Główny narrator, „zwykły” fryzjer z Grochowa, jak na typowego nostalgika przystało, próbuje przekształcić przeszłość w indywidualną – a niekiedy również zbiorową – mitologię. Podróżuje w czasie tak, jakby zwiedzał przestrzeń, wchodzi w dawność, romansuje z nią, za wszelką cenę próbując nie ukorzyć się przed ostateczną nieodwracalnością czasu – na przekór kondycji ludzkiej. Narracyjność Monoloku okazuje się zatem odbiciem pragnienia poszukiwania nie tyle straconego czasu, ile zupełnie innego rytmu upływania rzeczywistości, poza zasadą teleologicznego postępu czy historycznej nieuchronności. W tym kontekście trafne wydają się intuicje zawarte w recenzji Rafała Stronka: „Jaki świat wzbudza sentyment u głównego narratora? Chyba przede wszystkim analogowy i sprzed transformacji, która przyniosła głównie gentryfikację i obcość między klasami […] opłakuje więc […] epokę naturalnej demokratyzacji usług i konsumpcji, nieporanionych jeszcze przez kapitalizm jaskrawymi szramami dystynkcji”.
Dla wielu opowiadaczy odwiedzających salon fryzjerski czy ciasne warszawskie bary nostalgia jawi się wręcz jako intuicyjny mechanizm obronny w epoce zintensyfikowanego rytmu życia, transformacyjnej zawieruchy czy pokawałkowanej rzeczywistości społecznej. Nie ma nostalgii bez pragnienia odnalezienia ciągłości i wspólnoty ze zbiorową pamięcią – to tłumaczy impuls tworzenia grochowskiej mitologii w Monoloku. Grochowska mitologia z kolei nie istnieje bez wyidealizowanego „niegdyś” i bez żałobniczego uświadomienia sobie niemożliwości powrotu do „zaczarowanego świata” z wyraźniejszymi wartościami. Jedynym sposobem, by choćby na moment przenieść się do „niegdyś”, jest opowiadanie: kaskadowe niczym domino. Opowiadanie, w którym zawiesza się prawdopodobieństwo: zmyślenie okazuje się równorzędne z autentycznością. „Tak opowiadać, że najbardziej nieprawdopodobne okazywało się prawdą” – na tym opiera się gramatyka nostalgicznej opowieści.
Boym, kalibrując typologię nostalgii, rozróżnia nostalgię refleksyjną od restoratywnej. Książce Sołtysa bliżej do tej pierwszej: żywi się bowiem samą tęsknotą jako nadrzędną emocją i wyrasta ze świadomości, że powrót do domu jest już niemożliwy, stąd wszelkie ironiczne lub rozpaczliwe próby opowiadaczy przybliżania się do niego, bez szans na jego pełną, uniwersalną rekonstrukcję. O ile nostalgia restoratywna to eposowa wyprawa po obiektywną prawdę i skodyfikowaną tradycję narodową, o tyle nostalgia refleksyjna – dominująca w Monoloku – to raczej gawędziarskie skręcanie w rozmaite zaułki autentyczności i rozproszone mądrości warszawskiej ulicy. Narrator nie podąża za jednym przewidywalnym wątkiem, przedkłada detale nad symbole, bada rozmaite człowiecze poglądy na świat, wzdrygając się przed absolutyzacją jednej prawdy. Ilu ludzi, tyle prawd w historii. Ile opowieści, tyle tęsknot.
Kolejnymi obsesjami Sołtysowych nostalgików są ludzka skończoność oraz medytowanie nad upływem czasu. Bohaterowie Monoloku czerpią wręcz epikurejską rozkosz z dotykania temporalnej tekstury, której nie mierzą kalendarze czy zegary. Nie dziwi zatem, że opowiadacze istnieją w tej czasoprzestrzeni, która wymyka się eschatologii: „moi zmarli żyją, tylko nie udaje się nam ostatnio spotkać”, a nawet reżimowi produktywności: „bywało, że z nudów czy dla przyjemności pojedynek na historie urządzali”. To właśnie czas jest najistotniejszą strukturalną ramą opowieści – a nie heterotopiczna przestrzeń, jak na przykład w Rondzie Wiatraczna Marka Bieńczyka. Dlatego też wymienianie pewnych konkretnych topograficznych punktów, jak Baru Mambo, bazarków, budki z dorabianiem kluczy, Uniwersamu, przedsiębiorstwa kołdrzarskiego, pączków na Paca, Kamionka czy dworca, nie jest próbą antykwarycznej rekonstrukcji dawnego świata. Służy raczej jako temporalny fenomen pamięci, gdyż – by zacytować Marcela Prousta – „[w]spomnienie jakiegoś obrazu jest jedynie żalem za pewną chwilą”. Sołtys pisze zaś o czasie grochowskim, a nie o Grochowie jako takim.
Takie ujęcie temporalności prowadzi do paradoksalnej sytuacji. Z jednej strony Monolok jest silnie naznaczony doświadczeniami przeszłości, a czas miniony dominuje w nim nad teraźniejszością w taki sposób, że ta nie istnieje samodzielnie. Nawet więcej – ona tak naprawdę w ogóle nie istnieje. Z drugiej strony nostalgiczne figury przeszłości są przywołane w takiej właśnie szczególnej formie ze względu na potrzeby teraźniejszości, a mimo to do przeszłości nie sposób wrócić, bo jej już nie ma. Znajduje to swoje odbicie w monologach bohaterów – są one inicjowane z porządku teraźniejszego, lecz nieubłaganie przepadają w otchłannej przeszłości, by po chwili odbić się od niej i oddziaływać na plan teraźniejszości. Grochowski fryzjer i bohaterowie jego opowieści żyją zatem w „teraźniejszości przeszłości”, jak powiedziałby Reinhart Koselleck.
Owo temporalne splątanie rzutuje na praktykę literacką i przynosi rozmaite efekty artystyczne. Monolog fryzjera składa się z wielu subopowieści – a bywa, że te również pomnażają się niby przez pączkowanie: „I może dlatego ta ich historia brzmi tak, jakby się, cholera, wyrodziła z innych, jak wyciąg alchemiczny z gadania i wyznań”. Subopowieści z kolei można sklasyfikować trojako: narracje opowiadane, historie sobie przypominane i anegdoty zasłyszane. W każdym wariancie dochodzi do splotu przeszłości i teraźniejszości. Czasami bywają one mocniej lub słabiej pointowane, niekiedy porzucane, a nierzadko dygresyjnie komentowane przez głównego narratora, który odgrywa rolę kustosza nostalgicznej pamięci. W Monoloku nie istnieje żaden drugi i trzeci plan – w tym sensie jest to książka pozbawiona strukturalnej głębi. Bohaterowie epizodyczni, „z krwi, kości i blagi”, niczym meteoryty nawiedzają główny plan, by po chwili zniknąć, gdy narracyjne nici się zerwą. Mimo gęstego rozgałęzienia narracyjnego przywoływane historie da się uporządkować – są to zazwyczaj zagadki (często o zabarwieniu balladowo‑kryminalnym, jak ta o krawacie Roberta Kennedy’ego), tajemnice (z dreszczykiem niesamowitości i grozy, jak ta o trzech siostrach i wróżeniu) oraz sekrety (dotyczące ludzi żyjących w tle, boleśnie doświadczonych przez drugą wojnę światową i absurd powojennej rzeczywistości).
Jak już wcześniej wspominałem, nieistniejąca przeszłość jest przywoływana ze względu na potrzeby teraźniejszości. Fryzjerska nostalgia to jednocześnie wyraz tęsknoty za utraconą rzeczywistością i krytyka współczesnego świata, który wypadł z ram. Dawność, nawet jeśli naznaczona bliznami i napędzana staroświecką moralnością i „porządnością”, i tak jawi się jako aksjologicznie „lepsza” niż wyjałowiona teraźniejszość. Narrator utyskuje, że współcześnie nawet opowieści się popsuły: „te dzisiejsze się rwą jak lignina, zdawkowe są, ludzie już kawału porządnie nie potrafią wysłuchać, a co dopiero opowiedzieć”. Dawność często bywa w Monoloku mityzowana niczym niewysychające źródło prawdziwej, dziarskiej kultury; zresztą te fragmenty „autotematyczne”, komentujące samą funkcję opowiadania, momentami brzmią jak wyimki z domorosłej, naiwnej etnografii. Ani na moment Sołtys nie porzuca wartościowania przeszłości i teraźniejszości – bez którego zresztą trudno byłoby tworzyć nostalgiczną mitologię czasu grochowskiego – często bazując na retrotopijnych sentymentach: „kiedyś ludzie w ogóle sobie więcej opowiadali”. Innym przejawem tego nostalgicznego, bardzo prostego wartościowania jest chociażby często przywoływany mit demokratyzacji: „A tu mieszkali też obok siebie, taka polityka: robotnik, literat, drobny paser, nauczycielka, inżynier. Dziś się grodzą, więcej domofonów i płotów niż dzień dobry rano”. Sam fach fryzjerski został potraktowany jako ucieleśnienie demokratyczności: „ja strzygę Marka, doliniarza z Mińskiej, a pan Antoni profesora z politechniki. I siedzą ucho w ucho […] i obaj jakoś gadają, choć jeden ma więcej przymiotników w zanadrzu, a drugi mniej”. W nostalgicznych narracjach klasowe dystynkcje ulegają jakoby rozproszeniu – gadanie miałoby raczej zbliżać niż oddalać.
W rzeczywistości powieściowej bowiem bliskość to domena przeszłości, dystans zaś – teraźniejszości. Nieprzypadkowo zatem opowiadacze akcentują takie szczegóły jak dotyk czy spojrzenie (nawet puszczanie oka doczekało się osobnej klasyfikacji). Nie jest również przypadkiem, że Sołtys z lubością zaludnia swoją Warszawę przedstawicielami zawodów, w których czynności wykonywane są najczęściej ręcznie, z rzemieślniczą czułością i cechowym namaszczeniem. To właśnie ci ludzie są traktowani z największą empatią. Nawet jeśli bywają nieporadni lub podejmują decyzje co najmniej etycznie wątpliwe – wydaje się, że bije od nich apoteoza utraconej swojskości. Ma się wrażenie, że Monolok to erzac spontanicznej żywej mowy. Owszem, to książka fenomenalnie napisana, ale właśnie napisana, pozbawiona impulsywności, dysonansowej przypadkowości i polifonicznej gęstości, co cechowałoby z kolei zasłyszaną gadaninę, o której tak wiele wspominają bohaterowie Sołtysa. A przecież to właśnie główny narrator sugeruje, że „literackie” jest zupełnie inne niż „mówione”, deklarując zresztą na wstępie: „To są wszystko takie rzeczy, panie, co się w nie nie wierzy. Jakby ktoś książkę w życie przepisał. I to z błędami”. Co paradoksalne, to właśnie tych błędów najbardziej brakuje. Wynika to jednak z obranej strategii: nostalgiczna mitologia musiała być bezbłędnie wpisana w książkę, żeby w pełni rezonować i odpowiadać na potrzeby teraźniejszości.
Po rozsupłaniu kolejnych subopowieści w końcu możemy ujrzeć główny plan rzeczywistości w książce: to świat analogowy, głównie sprzed automatyzacji, która wyjałowiła i wydrenowała rzeczywistość z interakcji międzyludzkich, przypadkowych spotkań i jakościowo „dobrych” opowieści, z żywotnym szwungiem. Wydawać by się mogło, że po okresie transformacji pozostał wielki krater w tkance miejskiej – i właśnie dlatego główny bohater z nostalgicznym uświęceniem spogląda w retrotopijną przeszłość. Nie może się pogodzić ze współczesną alienacją, przez którą znikają zarówno więzi międzyludzkie, jak i potrzeby zagadywania własnych niedoskonałości, niemożności i nieziszczeń. Na końcu czytelnik musi odkryć ostatnią już tajemnicę – tak przedstawiona przeszłość to jedynie owoc romansu nostalgika z własną fantazją. A o tych sprawach zazwyczaj się milczy.
