Sekwencja trwała dziewięć minut albo dziewięć godzin, dziewięć dni, tygodni, miesięcy, dziewięć lat; zależy, ile dopuściłabym zapętleń. Scena powtarzała się bez zmian, jak w zaciętym filmie. Skupiałam się na szczegółach, ale one umykały. Ostatecznie byłam w stanie przyjrzeć się pierwszej stronie książki, skrytej pod folią białej kartce z tytułem i nazwiskiem autora; z każdym powtórzeniem odczytywałam dodatkowe informacje, tytuł był jednowyrazowy, dosyć długi, odszyfrowałam dziesięć zamazanych cieni. Zaraz za nimi dostrzegłam nawias i maczek wyrazów pisanych małymi literami, bez szansy na rozpoznanie. Wróciłam do głównego słowa. Pierwszym znakiem mogło być D, G, B, O lub C. Słów rozpoczynających się na nie i składających się z dziesięciu liter było całkiem sporo. Spróbowałam z autorem. Pod spodem zauważyłam początek imienia, przy powtórkach doczytywałam następne litery, mozolnie układając je w pełne imię i nazwisko; należące do mnie. Nie autor a autorka! To ja byłam autorką książki z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, którą grupka seniorów chciała przeczytać w domu spokojnej starości, a która rozpoczynała się sceną wymknięcia się tych seniorów z karnawałowej zabawy, by w tajemnicy przeczytać napisaną przeze mnie książkę z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Napisałam książkę w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, choć gdybym była wtedy aktywna zawodowo, już od dawna powinnam nie żyć. W dodatku napisałam książkę, która stała się nielegalna, czyli za jej czytanie groziła kara, a mimo to była kopiowana na ksero1. Nikt już nie używał kserokopiarek do kopiowania książek. Istniało co najmniej dziewięć wersji tej książki, jeżeli miałam wierzyć zapętlonej dziewięciokrotnie sekwencji; nie dość, że książka powstała, gdy nie żyłam, to powstała w dziewięciu, dziewięćdziesięciu, dziewięciuset, dziewięciu tysiącach, dziewięciuset tysiącach wersji, zależy, ile dopuściłabym zapętleń sekwencji z seniorami. W każdej z nich czytali inną jej wersję. I wszystkie były z jakiegoś powodu nielegalne, skrycie kopiowane na ksero i podawane pocztą pantoflową do potajemnego czytania.
Nigdy nie napisałam żadnej książki, nie napisałam nigdy nic dłuższego niż praca semestralna i magisterska. Nie żyłam, gdy powstawała książka, nie żyłabym, gdybym ją napisała.
Szybko zorientowałam się, że w internecie miejsca, w których mogłabym znaleźć informacje o powieści mojego autorstwa, były puste; strony, katalogi, repozytoria wyświetlały ogołocony z danych ekran. Nielegalna książka nie należała do produktów dających się przerobić na zerojedynkową kopię. W poszukiwaniach odpadały też biblioteki, instytuty czy muzea, gdzie spodziewałam się pustki, nie dokumentacji na jej temat.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
