4/2026

Zuzanna Sala

Meta krytyki (5). LLM,
czyli oszustwo vs droga na skróty

Na pytanie, czy przeszkadzałoby mi użycie LLM (ang. Large Language Model; duży model językowy) do pisania wiersza, konsekwentnie odpowiadam: „W żadnym razie! Przecież to narzędzie jak każde inne – za dzieło końcowe odpowiedzialność bierze i tak autor”. Wyobrażam sobie bowiem, że pisanie wiersza z użyciem np. ChataGPT nie jest wcale znacznie łatwiejszym procesem niż pisanie wiersza bez użycia LLM, a poza tym w poezji cenię te rzeczy, które nie są łatwo reprodukowalne przez takie narzędzia (tj. możliwość uchwytywania skomplikowanych relacji między opisywanymi czy wykorzystywanymi elementami w pojemnej formule wiersza). Zakładam, że ChatGPT może ułatwić pisarzowi poszukiwania, skrócić proces warsztatowego doskonalenia dzieła, ale jeśli w odbiorze nie fetyszyzujemy tych formalnych elementów, tylko zastanawiamy się nad znaczeniem całości estetycznej, to w sumie: co za różnica? Słowem: LLM będzie narzędziem służącym oszustwu tylko dla tych, którzy w punkcie wyjścia wykazywali się intelektualnym lenistwem i ochoczo korzystali z bełkotu jako sposobu pozorowania komplikacji. Dla pozostałych może być co najwyżej drogą na skróty – a przecież nie ma żadnego powodu, żeby nie skracać sobie drogi w podróży do ambitnego celu, o ile tylko można to zrobić (i o ile sam cel na tym nie ucierpi).

To samo tyczy się wielu innych sfer twórczej działalności, np. przekładu. Nie widzę powodu, dla którego tłumacz miałby nie pracować na przekładowej „rybce” przygotowanej przez LLM. Jeśli podchodzi do swojej pracy poważnie, takie wspomaganie daje się porównać do użycia zaawansowanego technologicznie słownika. Dostęp do niego nieco zmniejsza nakład pracy, ale przecież nie eliminuje konieczności dokładnego przemyślenia każdego wyboru translatorskiego, nie odsuwa odpowiedzialności za końcowy efekt. Autor przekładu, który ograniczył swoją pracę do przepuszczenia oryginalnego tekstu przez zaawansowany translator i przejrzenia rezultatu, daje się porównać do redaktora, który wprowadził tekst do Worda, skorzystał z narzędzi automatycznej korekty ortografii i interpunkcji, po czym stwierdził „OK, tu się kończy moja praca”. Ani jednego, ani drugiego nie potraktujemy poważnie.

Wyliczam te przykłady jak technoentuzjastka nie dlatego, że nią jestem, ale dlatego, że próbuję precyzyjniej złapać granicę dopuszczalności użycia LLM w pracy literackiej. Nie dziwią mnie głosy oburzające się na wszelkie podejrzenia korzystania z tego rodzaju narzędzi, o czym pisałam w poprzednim odcinku Mety krytyki. Wynikają one z obawy przed „byciem robionym w konia”, z poczucia ryzyka, że ktoś będzie marnował nasz czas, udatnie pozorując, że ma coś sensownego do powiedzenia. Z innej strony trudno nie zauważyć, że dyżurną obelgą względem tekstów, wobec których pozostajemy niechętni, staje się dziś oskarżenie o korzystanie z ChataGPT. Pewien użytkownik portalu lubimyczytac.pl komentował książkę, która nie przypadła mu do gustu, następującymi słowy: „Mam wrażenie, że ChatGPT maczał w tym swoje palce, bo niby poprawne wszystko, a po przesłuchaniu zero emocji ta książka wywołuje”. Jedna z facebookowych komentatorek głośnego tekstu Piotra Sadzika Gry pozorów pisała, że jest to artykuł „wypluty najpewniej przez AI”. Sam Sadzik zresztą, gdy szukał uzasadnienia dla krytyki stylistycznych schematów w nowej prozie, powołał się na tę samą (nieco, przyznajmy, leniwą) metaforę: uśredniającego zalgorytmizowania języka. Oskarżenie o wygenerowanie tekstu (albo przynajmniej porównanie jego stylistyki do stylu dużych modeli językowych) jest najszybszą drogą dyskredytacji autora bez konieczności analizowania tego, co napisał.

A smutny wniosek (wyniesiony jeszcze z poprzedniego odcinka Mety krytyki) brzmi następująco: nie mamy lepszego narzędzia do weryfikowania treści niż jej wnikliwa interpretacja. Zewnętrzne wobec dzieła konteksty mogą wywołać w nas jednak uzasadnione podejrzenia, nie tylko że dany tekst został wygenerowany za pomocą LLM, lecz także że stanowi raczej rodzaj oszustwa czy pozorowania pracy przez leniwego intelektualnie promptera niż drogę na skróty przy realizacji ambitnego projektu. Czerwona lampka może się nam zapalić, gdy np. obserwujemy niepokojące i dość oczywiste zachłyśnięcie się możliwościami modeli językowych w komunikatach naszego ulubionego wydawnictwa. To oczywiście jeszcze nie jest powód do oburzenia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że pisanie postów w mediach społecznościowych i opisów projektów to jałowa i żmudna praca, więc jeśli wydawnictwo ma do czegoś zaprzęgać ChataGPT, to niech zaprzęga właśnie do tego. Taka strategia staje się jednak śmieszna, gdy dostrzec w niej można nie tyle pomysł na uniknięcie ręcznego i mozolnego wykonywania niechcianych obowiązków, ile nieukrywany zachwyt technologicznymi możliwościami LLM. Jej skutkiem ubocznym jest bowiem zepchnięcie na dalszy plan merytorycznej wartości komunikatów.

Biuro Literackie od dawna stanowi klarowny przykład popadnięcia w tego rodzaju pułapkę. Kiedyś, gdy na Facebooku wydawnictwa podlinkowywano artykuł z magazynu „biBLioteka”, opatrywano go krótkim cytatem z tekstu źródłowego. Od jakiegoś czasu zastąpiono tę metodę zapowiedzi podsumowaniem, które nosi niekwestionowalne ślady stylu dużego modelu językowego. Nie byłoby w tym może nic zdrożnego, gdyby nie to, że takie streszczenia często lokują się obok tekstu, którego mają dotyczyć, a przede wszystkim – pracują w innym rejestrze stylistycznym, więcej w nich marketingowego pustosłowia i zniechęcającego wyliczania „kluczowych wątków” niż faktycznego uchwytywania istoty danego tekstu krytycznego.

Komunikacja w social mediach rządzi się jednak swoimi prawami i nie mnie ją oceniać. Jeśli ta strategia komunikacyjna sprawia, że wydawcy trafiają do szerszego grona odbiorców, to rozumiem, że decydują się oni grać w marketingową grę. Nawet jeśli ich wieloletnim czytelnikom nie wydaje się ona zabawna, lecz zniechęcająca. Ten drobny kontekst wyczulił mnie jednak (i nie mnie jedną, sądząc po kuluarowych rozmowach) na gesty sympatii Biura Literackiego wobec możliwości LLM. Najmniej problematycznym z nich jest wydanie książki Justyny Bargielskiej Kubek na tsunami (wszak nic w tym tomie nie jest faktycznie wygenerowanym tekstem). Bardziej zastanawiające przykłady nasuwają się, gdy – zaalarmowani wszystkim, co zostało wyliczone powyżej – zaczniemy zadawać sobie pytania. Dlaczego właściciel wydawnictwa, Artur Burszta, który zawsze zlecał współpracującym z wydawnictwem krytykom recenzje towarzyszące premierom książek oraz posłowia do poszczególnych wydań, nagle pisze tak wiele tekstów krytycznych i samodzielnie prowadzi tak dużo wywiadów? Skąd u osoby kierującej tak prężnie działającym wydawnictwem tyle czasu na refleksję krytycznoliteracką? Czy ten nagły zwrot w aktywności głowy Biura Literackiego nie jest aby podejrzany?

Marcin Wilkowski (autor humanistyka.dev) niedawno opisał eksperyment z próbą wygenerowania w Gemini noty na własnego bloga. Badacz zrelacjonował pozytywne zaskoczenie wieloma elementami tekstu uzyskanego w wyniku wprowadzenia odpowiedniego promptu. Wygenerowany artykuł nie był jednak pozbawiony wad – a jedną z głównych były nawarstwione, naddatkowe metafory, które (co widać było po ich głębszym przeanalizowaniu) nie wnosiły do tekstu nic wartościowego. Ta opisana przez Wilkowskiego cecha generatywnego artykułu charakteryzuje także posłowie Burszty do niedawno wydanej Fenomenologii gniewu Adrienne Rich. Widać to już w początkowych zdaniach tekstu: „Są książki, które czytamy jak powrót – jak echo znanego głosu, tej samej linii wrażliwości. Ale są też takie, które pojawiają się jak światło latarni po sztormie: przypominają, że język istnieje nie po to, by uspokajać, lecz żeby lepiej widzieć”.

Śladów generatywnego tekstu można byłoby w tym posłowiu szukać dalej: wydawca nawiązuje w tekście do rozmaitych koncepcji, zwłaszcza z krytyki feministycznej (choćby tytułowa poznawcza rola gniewu), nie powołuje się jednak na żadne nazwiska. To samo tyczy się dotychczasowej recepcji poetki, której hasłowa świadomość przebija przez tekst Burszty, ale bez zaznaczania konkretów. Co więcej, autor niby nie mówi nic bardzo detalicznego, ale jego śmiałość periodyzacyjna może nas zaskoczyć. Niekojarzony wcześniej z badaniem tych tematów Burszta lekko opowiada nam uproszczoną historię społeczną łącząc ją z opisem przemian poetyki: „Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte to czas, gdy kobiety dopiero odzyskiwały język doświadczenia, a przemoc instytucji ubierała się w ton eksperta i procedury [sic!]. W latach dziewięćdziesiątych Rich pyta o możliwość wspólnoty”. Jest w tym historycznoliteracki gest syntezy, który raczej nie pojawiał się w dotychczasowych tekstach Burszty (o ile nie dotyczyły one historii festiwalu organizowanego przez Biuro Literackie).

Zapytany przeze mnie mailowo Artur Burszta zaprzecza, jakoby generował posłowia i teksty towarzyszące premierom za pomocą LLM. I być może powinniśmy mu zaufać. Być może wydawca nie tworzy posłowi w ChacieGPT czy podobnym narzędziu, a po prostu w ostatnim roku przeżywa twórczy renesans i korzysta ze swojej wyjątkowej krytycznoliterackiej płodności. Nie wiem tylko, czy taka interpretacja jest dla niego bardziej korzystna. Sama, gdybym napisała artykuł o książkach, „które pojawiają się jak światło latarni po sztormie” i o „przemoc[y] instytucji ubiera[jącej] się w ton eksperta”, wolałabym chyba zrzucić winę na któryś z dużych modeli językowych. Dziki technoentuzjazm połączony z chęcią oszczędzenia na procesie wydawniczym to coś, co może przejściowo dopaść każdego wydawcę. Krytycznoliterackie nonszalanckie pustosłowie rozliczałabym jednak bez litości.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.