Obszerne partie Jedzmy, zwracajmy to zapisy spotkań ze znajomymi – książkę zaludniają niezliczone zastępy koleżanek, byłych chłopaków i kolegów po piórze. Jeśli więc założymy, że Jedzmy, zwracajmy to – niczym w dawnych powieściach – „portret pewnego środowiska”, powstaje zasadne pytanie: kiedy zaczęliśmy tyle rozmawiać o jedzeniu? Kiedy stało się ono naszą obsesją? To pytanie iście wiedemannowskie. Na szczęście narrator Jedzmy, zwracajmy nie stawia diagnoz, zadowalając się dykteryjkami. Właściwa pisarstwu Wiedemanna staromodna ironia sprawia, że rozmaite „ludzkie ułomności” jawią się jako pewne nieszkodliwe idiosynkrazje. Może dlatego tak lekko się te prozy czyta?
Nie można jednak zapominać o drugim członie tytułu. „Zwracanie” umieszcza bowiem całość w planie fizjologicznym. Cielesność jest kolejnym powracającym motywem tej książki, w której dostajemy nie tylko opis zmagań ze świerzbem (Świerzb) lub stłuczoną, puchnącą nogą (Noga), lecz także sceny seksualnych inicjacji. W tym kontekście nieodzowną figurą pozostaje Matka. Skontrastowana z nieszkodliwym, raczej milczącym i nieco przestraszonym Ojcem, jest orędowniczką zasady rzeczywistości, a także (nieodłączną) przeciwwagą dla miejskich przygód narratora. Powrót do Matki jest jednocześnie powrotem na prowincję, będącą niewyczerpanym rezerwuarem scen pierwotnych – jak chociażby w pisanej z perspektywy dziecka prozie Mokra ziemia, w której pojawia się obraz całowania przez matkę stóp martwego, leżącego w trumnie dziadka. Wiedemann, członek Związku Pisarzy ze Wsi i redaktor jego wpływowego organu, dwumiesięcznika „Pole”, nie wpisuje się raczej w modny nurt „historii ludowych”, choć w opowiadaniu Znajomi z prowincji pochodzenie narratora zostaje wyraźnie podkreślone; znów – przez Matkę:
– Nigdy nie mów „z prowincji”, sam jesteś z prowincji – powiedziała mama.
Prowincja nie jest u Wiedemanna magiczną krainą dzieciństwa, bo i samo dzieciństwo to – jak zdaje się sygnalizować małoletni narrator Mokrej ziemi – raczej okrutny sezon życia. Upływa ono pod znakiem niezrozumienia ze strony dorosłych, wmuszanych na siłę obiadów i ciążących na ośmiolatku obowiązków w rodzaju Pierwszej Komunii: „Po obu stronach miedzy zaorane pole, mokra ziemia. Wszyscy trafimy do ziemi. Jutro zostanę ostrzyżony, boli mnie brzuch, lepiej by już było umrzeć niż to przeżywać”.
Stąd być może zawarte w tytule zbioru ironiczne nawiązanie do opowiadania Włodzimierza Odojewskiego Jedźmy, wracajmy. Obecne u bohatera tamtej prozy rozczarowanie ponownymi odwiedzinami rodzinnych ukraińskich stron, przekonanie o niemożliwości powrotu do „zatoki dzieciństwa, kraju niewinności”, byłoby bliskie światopoglądowi bohatera wiedemannowskiego, który ucieka na rowerze przed rodzicami, kuszącymi perspektywą obiadu i podwieczorku.
Choć kilka próz pomieszczonych w Jedzmy, zwracajmy dzieje się na wsi, to rytm całego zbioru jest zdecydowanie miejski. Rozpoznajemy kontury Warszawy, Krakowa, a czasem nawet miast tak egzotycznych jak Chicago – jak w otwierającej tom prozie podróżnej. Warto zresztą zatrzymać się dłużej przy tym chicagowskim fragmencie, będącym zapisem stypendialnej wycieczki, bo Wiedemann stosuje w nim perspektywę, która będzie przewijać się na dystansie całej książki:
Przez sam sposób prowadzenia narracji Wiedemann pokazuje, że nasze intelektualne sądy na temat rzeczywistości są zawsze wtórne wobec pewnej nieubłaganej kinetyczności. Ruch wydarza się jakby samoczynnie i poza wolą podmiotu; aby nie wypaść z obiegu, trzeba się na ten ruch „załapać”. Zanim zdążymy cokolwiek intelektualnie przetworzyć, pojawia się winda, a po windzie – wózek. Ruch jest nieuchronny, gdzieś trzeba zawsze pójść, zdążyć na autobus, potem przesiąść się na tramwaj, a na koniec wejść po jakichś schodach. To temat interesujący Wiedemanna od dawna – nieprzypadkowo jest autorem tomu poetyckiego Z ruchem. W Jedzmy, zwracajmy powraca do tej perspektywy. Warto zwrócić uwagę, jak zadziwiająco dużo miejsca poświęca się tutaj przemieszczaniu się, wchodzeniu po schodach, otwieraniu i zamykaniu drzwi, czynnościom często pomijanym przez prozaików. Zamykające tom opowiadanie Aktywność jest po prostu wiernym zapisem wyjścia na miasto, z dokładnymi szczegółami dotyczącymi logistyki spotkań ze znajomymi.
Zważywszy że socjologowie nieustannie ostatnio rozprawiają o „epidemii samotności” oraz naszych rosnących trudnościach z wychodzeniem „do ludzi”, narrator opowiadań Wiedemanna jawi się jako ktoś stosunkowo niedzisiejszy. Jest to osoba nad wyraz towarzyska: co chwila z kimś się spotyka, na kogoś przypadkowo wpada; jeżeli nie idzie na jakąś imprezę, to z niej wraca. Trzeba więc powiedzieć, że kolejnym wielkim tematem w Jedzmy, zwracajmy jest przyjaźń, choć Wiedemann opisuje ją zazwyczaj jako coś ambiwalentnego. Przyjaźń jest zrazu czymś nieodzownym, sprawą najwyższej wagi, ale za chwilę może okazać się kaprysem, dyspozycją chwili czy wręcz taktycznym sojuszem zawieranym na czas wieczoru. Przyjaźń to ostatecznie kwestia wyboru „między Szymkiem a Ewelinką”:
Wiedemann jest wierny pewnej heretyckiej fenomenologii – wywiedzionej, jak się zdaje, z pisarstwa Mieczysława Piotrowskiego – opartej na przekonaniu, że w każdą międzyludzką relację nieuchronnie wpisana jest przemoc. Ponieważ zawsze ścierają się nasze indywidualności, coś komuś dajemy i czegoś oczekujemy w zamian, kradniemy i jesteśmy okradani. Wielkie ludzkie pojęcia, jak miłość i przyjaźń, mają zatem charakter wymienny. Polegają w równym stopniu na „jedzeniu”, co na „zwracaniu”.
Kto dziś pisze tak jak Wiedemann? Chyba nikt. Ta oryginalność skazuje go zresztą na pewną banicję, bo Jedzmy, zwracajmy, książka wydana w niewielkiej oficynie specjalizującej się w poezji, pisana dla wąskiego grona koneserów niszowych pozycji, siłą rzeczy nie przeszła wielkim echem w literackim mainstreamie. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że autor sam sobie jest winien, bo nie bardzo chce się sprzedać. Marketingowe opakowanie próz Wiedemanna w ten sposób, by zainteresowały redakcje wysokonakładowych gazet i lifestyle’owych portali, wymagałoby jednak pewnej gimnastyki. Gdy próbujemy zredukować prozy z Jedzmy, zwracajmy do kilku wiodących tematów, okazuje się, że poruszają one właściwie zagadnienia uniwersalne, problemy odwieczne. Wiedemann pisze więc o jedzeniu, a nie o „zaburzeniach odżywiania”, o przyjaźni, a nie o „kryzysie relacji”, nie o „dyskryminacji”, lecz o samotności. Nawet fragmenty homoseksualne trudno byłoby wpisać w tzw. politykę tożsamości, bo Wiedemanna interesuje raczej wymiar fizjologiczno‑groteskowy aktu seksualnego.
Na początku kariery prozatorskiej Wiedemann łączony był z nurtem banalistycznym. To nieco już zapomniane pojęcie spopularyzował pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Paweł Dunin‑Wąsowicz, rozwijając tezy niemieckiego badacza polskiego undergroundu Michaela Fleischera. Banalizm rodził się w środowisku artzinowym lat dziewięćdziesiątych, a banaliści pisali teksty skupione na codzienności, sprawach trywialnych i z pozoru nudnych. Co ciekawe, Dunin‑Wąsowicza w banalizmie interesował najbardziej jego aspekt mimetyczny. Redaktor „Lampy” zwracał uwagę, że autorzy tego nurtu rzadziej piszą o przeklętych polskich problemach, o przysłowiowej „Solidarności”, papieżu i stanie wojennym, częściej zaś o zwykłych i niekoniecznie spektakularnych problemach młodych ludzi, związanych z tym, jak się odnaleźć w trudnych realiach transformacji ustrojowej. Redaktorzy antologii Tekstylia. O „rocznikach siedemdziesiątych” zauważali z kolei, że banalizm „może stanowić reakcję młodych pisarzy na presję rynku (jak wiadomo, utwory pisane z myślą o sukcesie komercyjnym muszą być atrakcyjne zarówno pod względem formalnym, jak i tematycznym)”.
Wiedemann pozostaje więc ostatnim banalistą na placu boju w tym sensie, że nie poddaje się presji pisania o sprawach ważkich i łatwo sprzedawalnych w prasie, nie zamierza iść na kompromis w imię celów pozaartystycznych i „atrakcyjności tematycznej”. W rozmowie z Łukaszem Łacheckim dla „Krytyki Politycznej”, pytany o niszowy charakter swojego pisarstwa, mówił jasno: „[…] może głupio to zabrzmi, chełpliwie, ale żadne «zasięgi» zbytnio mnie nie interesują, znam swoją wartość i jest ona niepodważalna”.
A więc powrót do lat dziewięćdziesiątych? Opór wobec komercji i konsekwencja w pisaniu dla kolegów? Tak, ale chyba coś jeszcze. Michel de Certeau, interesując się prostymi codziennymi czynnościami, takimi jak rozmowy, lektury, robienie zakupów czy gotowanie obiadu, pisał o nich jako o „żarcie słabego w porządku ustalonym przez silnego”. Te niewinne praktyki, niewidoczne dla tradycyjnego socjologicznego instrumentarium, interpretował jako „podstępy i taktyczne ataki z zaskoczenia, sztukę robienia sztuczek w polu innego, fortele myśliwskie, manewrowe i polimorficzne zmiany, dobre pomysły, zarówno poetyckie, jak i wojenne”.
Wiedemann wydaje się specjalistą od owych codziennych podstępów, strategii wymykania się językom większym od nas. Jest ich wiele, ale moją ulubioną podsuwa proza Wielka Sobota, autobiograficzny zapis doświadczenia pracy w agencji reklamowej. Krótką, lecz błyskotliwą karierę w świecie reklamy – szczytowym momentem tej kariery jest przygotowywanie bożonarodzeniowego spotu reklamowego z „dwójką świętych Mikołajów jadących windą przez kosmos” – wieńczy skandaliczny incydent. Podczas długiego służbowego meetingu poświęconego „dobieraniu bród dla Mikołajów”, bohater opowiadania zasypia. Nietrudno się chyba domyślić, co dzieje się dalej.
