Z kilku kroków widać, że jest to człowiek wielu imion, który wychynął z ciemnicy snu nie na długo i najpewniej na próżno. Po połowie butelki okazuje się, że jednak włada mową. Choć niewyraźnie i niekonwencjonalnie. Co parę minut przepędzanych w milczeniu rzuca nagle zbitkę słów, hasło czy może po prostu równoważnik zdania. Coś, co na wadze zdań mieści się na niewidocznej szalce, ukrytej być może właśnie w niejawie:
– Kwok nęci suma.
– Kaszaloty śpią pionowo. Jak posągi siebie.
– Ostronosy zeżarł Ozyrysa prącie. Taka ryba.
– Achitofel się powiesił.
– W snach nie ma zapachu. Smród to rzeczywistość.
– Kriwe miał krywułe. Był papieżem Prusów.
I temu podobne. Albo wykształcony, albo wieszczący. Wszedłem w konwencję, ale ponieważ nie słyszałem jego myśli, moje równoważniki, moje kawałki były w obudowie. Bo ja swoje rozumowanie rejestrowałem. Jego słowa były jak rzucone znikąd, moje jak wyciśnięte z logorei, traciły powab niczym cukierek w pięciu papierkach. Więcej odwijania niż słodyczy.
On mamlał: – Makatka to samotnica. Pszczoła bezrojowa.
No to ja: – Żyjemy w przymiotniku, który okrzepł w rzeczownik.
I niby nieźle, ale u mnie ciągnęła się cała historia, że Polska to właściwie przymiotnik od Pola, że pierwszy raz zapisano ją „po polsku” hebrajskimi literami, w języku knaan, który nie wiadomo, czy naprawdę istniał, na brakteatach Mieszka w Kaliszu. I to trzeciego, Starego.
Zrezygnowałem więc, to nie był równy pojedynek. Żeby go wyrównać, trzeba by nawzajem czytać sobie w myślach. Ja nie umiałem. Do tego spojrzał na mnie z taką pogardą, jakiej nie znalazłbym w sobie nigdy. Zrozumiałem, że bywał Kara Czurinem, kaganem tureckim, którego imię znaczy „Czarna Plaga”, czyli Trąd, że gonił wrogów przez step jak wilk. Że bywał Synezjuszem z Cyreny, który wierzył, że ptaki wróżą sobie z ludzi tak jak ludzie z ptasiego lotu. A ponieważ będąc Synezjuszem, wierzył w wieczność świata i preegzystencję dusz, spełniło mu się. Wszystko. Hiobowe śmierci trójki synów i żony, najazdy pustynnych barbarzyńców i wcielanie się nieustanne a mało szczęśliwe. Zgodne z proporcją, w której umysł to szesnaście, dusza to osiem, idea równa jest czwórce, a rzecz zrodzona to dwa. Proporcji, w której stosunek umysłu do idei równa się stosunkowi duszy do rzeczy materialnej. Tylko te jego szesnastki, ósemki, czwórki i dwójki wszystkie grzęzły w życiach arcyciekawych i bolesnych. W matematyce smutku. Bywał Josephem Rothem na zakręcie zdania, na rozstaju gliniastych zuchnowskich dróg, które bardziej nadawały się do modlitwy niż do podróży.
