7-8/2026

Jacek Olczyk

Przeciw dwójkowcom

Równowagę ducha zapewniły mi moje oczy patrzące w przyszłość

(List Tadeusza Peipera do Komitetu do Spraw Porządku Publicznego, 1 lipca 1956 roku)


1
Jesienią 1948 roku Tadeusz Peiper przenosi się z Krakowa do Warszawy, gdzie po dwóch latach pomieszkiwania w hotelu na Pradze, w YMCA na Konopnickiej 6 oraz w domu pracy twórczej w Oborach koło Skolimowa, wczesną wiosną 1951 roku wprowadza się do małego mieszkania na Mokotowie. Mierzy ono dokładnie 21,5 m² i znajduje się na drugim piętrze Bloku F przy ulicy Wołoskiej 82/86, na osiedlu wybudowanym trzy lata wcześniej i należącym do Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. To oczywiście zbieg okoliczności, że jednym z założycieli spółdzielni w 1921 roku i członkiem jej pierwszego zarządu był Bolesław Bierut. Dla Peipera nie ma jednak przypadków, każdy fakt ma swoje znaczenie, choćby symboliczne. Upragniona i niezbędna do pracy przestrzeń, która obejmuje kuchenkę, toaletę i pokój, z czasem stanie się głównym tłem pamiętnikowej twórczości pisarza i jego „domem tortur”.

Przez pierwsze kilka lat pobytu w Warszawie Peiper intensywnie pracuje nad różnymi zagadnieniami literackimi. Ma już za sobą przygodę z teatrem, podczas której w latach 1946–1949 recenzował niemal każdą krakowską, później warszawską premierę. Rozczarowany tym, co reżyser Józef Wyszomirski zrobił na scenie Teatru Wojska Polskiego w Łodzi z jego tłumaczeniem Psa ogrodnika Lope de Vegi, przestaje jednak do teatru chodzić. W dramatach interesuje go psychologia postaci: niezadowolony ze swego życia i miłości Faust, nieszczęśliwy Werter, wierny swoim ideom Don Kichot. Już w 1947 roku próbuje dowieść, że obłęd Ofelii w Hamlecie „nie jest obłędem rzeczywistym, lecz udawanym”1. To samo zachowanie dostrzega u tytułowej Halki Moniuszki, u Gustawa z III części Dziadów czy Pana Jowialskiego. W każdym przypadku w niezwykle obszernych analizach metodycznie wyjaśnia, dlaczego te postaci tylko udają obłąkanie.

Peiper ma również za sobą udział w komisji Ogólnopolskiego Konkursu Szekspirowskiego w 1947 roku. Opuścił ją przy pracach finałowych, w geście niezgody, gdy pierwsza nagroda za scenografię miała trafić w ręce Władysława Daszewskiego, a za reżyserię do Leona Schillera. Ten pierwszy stał za prowokacją we lwowskiej kawiarni, w której aresztowano Peipera 20 stycznia 1940 roku, a drugi, jeszcze w czasie wojny, dokonał rehabilitacji pierwszego. Peiper (a wraz z nim m.in. Aleksander Wat i Władysław Broniewski) na dwadzieścia miesięcy trafił do sowieckich więzień. Ci, którzy Peiperowi zagrażali lub których tylko podejrzewał o to, że czyhają na jego upadek, staną się obsesją pisarza.

W okresie stalinizmu i obowiązującego po 1949 roku w literaturze realizmu socjalistycznego Peiper, z przypiętą łatką formalisty, choć z awangardą dawno się rozstał, miał niewielkie możliwości publikowania. Był niezależny, a zatem niebezpieczny. Manifestował zresztą swoją „linię polityczną” noszeniem zielonego krawata czy kurtki z darów UNRRY. W jednym z pism do Komitetu do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego pisze o tym wprost, powracając do czasów, gdy mieszkał w Domu Literatów na Krupniczej 22.

Moja kurtka robocza złości ich, bo otrzymałem ją z UNR[R]Y wraz z innymi darami, otrzymałem ją przed laty, jeszcze kiedy mieszkałem w Krakowie, a otrzymałem ją w czasach wielkiej mojej biedy, kiedy to po powrocie ze Związku Sowieckiego moi wrogowie odcięli mnie od możności zarobkowania omal całkowicie, usiłując złamać mnie i zniszczyć – w odwecie za moją linię polityczną lat wojennych i za mój odpór dany w Krakowie ich wysiłkom podporządkowania mnie jakiejś zagadkowej agenturze. Już wtedy w Krakowie, zapowiedziano mi co będzie przeciwko mnie przedsiębrane: w moim pokoiku mieszczącym się w „służbówce” podrzucono mi zdaje się że poprzez pomoc mojej terroryzowanej przyjaciółki, zastraszającą kartkę na której napisany był wierszyk (Henryka Zbierzchowskiego?) a w wierszyku zapowiedź taka: wszystko, czego będziesz chciał dotknąć, usunie się sprzed twoich rąk; runiesz, będziesz płakał i skomlał2.


Peiper nigdy nie podjął stałej pracy, po wojnie nadal zarabia na życie publikacjami w czasopismach. Gdy redaktorzy stale sugerują jakieś zmiany, skróty, złagodzenia tonu, słowem, autocenzurę, Peiper jest nieugięty. Wykłóca się o każde słowo, przecinek. Woli nie publikować niż zmienić swoje stanowisko, choć pozbawia go to środków do życia. Gorący konflikt wywołuje wspomniany przekład Psa ogrodnika. Peiper uważa, że, redaktorzy, korektorzy, zecerzy notorycznie nie stosują się do wytycznych słanych przez niego listownie lub objaśnianych osobiście. On sam twierdzi, że chce jedynie ustrzec się przed błędami, które „mogłyby zniesławić lub skompromitować autora czy tłumacza”3. Gdy wymiana listów z redakcją PIW nie przynosi efektu, a tłumaczenie, mimo jego sprzeciwu, ukazuje się w 1956 roku w księgarniach, jest przekonany o spisku i przeczuwa próby wyłudzenia jego rękopisów tylko po to, by dokonywać w nich dalszych fałszerstw. Postanowia zerwać wszelkie kontakty z wydawcami i czasopismami. Gotowej książki o Gabrieli Zapolskiej, mimo pobranych zaliczek, nie przekazuje Wydawnictwu Literackiemu. Przez kilka lat zwodzi również Henryka Voglera w sprawie wznowień swoich przedwojennych pozycji. Peiper przerywa dotychczasowe prace literackie, recenzenckie, eseistyczne, przestaje zajmować się rozpoczętymi projektami.

Nikomu nie udaje się namówić Peipera, by napisał artykuł wspomnieniowy o awangardzie lub wszedł, jak dawniej, w jakąś polemikę o poezji. Gdy po Październiku ’56 awangarda wraca do łask, a Peiper zaczyna być na nowo odkrywany (choć z trudem, wobec braku wznowień Nowych ust, Tędy oraz wierszy), jego twórczość będzie przedmiotem niezwykle ciekawych narracji wspomnieniowych dawnych kolegów: Sterna, Kurka, Ważyka, Przybosia i innych4. Każdy z nich będzie tworzył własną historię, w której Peiper bywa łączony z futurystami, „Zwrotnica” jednym tchem wymieniana jest z „Linią” i jego dawnymi uczniami, a pojęciem awangardy są obejmowane zjawiska, które nie miały z nią nic wspólnego. Peiper w tym okresie całkowicie wyłączy się z życia literackiego, a preparowanie awangardy metodami strukturalizmu będzie dla niego kolejnym etapem fałszowania rzeczywistości literackiej.

W pierwszej połowie lat 50. Peiper niczym Oskar Kolberg poświęca się projektowi szukania korzeni polskiego narodu. Gromadzi skrupulatnie wszystkie informacje o najstarszych polskich tańcach, rodzimych, ludowych, znad Warty, spod Tatr, z Mazowsza. Odwiedza tancerzy w Zakopanem, przesiaduje z nimi w góralskich chatach i na polanach, robi obszerne notatki. Żadna redakcja nie jest jednak zainteresowana jego esejami o krzesanym, zbójnickim, ozwodnym, niezwykłe dzieło odkłada więc na półkę5. Poświęca studium ołtarzowi Wita Stwosza, wchodzi w polemikę ze specjalistami, zarzuca im fałszerstwa6. Jego gorliwość obrony własnego zdania nie odpowiada wielu redakcjom, które doceniają co prawda erudycję, fachowość, ale ostatecznie odmawiają druku. Odmowy sprawiają, że pisarz nie ma z czego żyć, czym zapłacić rachunków.

Podczas pobytu w Szklarskiej Porębie obserwuje mniejszości ukraińską i niemiecką. Zaczyna dociekać rdzennego pochodzenia każdego napotkanego człowieka. Jest pochłonięty ideą określenia tego, co stanowi o tożsamości narodu polskiego, jaki gen odróżnia tzw. rdzennych Polaków od etnicznej mieszanki polsko­‑żydowsko­‑niemiecko­‑ukraińskiej, w jakiej żył jeszcze nie tak dawno, czyli od „obcoplemieńców”. Interesuje się najdawniejszymi dziejami Polski, początkiem państwa polskiego, odwiedza Kruszwicę, jezioro Gopło7, gdzie jest bliski popełnienia samobójstwa.

Przejmujące są wspomnienia tych, którzy spotykali go na warszawskich ulicach, w narzutce, płaszczu lub futrze przewiązanym rzemieniem, w przyciasnych butach i w nieodłącznym kapeluszu. Z eleganckiego literata z okresu międzywojennego zmienia się w zarośniętego kloszarda, samotnika z Mokotowa, odżywiającego się w barach mlecznych, nierzadko konsumującego mleko z bułką od razu w sklepach spożywczych, gdzie przysiada w kącie na skrzynkach. Składając 28 lutego 1952 roku do Związku Literatów Polskich obowiązkowe sprawozdanie za rok 1951 z osiągnięć literackich, o warunkach pracy pisarskiej pisał tak:

Były w niektórych okresach nad wyraz ciężkie. Złe jednak było w nich to że podkopywały moje zdrowie, osłabiały tężyznę umysłową, a tym pomniejszały wydajność pracy. Niepublikowanie pisanych przeze mnie rzeczy pozbawiało mnie zarobku, a przyznawane mi zasiłki były nieprzemyślane. To, co otrzymywałem jako honoraria lub na poczet honorariów, połączone z pożyczkami zaciąganymi u kolegów, ledwie wystarczało na utrzymanie zdolności do pracy. Ostatnio nie wystarczało na opłacenie mieszkania, elektryczności, gazu, nawet na opłacenie praczki, kąpieli i strzyżenia włosów. Ubranie, które noszę, drze się. W nie lepszym stanie jest moje zdrowie; potrzeba mi stomatologa, internisty i dentysty, a nie mam na ich opłacenie8.


Peiper, choć skazany na margines, nie był całkowicie odrzucony przez swoich kolegów­‑literatów. Gdy redakcje nie przyjmowały jego artykułów, Zarząd Główny ZLP wspierał go w najtrudniejszych chwilach zaliczkami, stypendiami, honorariami na poczet artykułów, które tylko w małej części ukazywały się w czasopismach. Jego zaległe składki członkowskie umarzano, zapomogi pozwalały uregulować pilniejsze zobowiązania. Nieraz pieniądze przywoziła mu urzędniczka z ZLP wprost do domu. Zdarzyło się też, że kolega Kazimierz Truchanowski tuż po świętach Bożego Narodzenia zabrał Peipera do sklepu, by kupić mu nowe futro, kapelusz, skarpetki, kalesony. „Gdy wydał do końca pieniądze jakie komisja Związku przeznaczyła na mnie, rzekłem z uśmiechem: «No to Peipera załatwiliśmy. Odfajkowaliśmy go»”9 – zapisał poeta. Nie można też zapominać, że mieszkanie komunalne Peipera na Mokotowie pochodziło z puli, którą dysponował ZLP.

Po pięciu latach mieszkania na Wołoskiej, w piśmie z 11 lutego 1956 roku do Zarządu Głównego i Komisji Twórczości ZLP Peiper opisał swój dorobek twórczy, grupując setki zapisanych stron rękopisów. Była to odpowiedź na ankietę rozesłaną przez Jacka Bocheńskiego do związkowców­‑literatów.

W jednym kącie mojego warsztatu leży gotowa do przepisania na maszynie książka o Zapolskiej jako aktorce, książka która w skrypcie maszynowym będzie miała ± 250 str.

W drugim kącie mojego warsztatu leżą całkowicie gotowe do druku dwa tomy moich artykułów o teatrze.

W trzecim kącie mojego warsztatu leży rękopis o tańcach górali podtatrzańskich znajdujący się już w takim stanie opracowania że wystarczą trzy miesiące, aby otrzymał postać wykończoną i ukazał się w obszernym dziele.

W czwartym kącie mojego warsztatu leży wiele prac napoczętych które w sumie również dadzą dzieło obszerne10.


Pokój zaczną za chwilę zapełniać także pisma do władz. Pierwsze z nich powstało dwa tygodnie wcześniej. Peiper przy okazji prosi prezesa Leona Kruczkowskiego o maszynę do pisania, aby móc przepisać powieść o Zapolskiej, a jednocześnie wyjaśnia powody swojej godnej pożałowania sytuacji materialnej: „Co do zbioru moich artykułów o teatrze – zawiadamiam że swego czasu ofiarowałem go Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu i «Czytelnikowi», i w obu wypadkach napotkałem odmowę. Myślę że Komisja Twórczości, jako organ Zarządu Głównego ZLP, mogłaby znaleźć sposób na niesprawiedliwe odmowy wydawców. Inne moje prace są sprawą przyszłości”11. Peiper wymienia kilka z nich: „pragnąłbym opracować projekty inscenizacyjne niektórych dzieł lub niektórych części dzieł – Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Wyspiańskiego. Skłania mnie do tego nowa aktualność teatru poetyckiego”12.

Peiper nie podejmował jednocześnie żadnych starań, aby wznawiać swoje prace przedwojenne, nie chciał, by postrzegano go jako awangardzistę. Pragnął jedynie ponownego wydania powieści Krzysztof Kolumb odkrywca, która w 1949 roku przyniosła mu spory zastrzyk gotówki, ale po 1956 żadne wydawnictwo nie było już nią zainteresowane13. Jest to opowieść w gruncie rzeczy o nim samym, o odkrywcy nowych lądów poetyckich i kradzieży nowych dróg do tych lądów przez innych poetów­‑żeglarzy. Przez polski PEN Club będzie zabiegał o tłumaczenie Krzysztofa Kolumba odkrywcy i wydanie go w Stanach Zjednoczonych i w Związku Sowieckim.

W styczniu 1956 roku ma miejsce przesilenie w życiu Peipera. Porzuca rozpoczętą opowieść o Czarowniku Twardowskim14, rozprawę o tańcach podtatrzańskich, gotową książkę o Zapolskiej, o historii teatru krakowskiego, szkice o Szekspirze i obszerne artykuły o wszystkich częściach Dziadów Mickiewicza. Przerywa wszelkie prace, jakim gorliwie się dotychczas oddawał. Rozkłada na stole gładką kartkę formatu A4 i zaczyna kreślić pierwszy list do Bolesława Bieruta.


[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.