1/2026

Paweł Sołtys

Kurz

Mężczyzna w czarnym płaszczu, czarnym kapeluszu i ciemnych okularach, mimo wrześniowego upału, w ogródku „Piotrusia”. Wygląda jak szare ksero Czarnego Romana, które wygrało w kserokopiarskiego totka dużą bańkę i teraz przepija ją z dezynwolturą pomiętej kartki. Z nikim nie gada, sięga co pewien czas do kubełka pełnego lodu po butelkę wódki, ogląda ją jak miniaturę nagrobka, cmoka nad kunsztem wykonania, nalewa sobie kieliszek i wypija go z rzutem głowy podpatrzonym chyba na jakimś robociarskim radzieckim filmie. Ryzykuje. Ale i okulary, i kapelusz trzymają się jak na klej, pachnie zresztą cały trochę jak rozpuszczalnik, jak ci, co nie zmieniają koszul, tylko lokale. Próbują się do niego dosiadać, ma w końcu i zapach, i pół butelki, wabi, ale goni ich czymś pomiędzy słowem a gestem, warknięciem sprzężonym z szerokim ruchem ręki, czymś, co ma być może kilka tysięcy lat, pamięta jeszcze ludzi przed olśnieniem mowy.

Z kilku kroków widać, że jest to człowiek wielu imion, który wychynął z ciemnicy snu nie na długo i najpewniej na próżno. Po połowie butelki okazuje się, że jednak włada mową. Choć niewyraźnie i niekonwencjonalnie. Co parę minut przepędzanych w milczeniu rzuca nagle zbitkę słów, hasło czy może po prostu równoważnik zdania. Coś, co na wadze zdań mieści się na niewidocznej szalce, ukrytej być może właśnie w niejawie:

– Kwok nęci suma.

– Kaszaloty śpią pionowo. Jak posągi siebie.

– Ostronosy zeżarł Ozyrysa prącie. Taka ryba.

– Achitofel się powiesił.

– W snach nie ma zapachu. Smród to rzeczywistość.

– Kriwe miał krywułe. Był papieżem Prusów.

I temu podobne. Albo wykształcony, albo wieszczący. Wszedłem w konwencję, ale ponieważ nie słyszałem jego myśli, moje równoważniki, moje kawałki były w obudowie. Bo ja swoje rozumowanie rejestrowałem. Jego słowa były jak rzucone znikąd, moje jak wyciśnięte z logorei, traciły powab niczym cukierek w pięciu papierkach. Więcej odwijania niż słodyczy.

On mamlał: – Makatka to samotnica. Pszczoła bezrojowa.

No to ja: – Żyjemy w przymiotniku, który okrzepł w rzeczownik.

I niby nieźle, ale u mnie ciągnęła się cała historia, że Polska to właściwie przymiotnik od Pola, że pierwszy raz zapisano ją „po polsku” hebrajskimi literami, w języku knaan, który nie wiadomo, czy naprawdę istniał, na brakteatach Mieszka w Kaliszu. I to trzeciego, Starego.

Zrezygnowałem więc, to nie był równy pojedynek. Żeby go wyrównać, trzeba by nawzajem czytać sobie w myślach. Ja nie umiałem. Do tego spojrzał na mnie z taką pogardą, jakiej nie znalazłbym w sobie nigdy. Zrozumiałem, że bywał Kara Czurinem, kaganem tureckim, którego imię znaczy „Czarna Plaga”, czyli Trąd, że gonił wrogów przez step jak wilk. Że bywał Synezjuszem z Cyreny, który wierzył, że ptaki wróżą sobie z ludzi tak jak ludzie z ptasiego lotu. A ponieważ będąc Synezjuszem, wierzył w wieczność świata i preegzystencję dusz, spełniło mu się. Wszystko. Hiobowe śmierci trójki synów i żony, najazdy pustynnych barbarzyńców i wcielanie się nieustanne a mało szczęśliwe. Zgodne z proporcją, w której umysł to szesnaście, dusza to osiem, idea równa jest czwórce, a rzecz zrodzona to dwa. Proporcji, w której stosunek umysłu do idei równa się stosunkowi duszy do rzeczy materialnej. Tylko te jego szesnastki, ósemki, czwórki i dwójki wszystkie grzęzły w życiach arcyciekawych i bolesnych. W matematyce smutku. Bywał Josephem Rothem na zakręcie zdania, na rozstaju gliniastych zuchnowskich dróg, które bardziej nadawały się do modlitwy niż do podróży.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.