05/2024

Robert Pucek

Nóż

Pan Robert pił. Jednak nie to było najbardziej bezpośrednią przyczyną, bo wtedy właściwie już nie pił. To znaczy pił, ale zamierzał nie pić i w tym celu zażył diazepam. Dzień schodka, jak to nazywał: pół dnia na alkoholu, pół na diazepamie, potem już tylko diazepam. Tylko że zapomniał przestać pić. Kiedy to zauważył, postanowił przestać zażywać diazepam; była to słuszna myśl, ale i jej zapomniał. Zresztą i tak nic by się nie stało, gdyby Juleczka nie sprzedała tego domu.

Bo Profesorowa sprzedała dom. A ten dom stał dwa kilometry od Chatki pana Roberta. Niespotykany zbieg okoliczności, powiedziałby pan Robert, gdyby go ktoś wtedy o to zapytał. Niedźwiedź, ceniony profesor geologii i serdeczny przyjaciel pana Roberta, zapił się dziesięć lat wcześniej i właśnie mniej więcej teraz wdowa doszła do wniosku, że sama już sobie nie poradzi z tym dodatkowym domem, więc go sprzeda. W tej sytuacji zaproponowała, żeby pan Robert i Klotylda wzięli sobie z tego domu, co im się tam może przydać. Już wcześniej, to znaczy po śmierci Niedźwiedzia, pan Robert odziedziczył po nim różne ubrania, głównie swetry i koszule, w tym kurtkę, w której Niedźwiedź, ku rozpaczy Juleczki i licznych przyjaciół, wyzionął był wcześniej ducha. Spodni nie, bo profesor był niższy.

Wszystko zaczęło się więc od sprzedaży domu, czyli właściwie jeszcze latem. Późnym latem. Wtedy, gdy Jula zaproponowała, żeby pan Robert i Klotylda wzięli sobie, co im potrzeba, bo przecież ona sprzedaje dom, a nie jego wyposażenie. Pan Robert pił i nie bardzo się tym interesował, ale wybrał sobie trochę książek i jakieś bibeloty kamienne, które lubił. No i szafkę, bo z szafkami zawsze był w Chatce kłopot. Juleczka jednak namawiała, żeby wzięli dobre garnki i może jakieś sztućce, bo ona tego nie zabierze do Warszawy. W przebłysku trzeźwości pan Robert uznał jej rację i poprosił Klo, żeby się tym zajęła, gdyż to wszak ona ogarnia sprawy gospodarcze. Klo sumiennie wykonała powierzone jej zadanie, po czym wszystkie wybrane rzeczy zostały przewiezione do Chatki, gdzie ułożyła je po swojemu, to znaczy tak, że nikt poza nią nie mógł ich znaleźć.

A zatem Profesorowa sprzedała dom.

Jednak zanim jeszcze stało się to, co się stało, zmarł ojciec pana Roberta. Załatwiwszy wszystkie formalności testamentowe, co trochę trwało, osierocony pan Robert zrobił przegląd warszawskiego mieszkania, w którym się wychował, rozporządził jakoś różnymi przedmiotami i niektóre z nich postanowił zabrać do Chatki. A mianowicie trzy czy cztery pary noży i widelców, siedem talerzyków z bawarskiej porcelany, które były wyjmowane tylko na ważne uroczystości rodzinne oraz święta, a także porcelanową filiżankę, którą kupił kiedyś w prezencie swojej śp. Matce, a teraz chciał podarować Klotyldzie. No i jeszcze elektryczny czajnik, bo w mieszkaniu były dwa, mały i duży, a w Chatce był jeden i to krzywy od czasu, gdy zamyślony gospodarz postawił go na chwilę na rozpalonych fajerach.

Zabrane z rodzinnego domu noże i widelce były zwykłymi sztućcami z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych minionego wieku, jakie kupowały sobie wówczas młode małżeństwa, które szły na swoje. W tym przypadku byli to jego rodzice. Chociaż sztućce nie były drogocenne, pan Robert był do nich przywiązany. I wcale nie chodziło o to, że kojarzyły się mu ze szczęśliwym dzieciństwem – nie, nie – ale o to, że były takie, jak być powinny. Miały ciężkie i wygodne rączki pozbawione ozdób, a same widelce cienkie zęby, na które można było łatwo nabijać kawałki mięsa – innymi słowy, nie były jakimiś szpadlami z rozklepanej blachy. Oprócz tych trzech czy czterech par był tam jeszcze jeden dodatkowy widelec, bardzo ważny. Był to – jeśli można tak powiedzieć – singiel bez swojego noża i o nieco innej rączce, również doskonałej, w kształcie spłaszczonego walca z obciętą dupką. Należał do jakiegoś nieistniejącego już kompletu i był artefaktem, który pan Robert przez całe dzieciństwo z jakichś, nawet jemu samemu nieznanych powodów, chciał mieć na własność. Doskonale pamiętał, jak w dzieciństwie z okazji uroczystości rodzinnych bądź świąt zakradał się do kuchni, usiłując dopilnować, żeby ten samotny widelec przypadł właśnie jemu. Taka niewinna, a może wręcz przeciwnie, nieco wstydliwa słabość.

Skoro mowa o nożach – i nie bez powodu! – należy również wspomnieć o krótkim bagnecie do karabinu AK‑47, który pan Robert kupił kiedyś od Ruskich i którego używał do krojenia chleba, otwierania konserw, a także nosił często przy sobie, niczym harcerz finkę. I tak pewnego dnia… Szczerze mówiąc, nie sposób określić, kiedy dokładnie – gdy się pije rzetelnie, sumiennie i skrupulatnie, czas, jakby poirytowany tym dążeniem do pijackiej doskonałości, zaczyna na złość kręcić oraz kluczyć i potem bardzo trudno jest odnaleźć jakiekolwiek ślady i ustalić, kiedy coś się wydarzyło, komu, a czasem nawet, czy w ogóle się wydarzyło. Najprawdopodobniej jednak było to już po tym, jak Juleczka sprzedała dom, a potem umarł ojciec pana Roberta.

A zatem pewnego nieustalonego dnia pan Robert bawił się tym bagnetem, rozmyślając przy starym dębowym stole, który służył mu za biurko, i sącząc drinka. Nie wiadomo, o czym wtedy dumał. Wiadomo tylko, że krążyła wokół niego mucha i że to krążenie mocno go irytowało.

Zniecierpliwiony dmuchał na nią dymem z papierosa, odganiał ręką, ale bez większego powodzenia. W końcu poderwał się z fotela i ruszył do kuchni na poszukiwanie łapki. Mucha złośliwie leciała przed nim, jak gdyby się z niego naigrywała. Dotarłszy do progu oddzielającego izbę od kuchni, pan Robert zauważył, że owad przysiadł na płycinie drzwi prowadzących z kuchni do sionki. Nie wytrzymał, zamachnął się i rzucił bagnetem, który wciąż miał w dłoni. Mucha złośliwie uskoczyła, ale bagnet z hukiem wbił się w drewniane drzwi.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.