O łożysku chyba milczą mity. Wiemy, że z palców zrodzili się Daktylowie, że chłopiec, który przyszedł na świat, to Zeus, że kamień zawinięty w pieluchy Kronos przełknął jak kłamstwo. O łożysku nie wiemy nic. Daktylowie pochodzili z Krety, zrodzeni na górze Ida, być może na setki lat przed tym, gdy Grecy Wielką Boginię, boginię ciszy, życia i przyrody, nazwali Reją. Kiedy wtłoczyli minojski mit w swoje, już nowe, myślenie. Wielki Karl Kerényi dostrzegł to zapożyczenie czy raczej kradzież i nigdy nie będzie miał pomnika, bo pomniki stawia się zwykle głupcom, a nie tym, którzy by na to zasługiwali. Bo życie to wyścig durniów, w którym czasem mignie nam geniusz.
Łożyskiem upadku Rzeczypospolitej był najpewniej okrzyk „Ja nie pozwalam na prolongatę”, wzniesiony przez Władysława Wiktoryna Sicińskiego na sejmie dziewiątego marca tysiąc sześćset pięćdziesiątego drugiego roku. I jego opuszczenie obrad i przeprawienie się na drugi brzeg rzeki. Pierwsze liberum veto. Poseł z Upity, kalwin i klient Janusza Radziwiłła, zmieniwszy historię ojczyzny, nie słyszał głosu wojewody Jakuba Szczawińskiego: „Bodajby przepadł!” I przeprawiając się przez matkę polskich rzek, nie słyszał też odpowiedzi panów braci, ponoć chóralnej: „Amen!”. Wszystko to obrosło legendą jak zarodek ciałem. Ponoć przez ten okrzyk, przez brak ratyfikacji traktatu Chmielnicki ruszył ku Mołdawii, co skończyło się pod Batohem rzezią trzech i pół tysiąca kwiatu rycerstwa obojga narodów. Ponoć w dwie dekady po zerwaniu sejmu piorun raził Sicińskiego, a jego ciało zabalsamowano i pochowano w upickim zborze. Ponoć Mickiewicz wierzył, że trup wstał z grobu, by odpokutować grzech. A antentaci poety leżeli na upickim cmentarzu nieomal jako świadkowie. Ponoć później katolicy wywlekli mumię i trzymano ją w drewnianej szafie w kościele świętego Karola Boromeusza. Według Brücknera do końca dziewiętnastego wieku pokazywano chętnym ciało, którego nie chciała przyjąć poświęcona ziemia, ciało w białej śmiertelnej koszuli. Ponoć dopiero Murawjow‑Wieszatiel kazał pochować je pod progiem kościoła. Chciał mieć pewnie monopol na hańbienie i poniżanie. Dużo tych wszystkich ponoci. Kwiaty ponoci rosną przy ścieżkach historii, przy traktach opowieści, rzucają cień niepokoju. To ich rola.
Sicińskiego spotkałem na pierwszym piętrze Szpitala Nowowiejskiego. Tego, co to go inżynier Aksimow zaprojektował z czerwonej cegły na koszary i ochronkę dla sołdackich dzieci. Ten budynek do dziś nie może się zdecydować, czym ma być. Czy ma się opiekować, czy szkolić. Kompromis jest taki, że dziś to szpital psychiatryczny. No więc Sicińskiego spotkałem tam na pierwszym piętrze. Szedł jak czołg bez gąsienic. Z głową do przodu, zamaszystymi zakolami, ze śliną posyłaną przodem, żeby złapać języka. Stanął przede mną, mumijnie oparł dłoń na seledynowej lamperii, wszędzie tam były seledynowe paski, dla uspokojenia. I powiedział: nic mnie tak nie wkurwia jak ten seledyn! I zaraz dodał tonem usprawiedliwienia: mam sto trzydzieści siedem i pół stopnia temperatury. Nic dziwnego, pomyślałem, jak na kogoś, kto trzysta czterdzieści lat nie żyje. Ale nie odezwałem się. Nie zwykłem w tamtym czasie mówić, myślałem, bo zajmowałem się wtedy głównie myśleniem, że wieża czołgu Tygrys miała sto pięćdziesiąt osiem kulkowych łożysk, z których co drugie było nośne. Myślałem o tym, że wchodzimy w język jak zarodek w łożysko, w coś, co było przed nami, w coś, co daje nam życiodajne soki mówienia naszych wstępnych, ich doświadczeń już omówionych, objętych już tym szmerem, z którego wyłapujemy świat, strach i nawet siebie. I tak jak kosmki łożyska zanurzone są w matczynej krwi, tak język zanurzony jest w niezliczonych pokoleniach mówiących. Jest w nim strach praprzodka z pontyjskiego stepu, zachwyt trochę młodszego przodka z grupy bałtyjsko‑słowiańskiej, są w nim groby języków, które nas odumarły: połabskiego, staroruskiego, jaćwięskiego, ale ich duchy, ślady, nazwy rzek, nazwy gór są z nami pośmiertnie. Niesiemy w sobie obłamki martwych języków. Nawet jeśli nic o tym nie wiemy. Mówimy Rospuda, Sejny, Wiżajny. Mówimy Ryn, Pisz – i mówimy językami umarłych. Językami tych, którzy czcili Jaryłę czy Jarowita, który był przecież lustrzanym odbiciem Dionizosa, choć zwierciadłem była wtedy raczej tafla jeziora, nurt potoku, powierzchnia leśnego muliska. Oczywiście, to wszystko było odbiciem, koślawym echem myśli wielkiego Kerényiego, że język jest raczej narzędziem odkrywania świata niż opisywania tego, co już znamy. Myślałem wtedy: czy aby język nie jest łożyskiem poznania? Zwiadem, który wysyłamy jeszcze przed pewnością, przed wiedzą. Żeby polizał nieznane, popróbował go. Choroby psychiczne i geniusz sąsiadują przez miedzę. A w podwórzu stoi jeszcze rozpacz. Więc w ogóle trzeba uważać ze słowami. Jakby w pewności, że rację miał autor Sefer Jecira. Głoski ważą tyle co litery, a litery tyle co życie. Pewnie przez lektury myślałem wtedy dużo o Dionizosie, o początkach, o tym, że w języku świętym‑polszczyźnie pomiędzy słowami Oprzęd i Obrzęd jest tylko graniczka dźwięczności. O tym, że oprzęd tworzą wokół siebie gąsienice, by ochronić się w czasie przepoczwarzania się w motyla, w imago. I co to mówi o początkach religii? Czy mówi cokolwiek? Siciński postał jeszcze chwilę, machnął na mnie ręką i poszedł z powrotem pod próg kościoła Karola Boromeusza w Upicie, w sąsiedztwo martwych Mickiewiczów, w truchło tamtej Rzeczypospolitej, której bezwiednie szepnął śmiertelne słowo do ucha, ani o tym wiedząc.
Mówili mi potem, że w tym czasie i miejscu zwykł chodzić po cmentarzach i grać na trąbce dla zmarłych. Przeganiali go z Powązek, z Czerniakowskiego, z Bródna i obu ewangelickich. Czy grał źle, czy nie rozumieli, że modlitwa za zmarłych może być w tonie, a nie w psalmie, nie wiem. Wszystko to dobrze do niego pasowało, oprócz trąbki, powinien grać na dziadowskiej lirze. Ale co można wiedzieć na pewno o zmarłych?
Przypomniałem sobie to, bo znowu czytam wielkiego Kerényiego, którego córka nauczyła się w Ravensbrück i Auschwitzu polskiego z biblii i rozmów, by tłumaczyć potem choćby Brunona Schulza. Czytam i, na szczęście, myślę dużo mniej i bardzo inaczej niż wtedy. Ale ciągle, gdy widzę: „sposób otwierania poprzez gest sfery wizyjnej”, coś przeskakuje mi w głowie jak kulka z łożyska wieży Tygrysa. Ta nośna. Palę przed knajpą i widzę, że papier gnany wiatrem po Foksal przemyka jak spłoszony szczur. Jakaś dziewczyna nawet pisnęła, gdy dotknął jej łydki. Taki pisk łatwo idzie w przeszłe. Łatwo się go zapomina w natłoku nocy. Ale on idzie, obrasta w dźwięki z bliższej, potem coraz dalszej przeszłości. W krzyki porodów, gwałtów, śmierci. W końcu wraca do początku, na Kretę. Na wyspę tylu początków, o której Kerényi pisze, że jej najstarsza znana nam kultura nie wyklucza innych bóstw ani obrzędów, ale całkiem zgodna jest tylko z kultem Wielkiej Macierzy. Bogini nieoddzielnej chyba od przyrody i wyposażonej w tyle atrybutów, ile znano wtedy aktywności. Szafarki nie tylko tajemnic, ale i doczesności wszystkich.
Oczywiście na Foksal, w knajpie, emanacją wszechmacierzy jest barmanka. Czy raczej: Barmanka, echo tamtej, w zmaskulinizowanej przestrzeni baru rozdająca wszystko, czego można potrzebować. Piwo, wódkę, wino, uśmiech, pikantny żart, zmycie głowy, ostre słowo równoznaczne z ostracyzmem, perskie oko, z którego można po chaldejsku wróżyć do zamknięcia, do rana. Na tyle piękna, by można o niej marzyć, na tyle zwykła, że można jej się zwierzyć, tak sprytna, by śmiać się z twoich żartów, ale też tak mądra, by nie wierzyć w twoje zapewnienia, Wojaczkowa matka, ojczyzna, w znaczeniu świata, a nie tylko, choć także, Polski.
Przed knajpą są stoliki, a obok stoliki innej knajpy: tu mężczyźni w błękitnych i bordowych krawatach wlepieni są w piątkową noc jak pogrobowcy neonów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych minionego wieku. W modnych przykrótkich garniturach, z kostkami wystawionymi na wczesnowiosenny warszawski wiatr. W oczach chłopaków przy drugim stoliku widać pokusę, by powiązać im te krawaty w śmigła i puścić ich jak skrzydło urwane z wiatraka w podniebny wir. Bo ci przy drugim stoliku są na sportowo, garnitury wkładają na pogrzeby i chrzciny. Piją tańszą od tamtych wódkę i ich język jest tak szorstki, że można dostać szram od samego słuchania. Krawaciarze ich nie widzą, to może nieść konsekwencje, ale, po prawdzie, widzą niewiele po tygodniu roboty, po wódce i piwach, po przyjeździe tu kilka lat temu z mniejszych ośrodków, po złapaniu pana Korpo za nogi, po pierwszych osunięciach się z jedwabnie śliskiej nogawki dużego biznesu, po pierwszych ryzykownych kredytach na mieszkania przy Mokotowskiej, po drugich grupowych zwolnieniach, po trzecich nieszczęśliwych zakochaniach w dziewczynach tak samo tajemniczych jak dziesięć lat temu. Mają prawo nic nie widzieć poza swoimi twarzami, swoją zabawą, swoimi żartami wywleczonymi z memów. Bezsilności obu grup się rymują czy raczej: odbijają z dwóch stron tego samego lustra, którym akurat dziś jest ulica Foksal. Ulica pierwszego warszawskiego lotu balonem, ulica wódki ze śledziem, drogiej whisky, grząska od marszów pijanych, z wyjściem na wąwóz przy Okólniku, gdzie ci, których nie stać na nic z ulicy Foksal, mają swoje sprawy, swoje żarty, swoje nic. Jedni drugimi pogardzają. Wszystkim zaś pogardzają prawdziwi macherzy, ci bawią się jeszcze gdzie indziej. Od Nowego Światu idzie grupka śniadych chłopaków. Trudno coś z nich wyczytać, ich łożyska, a może i serca, zostały nad Padmą, to znaczy nad Kwiatem Lotosu. Są trochę pewni siebie i trochę przestraszeni, jakby w każdym z nich było dwóch chłopaków, a każdy z nich myśli w bengalskim o ulicy Foksal. Nie wiem, czy wiedzą, że ich myśli i moje myśli mają jeden początek w praindoeuropejskim oprządku, łożysku tysięcy mów i pism.
Z knajpy gra radio, słychać, że śpiewa Madonna: La Isla Bonita.
