Doskonale pamiętam figurki szachowe, które ulepiłem z plasteliny dla ojca i zdrajcy, żeby nimi grali. Pamiętam, jak kształtowałem je w palcach, jak wycinałem i wyrównywałem je nożem do masła, ich dotyk, kolor. Nie miałem wystarczająco dużo pojedynczych kolorów, żeby zrobić je tylko w dwóch barwach, jasne i ciemne, więc były szare, niebieskie, brązowe, czarne, ciemnozielone, trochę żółte, różne mieszanki. Pamiętam wycinanie skoczka, którego nazywałem konikiem, jego krawędź, wygładzanie jej. Wciąż czuję tę dumę, którą wtedy czułem, wręczając im cały komplet. Tyle figur, to była dla mnie masa pracy. Powiedzieli, że od razu nimi zagrają, ustawili na szachownicy, chciałem zostać i patrzeć jak grają, ale rodzice nie pozwolili mi. Mama zabrała mnie do łazienki a potem do mojego pokoju, spać. Następnego dnia szachy zniknęły. Mama powiedziała, że zabrała je do pracy, pokazać koleżankom. Potem, kiedy nie przynosiła ich z powrotem do domu, a zbliżał się kolejny piątek, dzień gry w szachy, wytłumaczyła mi, że moimi figurkami nie dało się grać, bo przylepiały się do szachownicy i ją brudziły. Gdzie w takim razie są? Wyrzuciła je. Tak, jak ja potem wyrzuciłem modele samolotów sklejane dla mnie przez zdrajcę.
Tata był w pracy. Podstawiłem pod szafę krzesło z kuchni, żeby po nie sięgnąć. Otworzyłem na oścież okno przy moim łóżku. Wejście na krzesło, sięgnięcie po samolot, skok na łóżko, drugi skok i już jestem przy oknie i rzut, najdalej jak potrafię. Wyrzuciłem wszystkie modele, jeden po drugim. Z szafy i z półki, te z półki łapałem już po dwa, trzy, było łatwiej, bo półka wisiała nad łóżkiem. Dopiero gdy nie został już żaden, wyjrzałem przez okno. Tata nie pozwoliłby mi ich wyrzucić w ten sposób, pamiętam, jak skończyło się moje tajne wyrzucanie kanapek, których nie zjadłem w szkole. Tata pokazał mi, że wszystkie je widać na trawniku, mama dodała, że dozorca na pewno się domyśli, że to ja je wywaliłem, bo nie jest głupi, a po mnie widać, że jestem niejadkiem, taki jestem mały i chudy, i że to jest śmiecenie. Wyjrzałem przez okno ostrożnie, żeby nikt mnie nie zauważył. Natychmiast się schowałem, za szybko, by móc ocenić sytuację na dole. Lepiej nie ryzykować. Samolotów było więcej niż kanapek. Zamknąłem okno. Wziąłem głęboki oddech i pobiegłem na balkon. Wyszedłem ostrożnie. Samoloty leżały na trawie, w krzakach. Chciałem, żeby były zmiażdżone, jak po katastrofie, po upadku z piątego piętra, ale wyglądało na to, że ocalały, że nic im się nie stało. I jeszcze syn sąsiada z piętra nad nami, młodszy, ale wyrośnięty, wielki chłopak ze szkoły specjalnej, łaził i oglądał je, zbierał do torby.
Szybko. Chciałem wybiec w kapciach, ale nie, do walki lepiej mieć tenisówki. Wybiegłem w tenisówkach, pamiętałem, żeby zamknąć drzwi na klucz, winda, nie, szkoda czasu na windę, bieg z piątego piętra schodami, trzymając się poręczy i skacząc od połowy, półpiętro, piętro, półpiętro, piętro.
– Ej ty, zostaw je! – krzyknąłem do syna sąsiada.
– Czemu?
– Bo są moje.
– Czemu je wyrzuciłeś?
– Bo to samoloty zdrajcy – wytłumaczyłem mu i zacząłem je zadeptywać, skakać po nich, łamać. Dobrze, że byłem w tenisówkach.
