Takie środki ostrożności nie mają większego sensu i nie trzeba być asem kontrwywiadu, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli komórki obecnych na spotkaniu zostały zhakowane przez służby, to te służby i tak zdobędą potrzebne informacje, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobi każdy z uczestników po zakończeniu obrad, będzie wykonanie telefonu do zaufanych ludzi w celu omówienia tego, co zostało ustalone. Po co mieć dostęp do tajemnic, jeśli inni nie wiedzą, że go masz? Gdyby zaś chodziło o ochronę przed ewentualnym zdrajcą, to przecież kret mógł nagrywać rozmowy dyktafonem ukrytym w kieszeni czy minikamerą w okularach, do kupienia na Allegro za niecałe sto pięćdziesiąt złotych. Oddający komórki wiedzieli o tym, a przynajmniej powinni o tym wiedzieć. Jednak ta wiedza została czasowo zawieszona dla przyjemności, jaką daje poczucie uczestnictwa w wydarzeniu wielkiej rangi, takim, na którym zostaną podjęte decyzje zmieniające bieg dziejów, takim, które zasługuje na chociaż symboliczną ochronę przed oczami i uszami zwykłych ludzi. Na tego rodzaju spotkaniach, kto zwykle się garbi, ten siada prosto, kto w normalnym życiu niechlujnie mamrocze, zaczyna mówić starannie i dobitnie, a nawet melodyjnie. Często trafia się ktoś, kto zdejmie marynarkę, odwiesi ją na oparcie krzesła i podwinie rękawy białej koszuli, aby w ten sposób zademonstrować gotowość do ciężkiej pracy u podstaw. Krótko mówiąc, manewr z odseparowaniem komórek sprawia, że mózgi wybrańców dopuszczonych do wielkiej gry zaczynają tryskać dopaminą.
Blanka widziała to tak wyraźnie, jakby miała bezpośredni wgląd w trybiki, tłoki i pompy w głowach siedzącego z nią kwintetu, twórców lokalnych struktur nowej partii, którzy obsadzą czołowe miejsca jej listy wyborczej w okręgu numer czterdzieści sześć. Nieskomplikowana maszyneria władzy – znała ją. Jej klientami byli ludzie zamożni i wpływowi, politycy, rektorzy, twórcy mediów, członkowie rad nadzorczych spółek skarbu państwa; opowiadali jej o swoich przygodach, gdy załatwiała im to, z czego słynęła w tej części kraju, czyli rozwody. Sama czasami była zapraszana do udziału w ważnych projektach – jako profesjonalistka, która wielokrotnie dowiodła dyskrecji i wysokich kompetencji. Przed jej oczami przewinęły się wszelkie możliwe trajektorie karier. Dobrze pamiętała patentowaną idiotkę o skrzekliwym głosie, która gdy czytała tekst trudniejszy niż artykuł w „Vivie”, to musiała ruszać ustami, a która w wyniku partyjnych układanek została ministrem; skłócone partyjne frakcje zgodziły się bowiem, że jest za głupia, aby komukolwiek zaszkodzić. Znała też kobietę, która miała wszystko, aby osiągnąć sukces w polityce: świetny refleks, doskonałą prezencję, ogromne ambicje, zdolność pracowania po szesnaście godzin na dobę, dwie piękne córki idealnie pasujące do wyborczych spotów. Niestety, była zbyt dumna, aby przyznać, że jej mąż jest zdemoralizowanym przemocowcem – wszak niebieskie karty przytrafiają się tylko samiczkom, a nie tak wybitnym jednostkom jak ona – i gdy było już za późno, po kilku interwencjach policyjnych, po tygodniowym pobycie w szpitalu ze złamaną szczęką, po wyniszczającym procesie, zamiast walczyć o funkcję premiera, wyjechała z córkami do Kanady, gdzie otworzyła sklep z kosmetykami. Blanka pracowała dla biznesmena, który postawił sobie dom za pieniądze wyłudzone z jednej z rządowych agencji, i nie spadł mu za to włos z głowy, a także dla lokalnego barona, który myślał, że jak korumpuje urzędników podczas śmigania skuterami na morzu, to nie da się tych rozmów podsłuchać, w związku z czym jest nietykalny – właśnie odsiadywał czteroletni wyrok pozbawienia wolności, ponieważ sąd nie potrzebował podsłuchów, wystarczyły mu zeznania skruszonych urzędników. Rozwiązywała problemy idealistów, cyniczniejących nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę, i urodzonych cyników odkrywających w sobie żyłkę państwowca po zajęciu ważnych stanowisk. Do telefonu wypłakiwali się jej społecznicy czyniący dobro dzięki napędzającym ich kompleksom i deficytom, i rybioocy, wiecznie pobudzeni psychopaci, którzy gdyby nie wyżywali się w opracowywaniu kampanii wyborczych, to zrobiliby wielkie kariery jako szefowie grup przestępczych odbierających staruszkom oszczędności życia metodą na wnuczka. Blanki nic już nie mogło zaskoczyć. Rytuały władzy łączyło jedno – czy było to rutynowe posiedzenie komisji rady miasta, czy mroczny spisek mający na celu totalne zniszczenie dotychczasowego sojusznika, nie można było uniknąć elementu potwornej nudy, bo politycy to zwierzęta, które są przekonane, że powinny zabrać głos w każdej, ale to naprawdę w każdej sprawie. Nie potrafią się zamknąć. Nie ma takiej siły, która mogłaby ich do tego zmusić. Gdy gasną światła i znikają dziennikarze, oni wciąż tokują. Dla Blanki ta słabość była zbrodnią. Wiele potrafiła wybaczyć, ale nie brak zrozumienia dla tego, jak wrażliwym zasobem jest czas. Dlatego od dawna trzymała się z dala od gier o władzę, ciągle takich samych. Skupiła się na swoich zadaniach. Miała ręce pełne roboty.
To Staszek namówił ją, żeby zrobiła wyjątek i poświęciła trochę swojej bezcennej uwagi ludziom, którzy uwierzyli, że historia jest po ich stronie – w tym jemu. Ulegając prośbom kolegi z dawnych lat, topowego aktora, który wykorzystał swoją popularność do zbudowania nowej partii, zameldowała się w samym centrum zdarzeń. Zaszczyciła swoją obecnością wewnętrzny krąg. I stworzyła w nim jeszcze jeden kręg, swój własny. Miała osobną agendę. Jej serce biło odrobinę szybciej niż zazwyczaj. Czuła mrowienie z tyłu głowy. Nie nieprzyjemne. Było to, jak sądziła, bardzo odległe echo napięcia, które towarzyszyło jej przed rozprawami u progu prawniczej kariery. Okazywała wtedy klientom pewność siebie, której nie czuła, próbując zwalczyć obawę, że argumenty, które poprzedniego wieczoru, gdy wypowiadała je przed lustrem, brzmiały nieodparcie, teraz, tuż przed rozpoczęciem rozprawy, wydają się dość wątłe, łatwe do skontrowania. Zdążyła już zapomnieć o czymś takim jak trema. A tu proszę. Jej organizm przesyłał optymistyczną w sumie informację: wciąż jej na czymś zależało, wciąż widziała przed sobą nowe wyzwania.
Gospodarz spotkania, poseł Bogdan Kruk, srebrnowłosy weteran, z którego oblicza nie znikał serdeczny, doprowadzający do furii uśmieszek kogoś, kto wierzy, że ostatecznie zawsze można się jakoś dogadać, po zabezpieczeniu komórek wrócił do gabinetu. Pełnił służbę publiczną od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, przede wszystkim na szczeblu samorządowym, od dawna marzył o Sejmie, i podczas ostatnich wyborów udało mu się ten cel osiągnąć. Na jednej ze ścian jego gabinetu, poza tym pomalowanego na bezpieczny niebieskawy kolor, wisiała fototapeta z nim samym: prężąc się w sejmowej ławie, składał poselskie ślubowanie, z prawą dłonią na klatce piersiowej, poszukującą serca. Ze zdjęcia biło wielkie zadowolenie, nawet ta dłoń na sercu wydawała się szczęśliwa. Kruk dostał się do parlamentu z listy partii, którą właśnie porzucił. Nie była to pierwsza taka wolta w jego życiu. Działał już pod wieloma szyldami. Zdradzał na zimno, pod wpływem ostrożnych kalkulacji, nie zranionej dumy czy zawiedzionej nadziei, znajdując dla byłych sojuszników wiele komplementów, jakby sam był zaskoczony, że musi ich porzucić. Zaraźliwie dobre samopoczucie Kruka oraz to, że zawsze grał tylko i wyłącznie na siebie, i nie chciało mu się nawet stwarzać pozorów, że jest inaczej, sprawiały, że choć inni politycy mu nie ufali, to jednocześnie nie było takiego, który by go nienawidził w stopniu uniemożliwiającym zawarcie taktycznego sojuszu. W ostatnich wyborach do parlamentu na Kruka zagłosowało ponad dwadzieścia pięć tysięcy Szczecinian. Z takim wynikiem mógł wierzyć, że żadna droga nie jest przed nim zamknięta.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
