Książki bywają źródłami wiedzy. A jeśli nawet nimi nie są, to przynajmniej pozwalają nam przez pewien czas pożyć czyimś życiem. A jeśli i tego nie umożliwiają, to pozostaje cieszyć się z błogosławieństwa, jakie niesie nam oderwanie się od rzeczywistości, a także wyzwolenie od czasu – w akcie czytania czas się bowiem zatrzymuje. Tak jak w Strefie II, dziwnym obszarze, który zajmuje Karolinę Krasny w książce o takim właśnie tytule. Kto oczekiwał prostej historii, będzie zawiedziony. Kto miał nadzieję na intelektualną grę, być może pobawi się przez moment, ale szybko się zgubi. Co więc przynosi ta lektura? Absolutnie nic – pozostawia czytelnika z opadającymi rękami i rozdziawioną paszczą. To wcale nie najgorzej, ale najlepiej również nie.
Krasny finguje spójność książkowego świata, by czytelnicy nie zniechęcili się zbyt szybko i, jak sama wyjaśniała podczas krakowskiej premiery, nie narzekali, że nie wiadomo, o co w powieści chodzi. Ale i tak nie wiadomo. Na pierwszych stronach autorka oferuję nam ściągę, niczym z pozycji od wydawnictwa Greg, które prezentowały uczniom i uczennicom najbardziej prostolinijny sposób rozumienia szkolnych lektur – żeby przypadkiem nie zaczęli myśleć samodzielnie i pod włos, zamiast zgodnie z interpretacyjnym kluczem. Dostajemy więc swojego rodzaju opracowanie, na które składają się: postaci dramatu (wraz z ich podobiznami niczym z memów), ramowy plan zdarzeń, problematykę utworu i „trzy propozycje rozumienia czasu w trakcie lektury”. To zabieg ciekawy, pomysłowy i zabawny. Na początku książki znajdziemy również kilka map, które rzekomo – jeśli wierzyć objaśnieniom Krasny ze spotkań autorskich – zarysowują przestrzeń Strefy II (i nie tylko, ale o tym za chwilę). Zdaje się, że z tymi pomocami lektura powinna być łatwa, szybka i przyjemna.
Z wypowiedzi autorki wiemy, że zaczęła ona pisać swoją drugą książkę przed ukończeniem debiutu. Po premierze Love Song wróciła do Strefy II, którą tworzyła metodą patchworku. Na początku – jak już się rzekło – był obraz, a właściwie mapa. Dopiero później pojawiły się próby jej objaśnienia słowami i budowa narracyjnego stelaża, by czytelniczce łatwiej było się po niej poruszać. Być może taka strategia twórcza ma jakiś związek z zawodem wyuczonym autorki, która ukończyła architekturę.
W tym miejscu należałoby w końcu przywołać plan wydarzeń, zarysować strukturę fabularną – nie powinno to być karkołomne zadanie, skoro autorka już właściwie to za nas zrobiła. Tylko że nic się tu nie zgadza. W miarę czytania co rusz wracałam do planu zdarzeń, by sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłam, ale moja dezorientacja tylko się pogłębiała. Powiedzmy sobie tyle: Strefa została stworzona przez Echo. Zanim Echo zginął, sprowadził na świat (nie bez udziału matki, Noa Mariny) główną bohaterkę i „depozytariuszkę fabuły”, Misti Marinę, która następnie podzieliła Strefę na Strefę I i Strefę II. Tytułowa strefa, jak pisze Krasny, „odnosi się do stanu, który poprzedza wielkie wydarzenia, stanu, bez którego nic wielkiego nigdy nie miałoby miejsca. Skaczesz z mostu: Strefa II to moment, gdy nie jesteś już władcą swoich stóp”. Strefa I jest bliższa czasoprzestrzeni, którą zwykliśmy nazywać rzeczywistością, Strefa II zaś to odcinek (trasy? czasu?) pozbawiony chronologii, zaburzony, zmultiplikowany, niedający się opisać i uchwycić.
W ramowym planie zdarzeń nie zostały uwzględnione dwa istotne miejsca tej narracji, mianowicie znaki ❘ ❘ na początku i ► pod koniec książki. Symbole te sugerują kolejno: moment zatrzymania czasu i wkroczenia w Strefę II oraz powrotu do normalnego rytmu, w domenę chronologii. Próba odnalezienia ich odpowiedników w planie wydarzeń będzie jednak daremna. Mimo to można próbować nieprecyzyjnie wyznaczyć moment, w którym wszystko staje na głowie. W 21‑punktowym planie Strefa II obejmuje
kilkanaście punktów, a więc stosunkowo dużo. Ten zabieg jest akurat zrozumiały – tytułowa strefa powinna być krótkim, praktycznie niezauważalnym momentem. Krasny rozciąga go jednak do rozmiarów, które wprawiają jej mieszkańców, a więc bohaterów, w nieodwracalny dyskomfort. W takiej formie Strefa II jest jak czekanie w kolejce do lekarza długo po upływie wyznaczonej godziny wizyty.
Trzeba przyznać, że pomysł, by pisać o tym, co jest poza czasem i miejscem, przy użyciu planu wydarzeń i mapy, jest nietypowy. Krasny chętnie przyznaje się do szybko rzucających się w oczy inspiracji stylem Kathy Acker. Rysunki i bazgroły były inherentną częścią wizualnej organizacji tekstu w książkach amerykańskiej pisarki. Rozsadzały uporządkowany układ słów, tak jakby pismo nie wystarczało i nie mogło pomieścić emocji, które towarzyszyły narratorce. Krasny również używa narzędzi graficznych – w końcu prymarnych wobec słowa pisanego – by wyjaśnić to, czego nie potrafi nazwać słowami. Przede wszystkim jednak po to, aby opowiedzieć o Strefie II – tym nieodkrytym lądzie – jakby była pierwszym skrybą, jedyną kronikarką tej wykręconej czasoprzestrzeni.
Jednak w porównaniu do gorączki, która trawiła bohaterki Acker, temperatura afektów u Krasny jest groteskowo letnia. Nawet przygodne wykorzystanie figur podobnych do tych z uniwersum Acker, takich jak piraci czy gang dzieci „szczających na klamki”, nie rozgrzewa tej prozy. Skądinąd także w trzeciej powieści Mateusza Górniaka, Ćpunie i Głupku, trudno nie dostrzec zapożyczeń od nowojorskiej artystki. Objawiają się one również w postaci wątku dziecięcej mafii, jednak u Górniaka jej członkowie mają swoje historie, imiona i cechy charakterystyczne. Coś o nich wiemy, po czymś jesteśmy w stanie ich rozpoznać i odróżnić od siebie nawzajem – a przy tym są pełnokrwistymi bohater(k)ami, którzy mają wpływ na rozwój wydarzeń. U Krasny zaś należące do gangu smyki to kolejno: Dziecko 1, Dziecko 2, Dziecko 3 oraz Dziecko 4, które – tak, jak w szkolnym przedstawieniu na sali gimnastycznej – nie mają do odegrania żadnej znaczącej roli. Gdyby chociaż, niczym posłańcy w greckich tragediach, zaśpiewały lub wyrecytowały jeden wers albo ostentacyjnie odmówiły partycypowania w niemrawo zakreślonej osi fabularnej, ale nie! Gang dzieci nie robi nic i nic nie znaczy, ponieważ Krasny nie przewidziała dla niego żadnej funkcji. Jak się domyślam, jedynym uzasadnieniem dla tej zbiorowej postaci jest potrzeba wpisania w fabułę elementu dezynwoltury.
Podobnie rzecz ma się z samym słownictwem. Incydentalne przeplatanie stanowczych, lecz emfatycznych zdań butnymi, aroganckimi wtrętami przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. Punkowy język Acker, co rusz przeradzający się w wytrysk graficznych bluzgów, jest jak wulkan, którego wybuch rozrywa fakturę tekstu; idiom Krasny zaś stanowi wybrzuszenie na gładkim asfalcie, które działa niczym próg zwalniający. Bardziej naturalne wydaje się już uparte używanie przez krakowską autorkę nazw kolorów do opisu tego, co nieuchwytne, jak sama Strefa II. Jeśli więc miałabym szukać u Krasny innych niż deklaratywne inspiracji, prędzej niż na Acker wskazałabym na Johanna Wolfganga von Goethego i jego pierścień barw. Piszę to bez cienia cynizmu – jeśli już tropić u polskiej pisarki oznaki nonszalancji, to nie w języku, ale w arbitralności, z jaką przyporządkowuje kolory danym odczuciom.
Podczas spotkań autorskich Krasny parokrotnie opowiadała o rodowodzie koncepcji swojej książki. Twierdziła, że w myśleniu o Strefie II towarzyszyła jej refleksja nad rozumieniem czasu w kulturach afrykańskich, w których jego biegiem nie rządzi zegar, lecz rozwój sytuacji, na który mają wpływ uczestnicy zdarzeń. Autobus odjeżdża z przystanku nie wtedy, kiedy wybija konkretna godzina, ale wówczas, gdy pojazd wypełni się pasażerami. Ludzie mają kontrolę nad tak pojętym czasem i nie poddają się przemocy zegara. Jednak w Strefie II bohaterowie Krasny nie mają żadnego wpływu na to, kiedy wydłużony do granic komfortu moment się skończy. Władzę nad czasem ma jedynie Misti Marina, która dzięki temu może bawić się postaciami jak pionkami do gry. Na czym zatem miałaby polegać wspomniana inspiracja, jeśli nie na zupełnej niezgodności z prawami, które rządzą światem wykreowanym przez Krasny? Wszystko jedno.
Równocześnie jednak czytamy, że „Strefa I może i trzyma nas przy życiu, ale to Strefa II daje nam dom”, jest „bezpiecznym buforem”. Czy w takim razie wygodniej byłoby zamieszkać w Strefie I czy w Strefie II? Wszystko jedno. Chwilowa utrata poczucia czasu może sprawiać przyjemność, ale przypomnijmy, że na przestrzeni tych kilkunastu punktów nie istnieje chronologia. W związku z tym zupełnie niezrozumiałe wydaje się zawarcie w tym obszarze miejsc wskazujących na ciąg przyczynowo‑skutkowy. Co więcej, w punkcie 14. „Misti Marina po zażyciu narkotyku dochodzi do wniosku, że to jednak nie jest historia miłosna”, chociaż nigdzie wcześniej nie było mowy, że jest inaczej. Skoro postać trzymająca fabułę w ryzach pozostaje pod wpływem substancji psychoaktywnych, to czy którekolwiek z tych objaśnień mogą w ogóle mieć sens? Czy całe to skrupulatnie konstruowane przez Krasny rusztowanie ma szansę utrzymać narrację w pionie? Nie, ale najwyraźniej wszystko jedno.
Być może uprawiam too close reading. Jestem jednak zdania, że jeśli autorka tłumaczy własne intencje z dokładnością pomiarów laboratoryjnych, ponieważ, jak deklaruje, zależy jej na czytelności jej prozy, to powyższe nieścisłości nie znajdują w ramach przedstawionej struktury żadnego uzasadnienia. Można, oczywiście, argumentować, że Strefa II to nie żadna maszyna, która rozpadnie się po usunięciu paru śrubek, opracowanie na początku zaś to nie instrukcja obsługi albo, jeszcze inaczej – to instrukcja z ducha Perecowska. Wyobrażam sobie, że właśnie taki, quasikombinatoryczny sposób lektury mógłby stanowić siłę tej książki. Stosowanie liberackich chwytów nie jest może zjawiskiem nowym, zwłaszcza w krakowskim środowisku literackim. Jednak na tle krajobrazu złożonego z wielu mdłych i wzajemnie na sobie pasożytujących propozycji wydawniczych eksperymentalna książka Krasny daje obietnicę ożywczego i ekscytującego doświadczenia. Po powierzchownej lekturze Strefy II wydaje się, że Krasny proponuje nie tylko oryginalną strukturę, lecz także śmiałe pomysły narracyjne. Jeśli jednak przeanalizować książkę dokładnie, można poczuć się oszukaną. Realizacja tej, w założeniu skomplikowanej, interaktywnej, formy przypomina raczej fantazyjną foremkę na ciasto, w której zabrakło smakowitego wypełnienia.
W recenzji opublikowanej w „Dzienniku Literackim” Konrad Janczura porównuje prozę Krasny do algorytmu, przekonując, że druga książka autorki jest w zestawieniu z jej debiutem „utworem […] jeszcze bardziej programowalnym. Pozwala ułożyć świat przedstawiony w swobodnie wykoślawioną alternatywną rzeczywistość. I to niejedną”. Pod przedstawione postaci, jak pisze, „można podstawić właściwie wszystko”, a zamieszczenie na pierwszych stronach opracowania pozwala podejrzeć proces powstawania tekstu. Strefa II to właściwie skrypt, twierdzi Janczura, i jako taki pozostawia przestrzeń na dalszą kalibrację. Pójdę za tą intuicją i powiem, że druga książka Krasny przypomina idealną planszę do gry fabularnej. Działa jak dobrze napisany scenariusz do rozgrywki, o własnej mechanice: wydarzenia są nieprzewidywalne (zaburzony czas), scenariusz szczątkowy (ramowy plan zdarzeń), a do zwięźle scharakteryzowanych postaci przypisano zadania, które mają wypełnić (podana w opracowaniu lista bohaterów stanowi odpowiedź nie na pytanie „kto”, ale „jak?” – tym samym wskazując na ich rolę w przebiegu fabuły).
Zastanawiam się jednak, czy faktycznie są to narzędzia opracowane z myślą o użytkowniku tej prozy tak, by mógł zrozumieć jej zasady, grać w nią i dobrze się przy tym bawić; czy może jednak dla samej autorki, która nie chce stracić kontroli nad wypełniającymi jej książkę przypadkowymi pomysłami. Ponad wszystko zaś trudno jest mi się wyzbyć przekonania, że Strefa II to książka do czytania, a nie instrukcja planszówki. Tak jak scenariusz gry, spektaklu czy filmu jest jedynie podstawą do dalszej realizacji pełnowymiarowego dzieła, tak nawet obiecująco wykoncypowany skrypt, jakim jest Strefa II, nie obsłuży wyobrażenia o eksperymentalnej literaturze. Tym bardziej, jak sądzę, nie spełni czytelniczych oczekiwań, i nawet usilne starania Krasny mające służyć stabilizacji chaotycznej struktury tej książki nie załatwią sprawy. Jak bowiem dobrze wiemy, rzut kośćmi nie zniesie przypadku.