Awater straszy, gdy tylko biorę pióro do ręki.
(z listu Martinusa Nijhoffa do Hansa Philipsa
z 27 sierpnia 1934)
I
Niech nas nie zwiedzie ton tego utworu. Tutaj proste zdania nie generują prostych znaczeń. Awater (1934), traktując o kryzysie egzystencjalnym jednostki i przesileniu w kulturze w kontekście zmian społecznych i politycznych u progu lat trzydziestych, jest poematem także, jeśli nie przede wszystkim, o impasie twórczym, powtórnych narodzinach poety, o pisaniu i – szerzej – o problemach i wyzwaniach sztuki w ogóle. I bynajmniej nie dlatego, że daje się w nim słyszeć odgłos maszyny do pisania: „Słono i cienko trajkocze tu metal. / Maszyna marzy i pisze androny”; czy że formułowany jest apel do czytelnika, zwrot tyleż kultowy, co noszący już w języku niderlandzkim cechy niemal stałego związku frazeologicznego: „Więc czytaj, nie to jest tu, co napisano”; albo że natrafiamy tutaj na wiersz‑w‑wierszu, bo cytowany jest fragment trenu o matce tytułowej postaci: „a w wolne dni już nigdy więcej się nie udam / z kwiatów wiązanką w dłoni do szpitalnych progów”. Jedną z wewnętrznych perspektyw Awatera jest niewątpliwie wyraźny wymiar autotematyczny, a poemat jest również, by się tak wyrazić, autoteliczny, gdyż programowo pozbawiony uzasadnienia w rzeczywistości zewnętrznej. Napisał go bowiem wyznawca autonomiczności literatury – Martinus Nijhoff. I znów, autonomiczności tej nie należy rozumieć w sposób ograniczający czy wsobny jako przeliteraturyzowanie lub jako kraszenie poematu szeregiem odniesień do dzieł literackich i tekstów kultury. Część z nich uwidacznia się zresztą już w samej fakturze słownej. To, oprócz – znanej od Homera przez Dantego i Miltona do Mickiewicza – klasycznej inwokacji („O, uobecnij się duchu najpierwszy, / z uniesienia nad wodami początku”.), także liczne przywołania Biblii, dla autora, wzrosłego w holenderskiej kulturze przesiąkniętej protestantyzmem, księgi znanej, bo regularnie czytanej. Widać to w zewnętrznej organizacji wiersza: po początkowym wezwaniu (invocatio), a jeszcze przed epilogiem (peroratio), jest sześć zwrotek czy scen jak sześć dni stworzenia. Expressis verbis wspomniani są na przykład Noe i Jonasz (co odsyła odpowiednio do Rdz 6, 9–22 oraz Jon 3 i Nah 2, 3), a tytułowy Awater wprost zestawiany jest z Janem Chrzcicielem („Odzienie z sierści ma wielbłąda / utkane igłą, ciało zaś wychudłe, / miodem karmione leśnym i szarańczą” – Mt 3, 4). Tymczasem w końcowej mowie żołnierki Armii Zbawienia pobrzmiewa echo Pawłowego hymnu o miłości („Miłości […] nigdy nie ufa się próżno”, por. 1 Kor 13). A czytając o „miedzianym wężu” i „ostu łodydze”, tylko przez moment wahamy się, czy są to poetyckie wizje, bo rozpoznajemy w nich również biblijne interteksty (jak polecenie Jahwe wydane Mojżeszowi podczas wędrówki Izraelitów przez pustynię: „Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i […], jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu” – Lb 21, 8–9, czy Jezusowe Kazanie na Górze: „Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi?” – Mt 7, 16).
Liczne biblijne odniesienia w literaturze nie powinny dziwić, gdyż w ówczesnej Holandii zarówno tradycjonaliści, jak i awangardowi twórcy, chrześcijańscy pisarze i agnostycy lub niewierzący często sięgali do motywów religijnych. Po I wojnie światowej kwestie estetyczne przeplatały się z etycznymi, a te nakładały się na wyznaniowe lub ideowe, ich zwolennicy dialogowali ze sobą w nieustannym napięciu, a religia dostarczała obu grupom kanonicznego zestawu motywów, w którym czytelnicy mogli się rozpoznać. Co więcej, jest też osobisty wątek licznych, także poza Awaterem, motywów religijnych w twórczości Nijhoffa, choć ich pojawianie się ma również wymiar nostalgiczny. Matka poety Johanna Alida Seijn, wrażliwa i religijna, odrzucająca w swojej wierze konwencje środowiska, zaangażowała się w 1902 roku, po kryzysie wywołanym śmiercią piątego dziecka, najmłodszej kilkutygodniowej córki, w działalność Armii Zbawienia, charytatywnej organizacji o charakterze ewangelikalnym. Śpiewała na zebraniach pobożne pieśni i pisywała własne, tworzyła ewangelicznie inspirowane sztuki wystawiane przez młodzież szkolną, a w późniejszym okresie, w 1918 roku, przeszła na katolicyzm. Wszystko to w areligijnej rodzinie Nijhoffów odbiło się na wychowaniu czwórki dzieci, a poecie kazało potem często wprowadzać do wierszy motyw matki, wątki religijne i pozwoliło mistrzowsko łączyć to, co banalnie ziemskie, z tym, co metafizycznie wzniosłe. Tym bardziej że sposób wyrażania się matki, jak poeta wspominał po latach, był szczery i swobodny, bez patosu czy dewocyjnej napuszoności.
Jak zatem mógł pojmować autonomiczność sztuki poetyckiej autor, skoro nie chodziło mu li tylko o religijne, kulturowe i literackie uwikłanie Awatera w tradycję? Spróbujmy wyjaśnić to na podstawie wiersza De wolken (Chmury) z tomu Vormen (1924, Formy). Nijhoff wprowadza tu postać dorosłego już mężczyzny, który wspomina rozmowę z matką, kiedy jako chłopiec leżał z nią na wrzosowisku, a ona pytała, co syn widzi w chmurach. Chłopiec woła, że Skandynawię i kaczki, idącą panią i owcę z pasterzem, by spuentować „Cuda słowami się stały, popłynęły hen, / Lecz widziałem, że matka z uśmiechem płakała”1. Sytuacja się powtarza, kiedy chłopiec jest dorosły i przeżywa to samo ze swoim synkiem: „A teraz sam płaczę i widzę znów w oddali / Chmury, za którymi matka, dziecko płakali”. Wiersz ten można interpretować w kontekście przemijalności życia, z czego dopiero dorośli w pełni zaczynają sobie zdawać sprawę. U Nijhoffa dochodzi jednak jeszcze jeden wymiar. Największym cudem okazują się w De wolken nie same rzeczy, a więc wszystko, co dziecko dostrzega w chmurach, ani nawet melancholijne wzruszenie dorosłych przemijalnością tego świata, lecz fakt, że to, co postrzegane jest przez chłopca okiem i ogarniane umysłem, może stać się słowem jako najwyższa rzeczywistość. Podobnie jak wcielenie, usłowienie to część tego samego planu, sakralnego i artystycznego zarazem. Oto język daje przedmiotom drugie życie, a poeta, łącząc w sobie naiwność dziecka i doświadczenie dorosłego, czyni ten proces możliwym i chroni odradzanie się rzeczywistości w słowach. Logiczną konsekwencją było zatem zajęcie przez Nijhoffa stanowiska, że dzieło literackie winno funkcjonować jako samodzielny autonomiczny organizm w oderwaniu od swojego twórcy i od społeczeństwa. Odrzucając każdą formę realizmu, nie proponował jednak ucieczki od rzeczywistości, lecz postulował literaturę, która miałaby dać głębszy wgląd w panującą w świecie dysharmonię. Utwór pozbawiony skłonności do fotograficznego odzwierciedlania rzeczywistości mógłby dotrzeć do esencji ludzkiego bytu i ją ukazać.
Współczesny prozaik holenderski Donald Niedekker napisał w eseju z 2023 roku Awater volgen (Śledząc Awatera):
Literaturoznawcy mogli się trudzić, dociekając znaczenia „miedzianego węża” i „suchego ostu”, lecz zasadniczą funkcją tych detali jest odwrócenie uwagi: wywieść czytelnika w pole i sprawić na nim wrażenie, że to relacja naocznego świadka, podczas gdy w istocie mamy do czynienia z na wpół zgodną z prawdą, na wpół zmyśloną opowieścią nadwrażliwego umysłu.
Tym samym już na początku wylądowaliśmy w gęstwinie interpretacji, Awater bowiem, należąc do kanonu dwudziestowiecznej poezji, należy zarazem do tych utworów literatury niderlandzkiej, które wzbudzały kontrowersje i nadal ożywiają dyskusje na swój temat, będąc stałym punktem odniesień zarówno dla historyków literatury i krytyków, jak i dla czytelników i samych pisarzy. I to w kolejnych pokoleniach, które borykają się z tym poematem. I w kolejnych, niekiedy skrajnych, interpretacjach. W wierszu odkryto odniesienia do Jamesa Joyce’a i jego Ulissesa, do T.S. Eliota i Ziemi jałowej, dalej do mitologicznych i klasycznych tekstów, by wymienić baśnie braci Grimm, Pieśń o Rolandzie czy legendę o świętym Graalu. O niektórych zapożyczeniach wspominał swoim współczesnym sam autor czy to w odczycie Over eigen werk (1935, O własnej twórczości), czy w rozmowach lub w listach. Inne były widoczne i stosunkowo łatwe do rozwikłania. Jeszcze inne, mimo ostentacyjnej obecności w fakturze utworu i wyeksponowania na jego powierzchni, czekały długo na wyświetlenie. Klasycznym przykładem może być fragment szóstej zwrotki zawierający pieśń Awatera w restauracji: tylko dzięki informacji od przyjaciółki poety przekazanej dopiero w końcu lat siedemdziesiątych pewnemu profesorowi literatury dowiedziano się, że w wierszu znajduje się przekład sonetu CCL Petrarki „Solea lontana in sonno consolarme…” (w polskim przekładzie posłużono się tłumaczeniem Jalu Kurka z kilkoma drobnymi korektami). Dziś, wiedząc i widząc to, można powiedzieć: oczywiście, że sonet! – przecież Nijhoff często sięgał po tę formę i oczywiście, że Petrarka! – przecież wielbiący tradycję łacińską poeta renesansu, piszący swoje Canzoniere w języku ‘volgare’, po włosku, to idealny dla modernisty przykład, że odnowę można urzeczywistnić tylko poprzez tradycję. Przekład Nijhoffa, choć dokładny, długo pozostawał niezauważony dla szkiełka i oka badaczy, nawet po 1941 roku, kiedy opublikowano pierwsze tłumaczenie na niderlandzki D. Tola. Intrygujące, jak zresztą cały ten poemat, jest to, że dopatrywano się w Awaterze przeróżnych wpływów, a przekład sonetu in extenso tak długo pozostawał niezauważony.
W 1981 roku, po półwieczu od ukazania się wiersza, głosy „za” i „przeciw” poematowi zgromadził Dirk Kroon w Nooit zag ik Awater zo van nabij. Teksten omtrent Awater van Martinus Nijhoff (Teraz Awater blisko jest jak nigdy. Teksty o Awaterze Martinusa Nijhoffa). A przecież przez kolejnych pięćdziesiąt lat, jakie minęły od publikacji owego czterystustronicowego podsumowania recepcji Awatera, reakcji tylko przybyło. Niedawno zmarły Wiljan van den Akker, który doktoryzował się z poetyki Nijhoffa, wyróżnił w Awaterze trzy grupy wpływów: oprócz zależności od rodzimych niderlandzkich źródeł, np. piętnastowiecznego moralitetu Elckerlijck (Każdy wzgl. Ktobądź), także oddziaływanie tria Freud–Spengler–Jung oraz kwartetu Mann–Proust–Cocteau–Eliot, wreszcie Owidiusza i mitów. Lista literackich i kulturowych uwikłań na tym się oczywiście nie kończy. W zasadzie prościej byłoby zestawić listę tego i kogo krytycy w poemacie nie zobaczyli. Zanim jednak powiemy jeszcze więcej o samym wierszu, o którym Josif Brodski, przywołując go jako „the future of poetry”, mówił w 1988 roku, że poemat jest „one of the grandest works of poetry in this century”, wypada przybliżyć sylwetkę Nijhoffa, poety, którego z kolei wychwalał w 1948 roku inny noblista – T.S. Eliot wskazał, że gdyby Holender pisał po angielsku, zyskałby światową sławę. Uznanie Eliota akurat nie powinno dziwić, zważywszy na analogiczną metodę pracy obu, czyli aneksję w jednym polu skojarzeń różnorodnych tekstów, mitów i religii za pomocą cytowań, parafraz i aluzji.
II
Autorem
Awatera jest Martinus Nijhoff (1894–1953), poeta, dramaturg, krytyk literacki i eseista, a także tłumacz; przekładał m.in. Eurypidesa, Gide’a, Heinego, de Nervala, Ramuza, Szekspira czy
last but not least Eliota. Historycy literatury i krytycy powiedzieli o nim niemal wszystko, że romantyk, dekadent, symbolista, ekspresjonista, kubista, realista magiczny, modernista itp., a czytelnicy, ze względu na charakterystyczny u niego brak rozemocjonowania, intelektualny dystans, unikanie liryki wyznania i pewną celebrację, określali jego wiersze mianem rebusów. Tak czy owak był wybitny pod każdym względem, choć, jak to bywa w uznaniu artystycznych dokonań, najważniejszą nagrodę literacką Holandii im. Constantijna Huygensa przyznano mu pośmiertnie. Zresztą Holendrzy, doceniając także dorobek przekładowy poety, kiedy ustanawiali w tym samym 1953 roku prestiżową nagrodę za przekłady z języka niderlandzkiego i na język niderlandzki, nadali jej miano Nagrody im. Martinusa Nijhoffa – Martinus Nijhoff Vertaalprijs
2.
Nazwisko Nijhoff większość ludzi skojarzy ze słynnym wydawnictwem o nazwie Martinus Nijhoff. I faktycznie założycielem tej haskiej oficyny był dziadek poety i jego imiennik, notabene współtwórca postępowo‑liberalnej gazety „Het Vaderland” (1869–1982, Ojczyzna). Wydawnictwo istniało od 1853 roku, aczkolwiek rodzinne tradycje w tej mierze sięgają 1839, a księgarskie nawet początków XIX stulecia, można więc mówić o całej pionierskiej dynastii księgarzy‑wydawców. Firma Martinus Nijhoff specjalizowała się w naukach prawnych oraz humanistycznych, a z tego drugiego zakresu opublikowano m.in. pomnikowe edycje holenderskiego słownika biograficznego oraz wielkiego słownika języka niderlandzkiego, jednego z największych słowników językowych na świecie. (Przejęta w latach siedemdziesiątych XX wieku przez Kluwera firma funkcjonowała jako jego imprint i zachowała pewną odrębność także po fuzji w 2003 roku z firmą Brill, specjalizując się nadal w prawie oraz stosunkach międzynarodowych.) Wydawnictwem jako spółką akcyjną Nijhoff N.V. kierował przez ponad pół wieku także ojciec poety, księgarz i antykwariusz, Wouter, człowiek z ambicjami, poważny, lecz towarzyski. Można więc stwierdzić, że poeta wzrastał w specyficznym środowisku: zamożnym, intelektualnym i liberalnym, gdzie książki, słowniki czy literatura były na porządku dziennym, stanowiąc naturalne otoczenie. Już pod koniec życia w 1953 roku, w uroczystej przemowie na stulecie firmy, pisarz, wspominając swoją rodzinę, wypowiedział następujące słowa: „księgoznawstwo to jednak cud. Równie niewyczerpany i bogaty jak sam duch człowieka”. A wcześniej w liście z 1936 roku pisał: „Wielkim brzemieniem mojego życia było […] to, że oboje moi rodzice, choć bardzo się od siebie różnili, byli każde na swój sposób tak doskonali. Przez to zajęcie własnej postawy życiowej zostało mi niezwykle utrudnione”. Natomiast szkoła średnia, do której uczęszczał, Gymnasium Haganum, jedna z najstarszych szkół publicznych w Niderlandach, z tradycjami sięgającymi XIV wieku, dała mu na początku XX stulecia gruntowne wykształcenie.
Poeta tylko krótki czas pracował w rodzinnej firmie. Studia prawnicze w Amsterdamie rozpoczęte w 1912 roku musiał przerwać na czas powołania do wojska w 1914, ale choć je w 1922 ukończył, nigdy nie podjął pracy w zawodzie. Mając dwadzieścia dwa lata, Martinus żeni się z ciężarną osiemnastolatką ze swojego dawnego gimnazjum. Antoinette (Netty) Hendrikę Wind, późniejszą prozaiczkę i poetkę, która już wówczas pisze własne wiersze, Martinus ponoć uwiódł swoim sonetem. Rodzina naciska na ślub, a ojciec z tej okazji wydaje w maju 1916 roku jego pierwszy tom poezji De wandelaar (Wędrowiec) jako druk okolicznościowy: per le nozze – „z okazji ślubu”. Czternaście wierszy na dwudziestu dwóch stronach w nakładzie pięćdziesięciu egzemplarzy, które w grudniu tego samego 1916 roku i pod tym samym tytułem ukazują się w Amsterdamie jako pierwsza część oficjalnego debiutu liczącego już sześćdziesiąt trzy strony. Młodzi małżonkowie zamieszkują w Laaren–Blaricum, miejscowości, gdzie utworzyła się swoista kolonia artystyczna i gdzie nawiązują kontakty z filozofami, malarzami i pisarzami. Netty po trzech latach opuszcza Martinusa i wyjeżdża z synem do Florencji, gdzie przez siedem lat prowadzi pensjonat, potem przez kolejnych dziesięć mieszka w Paryżu, wreszcie w Anglii. Przebywa w kręgach awangardy, niekiedy spotyka się z mężem i wchodzi w lesbijski związek z angielską malarką Marlow Moss. Kiedy w latach trzydziestych Martinus będzie się chciał rozwieść, a Netty się nie zgodzi, poeta przystanie na to, pisząc do niej: „jesteś moją pierwszą miłością i ostatnią mądrością”.
Nijhoffa najbardziej ciągnęło jednak do literatury. Po doświadczeniach współpracy (1914–1915) ze studenckim czasopismem o krytycznym i satyrycznym zacięciu „Priopria cures” (zał. 1890, Troszcz się o własne sprawy), pisywał w 1920 roku artykuły do gazety „Het Nieuws van den Dag” (zał. 1870, Nowiny Dnia), w latach 1924–1927 współpracował z „Nieuwe Rotterdamsche Courant” (zał. 1844, Nowa Gazeta Rotterdamska), a w okresie 1926–1933 oraz 1941–1946 był redaktorem ważnego periodyku „De Gids” (zał. 1837, Przewodnik). Krytyki literackie pod pseudonimem Tonia van Bilt umieszczał w latach 1934–1940 w „Critisch Bulletin. Maandblad voor letterkundige critiek” (1930–1941, Biuletyn Krytyczny. Miesięcznik krytyki literackiej). Aby pogłębić i usystematyzować swoją wiedzę, zaczął w 1932 roku, mając trzydzieści osiem lat, studia literatury i języka niderlandzkiego. Ukończył je w 1937 roku, a o zdobywanej przez niego erudycji świadczą teksty krytyczne i eseje oraz wzbierająca fala przekładów z literatury francuskiej i angielskiej.
W szalonych latach dwudziestych i na początku trzydziestych Nijhoff jest już autorem o uznanej reputacji, choć dla części odbiorców kontrowersyjnym. Jako rozpoznawalny recenzent i krytyk snuje refleksje nad sztuką poetycką i statusem pisarza. Obraca się w kręgach artystycznej bohemy i niekoniecznie jest grzecznym chłopcem, o czym wiemy m.in. ze słynnej anegdoty. Miejscem zdarzenia miał być amsterdamski Hotel American przy Placu Lejdejskim, a czasem akcji 15 grudnia 1931 roku, godzina druga w nocy. Wydawca Sander Stols miał w towarzystwie szepnąć na ucho Nijhoffowi, że pisarz i krytyk Edgar du Perron go nie znosi. Zapewne chodziło o podejrzenia du Perrona, że Nijhoff udaje ważniaka i jest mistyfikatorem. Jak mówią świadkowie zdarzenia, nieco podchmielony Nijhoff wezwał kolegę po piórze, by rozstrzygnąć sprawę po męsku, tzn. na pięści. W korespondencji du Perrona zachowała się spisana na gorąco jego relacja z wydarzenia:
W westybulu Américain powiedziałem mu [Nijhoffowi] wtedy, co mam mu za złe, lecz gdy tylko doszedłem do stwierdzenia, że właściwie należy do starych zgredów, znów zaczął mówić o wyjściu na dwór i „rozprawieniu się na pięści”. Wyszedłem więc […] za nim na zewnątrz i w najbardziej dziecinny sposób, tam na chodniku przed Américain, wymierzyliśmy sobie nawzajem dwa czy trzy ciosy pięścią. […] chyba drapie, kiedy się bije; w każdym razie zauważyłem, że krwawię z górnej wargi, gdzie zadrapał mi kawałek skóry. Wyglądało to jednak dość efektownie, bo przynajmniej została zakrwawiona chusteczka, która w kronikach „kręgu” rozrośnie się zapewne do co najmniej dwóch krwotoków z nosa.
O Nijhoffie napisano niezliczone artykuły i poświęcono mu wiele książek, ale, co intrygujące, dopiero całkiem niedawno ukazała się jego biografia pióra Barta Slijpera Elk woord ging ademhalen. Het leven van de dichter Martinus Nijhoff (2023, Każde słowo oddychało. Życie poety Martinusa Nijhoffa). Slijper dość ciekawie przedstawia kolejne fazy poetyckiego i intelektualnego rozwoju poety, który z symbolisty i dekadenckiego autora sonetów staje się wszechstronnym modernistą, by następnie, już w latach trzydziestych, zostać poetą niemal klasycznym. Nijhoff mieszkał w tym czasie w Utrechcie (1933–1941) i był to dla niego ważny okres nie tylko ze względu na studia niderlandystyczne podjęte na miejscowym uniwersytecie (choć tylko kilka miesięcy przepracował jako nauczyciel języka niderlandzkiego). W domu przy Oudegracht 341 mieszkali z nim malarz reprezentujący magiczny realizm Pyke Koch, pisarz z Antyli Cola Debrot, kompozytor i klawesynista Hans Philips czy poeta Jan Engelman, a na strychu swoje atelier miał architekt i projektant mebli Gerrit Rietveld. Wszystko to nazwiska mające stałe miejsce w kulturze i sztuce nie tylko Holandii. W tym okresie Nijhoff związany był z wykładowczynią języków klasycznych Josine van Dam van Isselt, która wprowadziła go do tego środowiska, była jego muzą i wywarła na niego duży wpływ.
W czasie wojny poeta współpracował z podziemnym czasopismem „Vrij Nederland” (1940–, Wolna Holandia). Ponieważ odmówił okupantowi objęcia katedry niderlandystyki po zwolnionym profesorze, musiał się ukrywać. Jako żołnierz wojsk inżynieryjnych zmobilizowany na czas I wojny światowej miał wiedzę na temat materiałów wybuchowych i doradzał w 1943 roku bojowcom w słynnym zamachu na amsterdamski rejestr meldunkowy. Chociaż akcja nie przyniosła wszystkich zamierzonych efektów, była ważna, gdyż zniszczenie nawet części dokumentacji utrudniało porównywanie fałszowanych przez podziemie dowodów tożsamości z danymi z oficjalnego rejestru.
Po wojnie poeta zatrudniony był przez pewien czas jako doradca literacki w ministerstwie oświaty i sztuki, pracował także m.in. nad słownikiem ortograficznym języka niderlandzkiego. W latach pięćdziesiątych przyjął od kościoła reformowanego zlecenie nowego przekładu psalmów, który miał zastąpić poprzednie tłumaczenie z 1773 roku. Martinus Nijhoff zmarł nieoczekiwanie w wieku zaledwie 59 lat.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]