6/2026

Paweł Sołtys

Radunica

Warszawa była tego dnia mało polska. Nic dziwnego, pierwszy dzień świąt, wieczór. Porządni Polacy siedzieli po domach nad sernikiem i kieliszkiem, zbierając siły na świąteczny poniedziałek, który przecież dla żołądków, dla wątroby, dla rodzinnych nerwów jest próbą prawdziwą.

I na to jeszcze burza kwietniowa, nagłe szprychy błyskawic, litry deszczu jak przedwczesny śmigus dyngus.

Większość ludzi na przystanku to byli młodzi rosyjskojęzyczni Ukraińcy. Mówili szybko, śmiali się głośno, przeklinali rzadziej od Rosjan, ale z podobnym smakiem. Zamiast rosyjskiego „g” co kilka sekund używali tego głębokiego, siczowego „h”, które idzie spod serca, i gdy znów uderzała błyskawica, zdawało się, że może nawet z frontu. Że idzie od nagłej śmierci. Ich Jezus powróci dopiero za tydzień, dziś wjechał do świętego miasta Jeruszalaim. Wszystko jest jeszcze w porządku.

Do przystanku szybkim krokiem podeszła przemoknięta grupa chłopaków z Dhaki. Dla nich ten dzień zmartwychwstania był nieczytelny, patrzyli w puste miasto i nie bardzo wiedzieli, o co tu chodzi. W dodatku byli na lekkiej bani, dwóch zaczęło śpiewać jakąś pieśń czy raczej piosenkę. Miała skoczny rytm, kilku innych zaczęło klaskać, piorun co kilka chwil podkreślał uderzenie dłoni. Jak iluminacja w kodeksie. Dla miasta byli może obcy, z burzą byli za pan brat. Miałem niejasne poczucie, że piosenka, tak jak dużo polskich ludowych albo wschodnich czastuszek, ma drugie, erotyczne, dno. Tak się uśmiechali do niej chłopaki z Bangladeszu. Autobus przyjechał i połknął tych, których miał połknąć, w środku skład narodowościowy był podobny. Ale jechała jeszcze grupka Arabów. Ich Isa ibn Marjam nie zmartwychwstanie w ogóle, jest tylko prorokiem, mądrym, wartym uwagi, ale bez przesady. Między nimi latało dużo gardłowych zgłosek, które odsyłały mnie ku pustyni, w miejsca gdzie nie ma dość wody, poczułem pragnienie, wiedząc, że to pragnienie powstałe z klisz. No, ale nie na wszystko da się poradzić rozsądkiem i dobrym sercem.

Nowy Świat był jak Nowy Świat, było tłumniej, ale też mało kto mówił językiem Norwida. Pomyślałem, że sto lat temu tak samo czułbym się na Nalewkach i dodało mi to otuchy. Barman w knajpie popatrzył na mnie z litością. Jakie musi być moje życie, skoro w pierwszy dzień świąt Wielkiej Nocy zamawiam po polsku piwo w knajpie na Chmielnej. Jak bardzo musiałem napsuć i nawywijać, że stoję teraz w obcojęzycznej kolejce i proszę o jedno dobre czeskie piwo jak inni o przebaczenie grzechów, o zmiłowanie. Miał mnie za niewydarzeńca, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że mnie to obchodziło. Przypomniał mi się kolega sprzed lat, który nie zwykł się przejmować konwenansami, lubił wręcz być tym obcym, tym innym i często używał frazy: „Proszę się do mnie w ten sposób nie zwracać, bo będę zmuszony panu przypierdolić”. Mówiło się na niego Kiki, miał prawie dwa metry, nigdy nie zamknięty przewód doktorski i lubił wprowadzać słowa w czyn, jak mądry trener zmienników na boisko, kiedy nie idzie.

Góra z górą się nie zejdzie, ale Polak z Polakiem w dzień pustego grobu w knajpie na Chmielnej zawsze. Dosiadł się jak do siebie. Jak Gajos do Kondrata. Jak Gross do Ola. I nawijał.

Tylko dwa dni w życiu nie trwają dwudziestu czterech godzin. Dzień narodzin i dzień śmierci, resztę trzeba przeżyć od deski do deski. Jakie by te dni nie były. Zamienników nie przewidziano. Trzeba przeżyć niedzielę wielkanocną w samotności. Poniedziałek po niej w świetle tych latarni. Rozumiesz? Co miałem nie rozumieć, widziałem jego lata na twarzy, jego miesiące w drżeniu rąk, jego dni na dnie oczu. Jestem w trakcie eksmisji, dodał na koniec, jakby poprzednim zdaniom brakowało przyprawy. Ale eksmitujesz czy jesteś eksmitowany? Spytałem dość idiotycznie. Podniósł głos. Spójrz na mnie! Ja gdybym miał eksmitować pluskwy, płakałbym jak bóbr. Nie miałem narzędzi, by mu nie uwierzyć, każdy ma swoje czernie, które widzi jak błękity. Dwoje Węgrów przy stoliku obok podniosło na nas spojrzenie. Jedni podnoszą głos, drudzy spojrzenie, trzeci garb, o który nie prosili. Udobruchałem go jakoś, bardziej melodią słów niż ich sensem. Warto w takich sytuacjach szumieć jak niewielka mazowiecka rzeka, jak Wkra albo Skrwa. To oddala od kłopotów, od dentystów, od SOR‑ów i kostnic. Zacząłem mu opowiadać, trochę naginając prawdę, że Tales z Miletu wierzył, że jeśli ścisnąć wystarczająco mocno kamień, popłynie zeń woda. Bo woda jest początkiem wszystkiego, nawet rzeczy tak skalistej i pozornie nurtom obcej. To go zaintrygowało. Kim ty jesteś, zapytał. Miałem ochotę mu powiedzieć, że największym żyjącym polskim pisarzem, ale ani to była prawda, ani nie chciałem, nawet kosmicznie, zadzierać z Bawołkiem, który mi w sekrecie kiedyś wyznał, że to on nim jest, więc odpowiedziałem wymijająco. Jestem niewydarzeńcem, źle postawionym przecinkiem, kropką nie w czas. To mu się spodobało. Dopił i poszedł. Zostałem sam ze swoją polszczyzną w tej knajpie. Ze swoimi myślami, ze wspomnieniem z Grochowskiej. Kilka dni wcześniej mijałem tam zakład pogrzebowy. Ten miał szyld i w dole szyldu adres strony internetowej: Zupniebo.pl gdzie zup było pewnie skrótem, ale, wybaczcie, wyobraziłem sobie zaświaty, gdzie barszcz jest zawsze gorący, pomidorowa idealnie zabielona, a żur okraszony wiecznie świeżo startym chrzanem. Tak, że można go jeść w oba dni świąt.

Może to zresztą nie była taka herezja, jak się wydaje. W drugi dzień świąt często jeździliśmy na Wolę na cmentarz, Cyganie na grobie króla cygańskiego, na grobie rodzinnym Kwieków, jedli wędlinę i jajka, pili wódkę. Nawet nie tyle mnie to gorszyło, co dziwiło. Ale raz byliśmy tam z prababcią Reginą. Urodzoną w dziewiętnastym wieku w Pińsku. Oczy jej się zaświeciły: – To jak Radunica, pascha martwych! Krzyże wtedy umajali, chleb był, kieliszek wódki, kiełbasa, jajka. Śpiewało się, czasem z dziadami. I kulali jajko po znaku krzyża na mogile. Bo od Wielkiej Nocy do końca Radunicy nieboszczycy byli z żywymi.

Pamiętam, że strasznie mi się to wydało pogańskie, ale prababcia mówiła: – Pop też był, bo on był nasz, od dziecka przyuczony. – Ale przecież wy katolicy byliście? – Jedni byli, drudzy nie byli. Z ziemi to szło i do ziemi. Kwiaty były i trochę strasznie, a trochę pięknie i jakoś wesoło. Mnie się zdawało, że babcia moja, którą strasznie kochałam, jest gdzieś ze mną i jak za życia powoli żuje chleb, znak krzyża robi, kieliszek wypija takimi małymi łyczkami jak ptaszek. Jak czaracjanka.

Z tego wspomnienia pomyślało mi się: może, jeśli zmarli zasługują na kieliszek, na jajko i chleb, to może i zupny raj nie jest taki od rzeczy. Możeśmy za daleko od ziemi odeszli, w przecinki, w kropki, może ja za daleko odszedłem. Naszła mnie ochota, żeby teraz na cmentarz. Ale przecież pozamykane, za złodzieja grobów w najlepszym razie mnie wezmą. Przypomniałem sobie cmentarz, gdzie nie ma już krzyży i nagrobków. Ale co w ziemi jest, to tylko ziemia wie. Więc na Grochowską autobusem, tramwajem, znowu w obcojęzycznym towarzystwie bliźnich. I w końcu piechotą, żeby przystanąć. Obok fabryki Perun, burzyli ją niedawno. Tu był cmentarz starowierów, ostała się po nim tabliczka i ileś czarno-białych zdjęć w pamięci, które widziałem, bo resztki żalnika dopiero w sześćdziesiątym pierwszym całkiem zniesiono. Wiedziałem, że leżeli tu Rosjanie z bitwy Grochowskiej i wcale zamożni bezpopowcy z Pragi, kupieckie dzieci, żony i kupcy sami. Grzebali tu swoich, wiedząc, że Antychryst już przyszedł na ziemię, myślałem o nich nie bez wzruszenia, sekciarzach dziwacznych, myślałem o Trumpie i Putinie, o ich uśmiechach w kształcie płaskich banknotów widzianych z boku, o dolarach i rublach. Nie miałem ze sobą jajek. Znalazłem kamyk i kulałem go po kształcie krzyża, ale było dosyć ciemno i nie mam pewności, co wywoływałem, krzyż raz był katolicki, raz prawosławny, z podpórką na nogi Jego. Rozlałem odrobinę piwa, która wsiąkła w ziemię szybciej, niż się to opisuje, popijałem małymi łykami resztę. Jak ptaszek, jak wodniczka, jak bezimienna dla mnie babcia prababci Reginy, szło to od ziemi i do ziemi, żadnych żywych nie spotkałem. Powietrze po burzy było przejrzyste i smaczne. Ostatki Peruna w ciemności wyglądały jak greckie ruiny. Jak ślad po misteriach, o których mało co wiemy. Jak niejasny sen.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.