en Ville (bo był też w tamtych czasach Heweliusz‑sur‑Mer, francuskie nazewnictwo wprowadził Tadeusz) albo u kapitana Morgana, albo w Maszoperii – a teraz znowu jakieś lokale, szyldy, mamidła detali, w które tak łatwo popaść, jak w każdy bałamutny blichtr treści typu I remember, Je me souviens, „Pamiętam, że”… Daj spokój.
Ulicą Wiejską w Helu chodzi się tam i z powrotem, bo Wiejska to regularny deptak, a te dwie panny, minąwszy nas, kiedy szły z naprzeciwka, często zawracały i ruszały za nami, wiedząc, że tu czy tam będziemy się zatrzymywali, żeby kupić gofra, nestea, loda dla dziecka; gofra zwykle z kolorową perełkową posypką, lody śmietankowe z maszyny Carpigiani… tak, tak, mogę wspomnieć jeszcze inne przystanki i postoje, przy stoiskach z maskotkami, żaglowcami w butelkach, koralikami, widokówkami, wisiorkami, kolczykami, rzęsiście oświetlone wnętrza automatów (był jeden, z którego dziecko mechaniczną ręką codziennie chciało ze sterty zabawek wyłowić figurkę Blastoisa). W ogóle dać barwny prospekt ulicy Wiejskiej w Helu pod wieczór, kompletne wyobrażenie, z zapachami smażonych ryb, piwa i frytek, mrowiem zadowolonych letników i muzyczką. Może innym razem.
Hegel niezbyt zręcznie powiada, że siła jest pobudzająca o tyle, „o ile jest pobudzana do tego, aby być pobudzającą”, więc nie bardzo wiadomo, jak ta kooperacja, to wzajemne pobudzanie się zaczyna. Wcześnie zdałem sobie sprawę, że lubi mnie spotykać, odpowiadając spojrzeniem na spojrzenie – Bóg raczy wiedzieć, dlaczego – nie przelotnym, lecz dłuższym, dosyć dziwnym i chłodnym: pochmurnym? hardym? czupurnym? Była śliczna, toteż zawsze na nią patrzyłem, ale ona może powinna to ignorować, mogła przecież nie patrzeć, nawet na mnie nie spojrzeć – takie, jak to się mówi, dziecko.
A ta jej towarzyszka, która od początku musiała coś wiedzieć (ale co i w jakich słowach to wiedziała?), pewnego razu, kiedy znów szliśmy w przeciwne strony, zauważywszy nas z większej odległości, popatrzyła na mnie zaraz potem przez moment w taki zabawnie chytry, porozumiewawczy i figlarny sposób, jakbyśmy zawczasu uknuli jakiś plan – cały czas do niej gadając i ciągle coś jej natarczywie pokazując, to witrynę butiku, to znów gablotkę z biżuterią, żeby tamta nie mogła patrzeć przed siebie, aż w końcu, idąc z nią pod rękę, skręciła nagle w moją stronę i pchnęła ją na mnie, mówiąc:
– To teraz go masz.
I zrobiła kilka kroków do tyłu, i odwróciła się, zostawiając nas samych (dziecko z Elżbietą właśnie weszli do jakiegoś sklepu), to znaczy: na środku chodnika.
Musiałem przytrzymać ją w ramionach, ponieważ mocno pchnięta, traciła równowagę.
„To teraz go masz”.
Zabrzmiało to jak słowa dziewczyny: „Teraz na pewno już będziemy mieli dziecko” w filmie Motyle, kiedy dziecięcy bohaterowie upadli na ziemię i trochę się siłowali, i turlali – jeśli dobrze przypominam sobie scenę, którą widziałem w kinie w 1973 roku.
Nasza scena oczywiście też była całkiem niewinna, przynajmniej dla przechodniów, bo wyglądałem raczej jak nieszczególnie młody ojciec albo wuj jakiś lub stryj; ależ tak, „paznokieć” i „wuj” ze starej piosenki „Chantar d’ongl’e d’oncle”: ongla oncle.
Wesele, wesołość w jej oczach, gdy podniosła na mnie wzrok, jednym ruchem głowy zrzucając włosy z czoła – najpiękniejsze oczy i spojrzenie, jakie widziałem. W głowie niezupełnie zrozumiałe słowa, zamęt.
I may the beautee of hem nat susteyne
I zaraz potem, kiedy ocknął się czas, ta fantazja nieuchronnie „poetycka”, tylko na takie mnie stać – czy mógłbym upaść teraz przed nią na kolana, przylgnąć do niej, mówiąc (bo chyba jednak nie śpiewając):
Blow through your heart
For my love is like the wind
And wild is the wind
Albo czy mógłbym rzec: „Lady, shall I lie in your lap”. „I mean, my head upon your lap?”. Nic z tych rzeczy.
Byłem pewien, że wyjechały, bo już nie spotykaliśmy ich na Wiejskiej, jednak trzy dni później znowu ją zobaczyłem – wczesnym przedpołudniem, z okna naszej „kwatery”, po stronie zatoki, niedaleko portu – na rowerze. Po kilkunastu metrach jazdy zatrzymała się i rzuciła rower, zrobiła parę kroków przed siebie, następnie w lewo, potem w prawo, później podbiegła do koleżanki i coś do niej powiedziała; znikając na kilka chwil za rzędem kontenerów stojących wzdłuż ściany dużego hangaru, zatoczyła koło, wróciła – i wtedy nagle poczułem coś jak ukłucie żalu… rozłąki, ponieważ była daleko, a widziałem ją teraz z góry, taką „zobiektywizowaną”, tak obiektywnie niedosiężną i małą. I w dziwności tego oddalenia mogłem nareszcie pomyśleć, jak doskonale samowiedne jest to dziecięce, dziewczęce ciało, w każdym momencie, jakkolwiek niepozornym czy przypadkowym, nieomylnie pełne gracji, bo najwyraźniej, pod jakimś swoim czysto wewnętrznym spojrzeniem skupione na sobie, bez żadnego zewnętrznego odniesienia zajęte i przejęte czymś rytmicznie, instynktownie, intuicyjnie z chwili na chwilę przez to ciało wytwarzanym, wyrażanym – jej stopy nagle metryczne, trochej i jamb, choriamb, spondeje, bardzo drobny szybki krok, nieakcentowany, na krawężniku; zeskok, obrót – a tam na dole nikogo wtedy nie było, nie miała żadnych widzów, nikt na nią nie patrzył; jej towarzyszka oddaliła się wcześniej w kierunku przystani. Zobaczyła mnie w tym oknie na trzecim piętrze helskiej kamienicy dopiero po pięciu, sześciu czy siedmiu minutach, kiedy podniosła głowę, wyprostowawszy się, aby się przeciągnąć – na moment znieruchomiała; i pobiegła w stronę portu, uciekła.
Porqué te vas. Chciałem unieść rękę i pomachać, choćby na pożegnanie, ale nie zdążyłem. Ile miała lat? Dwanaście, jedenaście? Przyjmijmy kategorycznie, że dziewięć.
Tak, „zjawiła mi się w poczęciu dziewiątego roku swego żywota, podczas gdy ja kończyłem rok dziewiąty”. Szczęściarz; tyle miał lat, żeby napisać pomnikowy przypis do tamtego widzenia, 14 233 linijki. Dziewięć. Może to zawsze musi być una niña de nueve años.
„Jednodniowe” – (w zaokrągleniu rzecz biorąc) – piękno – bez przyszłości. Ale co to za piękno w mgnieniu dnia bez przyszłości? Osadzona w miejscu, zahamowana wiosna zwiastowania, figura serpentinata na fantastycznym wietrze, nic lub wszystko powściągnięte na progu, na krawędzi, w znieruchomiałym wirze bezczasu – kiedy czas za chwilę zmieni się w wodospad. Wszystko lub nic zatrzymane przed odjazdem w żmudną trasę przez stacje kolei losu albo przez bezlik przypadków poza stacjami kolei losu, w szczerym polu widzenia, gdzie życie też zawsze grawituje ku idylli z błękitnym niebem i białymi obłokami nad maleńkim wodospadem, który wpada do strumienia między skałami i drzewami; oraz z legowiskiem z chrustu i suchych liści; i jeszcze z żeńską dłonią wysoko unoszącą gazową latarenkę, aby jaśniej oświetlić pejzaż, skądinąd widoczny w świetle dziennym przez wyrwę w ceglanym murze – całość za masywnymi, zamkniętymi, drewnianymi drzwiami.
Podobnie Schlegel (Friedrich) zawsze sprowadzi rzecz na ziemię, powiadając, że „dziewczę w swojej naiwnej niewiedzy wie już przecież wszystko, nim jeszcze błyskawica miłości skrzesze iskrę w jej czułym łonie i sprawi, że zamknięty pąk rozkwitnie jako kielich pełen żądzy”. Fair enough, ani ta ironia, ani ziemia nie są złe. Potrzeba tylko trochę czasu, by móc wspominać coś, co było szczęśliwie bez przyszłości.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
