Babcia Zofia miała czworo rodzeństwa, trzy siostry – Marię, Jadwigę, Helenę oraz brata – Władysława. Kiedy się urodziłem, żyła jeszcze tylko Helena. Hela, mówiła babcia, a my: ciocia Hela, a nawet Nelusia. O pozostałych, o zmarłych, także mówiło się w rodzinie, używając zdrobnień, a więc: Mania i Jadzia. Brzmiało to jak tytuł dawnych powieści dla panien. Kilka z nich stało w babcinej biblioteczce obok radia Szarotka, które grając, zerkało na mnie niebieskim magicznym okiem. Zresztą książki także rzucały na mnie dziwny urok płóciennymi wyblakłymi grzbietami, lekko pożółkłym, miejscami zbrunatniałym papierem, literami o niecodziennym kształcie, czasem nawet postrzępionymi rogami, ale przede wszystkim zapachem, zapachem nie z tej ziemi, bo były przedwojenne. A trzy siostry mojej babci – Mania, Jadzia i Hela – choć były jeszcze starsze, bo przecież dziewiętnastowieczne – wcale nie kojarzyły mi się z Trzema siostrami i to bynajmniej nie z powodu innych imion, tylko dlatego, że Czechowa jeszcze wtedy po prostu nie znałem, pewnie o nim jeszcze nie słyszałem, a nawet i potem, gdy już zobaczyłem dramat rosyjskiego pisarza, to była to inna sztuka, akurat Wujaszek Wania, który leciał w poniedziałkowym Teatrze Telewizji, i przez myśl mi wtedy nie przeszło, że za ileś lat moim przeznaczeniem staną się słowa „a w tej tam Afryce to teraz niezawodnie skwar, że aż strach”, wypowiedziane przez Zapasiewicza do wiszącej na ścianie mapy, „najwidoczniej nikomu tutaj niepotrzebnej”, jak napisał w didaskaliach Rosjanin, a przełożył Artur Sandauer. Kiedy byłem małym chłopcem, Afryka jeszcze nie kojarzyła mi się z niczym szczególnym. No, prawie z niczym, bo bardzo podobał mi się radosny i rozbrykany Murzynek Bambo, choć „ten nasz koleżka” był przecież także jeszcze przedwojenny. A może właśnie dlatego lekturowo się z nim zaprzyjaźniłem? I nic na to nie poradzę, że dziś przez to ciepłe wspomnienie słowo „Murzyn” nie kojarzy mi się źle, tak sformatował mnie już w wieku przedszkolnym Julian Tuwim, a potem jeszcze socjalistyczny internacjonalizm i solidarność z uciskanymi ludami Trzeciego Świata, że Murzyni i murzyńskość kojarzyli mi się dobrze, choć nie miałem zielonego pojęcia ani o négritude, ani o black consciousness. Z wierszem o Bambo zetknąłem się już w domu, w wydanym w 1952 roku, a więc jeszcze przed moim urodzinami, Elementarzu Falskiego, który miał luźne strony, i to nie dlatego, że był zaczytany, tylko raczej by ukryć ślad po wydartej kartce numer 149, na której, jak się potem dowiedziałem, był prezydent Bolesław Bierut, oficjalny, a potem długo utajniony patron mojej Alma Mater, Uniwersytetu Wrocławskiego. Jednak mój Bambo nie był jedyną chłopięcą identyfikacją, pamiętam na przykład także Małego Afrykańczyka Ewy Szelburg‑Zarembiny, który pochodził z 1953, niemal z tego samego roku co wydanie Elementarza Falskiego z patronem UWr. Bierutem, ale ja musiałem go poznać dopiero w późniejszych wydaniach w serii „Poczytaj mi Mamo”: mojego Małego Afrykańczyka opublikowano 27 kwietnia 1959 roku, kiedy akurat skończyłem roczek, a Ministerstwo Oświaty ujęło go w planie centralnego zakupu książek do bibliotek szkół podstawowych i wydrukowało aż 150 000 egzemplarzy książeczki, więc dzięki temu gigantycznemu nakładowi ktoś u nas w domu kupił Małego Afrykańczyka. Kiedy już potrafiłem sam czytać, byłem pod wrażeniem tego, jak krzyczał „afrykański biały dozorca na czarnego afrykańskiego chłopca”, który ociągał się przy zbiorze goździków. No i były jeszcze przepiękne ilustracje Zdzisława Witwickiego w książce Gizeli Vallerey Baśnie afrykańskie, przełożonej przez Jadwigę Dackiewicz specjalnie dla mnie, tak mi się przynajmniej wydawało, kiedy w wieku pięciu lat dostałem tę moją pierwszą książkę w twardej oprawie, więc pewnie babcia musiała mi ją czytać. Ale imiona trzech jej sióstr, Mani, Jadzi i Heli, kojarzyły mi się z inną wyprawą, opisaną w książce zatytułowanej Jak to mali podróżnicy wędrowali po stolicy z 1934 roku. Na okładce książka miała nowoczesne liternictwo, choć była przedwojenna, a w środku fascynujące dwubarwne czarno‑błękitne ilustracje, choć kartki były zażółcone. „Mania, Jadzia i Hela” – tak, właśnie tak mogłaby się ta książka Aliny Kwiecińskiej nazywać, bo na okładce widniała trójka podróżników, a to, że jeden z nich był chłopcem, wcale nie osłabiało moich skojarzeń z trzema siostrami babci. Moja mama dostała tych małych podróżników jeszcze jako dziewczynka, w nagrodę od „Kuriera Porannego” za trafne rozwiązanie rebusu, dokładnie 2 marca 1934 roku, jak ołówkiem i swoim charakterystycznym pismem na wieczną rzeczy pamiątkę zanotowała babcia. Stolica leżała daleko od Wrocławia, choć wtedy, przed wojną, kiedy mama czytała książkę, była jeszcze dalej. W czasach mojego dzieciństwa cały naród cały czas budował swoją stolicę, wznosząc ją z wrocławskiej klinkierowej cegły i zwożąc poniemieckie materiały z rozbiórek budowlanych z całej połaci ziem odzyskanych, czy jak powiadają niektórzy – ziem wyzyskanych, choć w szkole przekonywano nas, że są prastare piastowskie, że powróciliśmy tutaj po wiekach, „myśmy tu nie przyszliśmy, myśmy tu wrócili”, biły po oczach hasła w szkole i porozpinane na mieście transparenty. Tymczasem ja tu właśnie się urodziłem i wszystko, co poniemieckie, było dla mnie swojskie, więc przedwojenna Warszawa była egzotyczna, fascynowała mnie i delikatnie kartkowałem kruche strony książki dla młodzieży z poprzedniego pokolenia. Książka była o tamtej dawnej przedwojennej i przedpowstaniowej Warszawie, o wysokich pięknych domach i nowoczesnych ulicach pełnych aut, po których, zadzierając głowy na wszystkie te stołeczne wieżowce (ile by ich tam nie było, zapewne tylko budynki PAST‑y i Prudentialu) i podziwiając zabytki, wędrowali młodociani przybysze, Zbyszek, Jadzia i Hania… No właśnie, skąd przybyli do stolicy ci mali podróżnicy, tego w książce nie napisano, albo ja już nie pamiętam, albo nie było to ważne. Zapewne przyjechali z jakiejś prowincji, może z Galicji, której polską część nazywano przed 1939 Małopolską Wschodnią i gdzie mieszkała rodzina mojego taty, choć oni byli za biedni, żeby zwiedzać II Rzeczpospolitą. A może mali podróżnicy przyjechali, uciekając przed bolszewikami w 1920 roku, tak jak Hela, Jadzia i Mania, z rejonu Mińska, a dokładnie Słucka, który dziś należy do Białorusi, a już wtedy znalazł się za granicą; i cóż, że tuż za granicą…
Kiedy się urodziłem, z trójki babcinych sióstr najstarsza Mania i druga w kolejności Jadzia już nie żyły, choć dla mnie jakoś tam były, patrzyły zza grubych szybek z kilku zdjęć na etażerce w pokoju babci. Mania też miała grube szkła w staroświeckich, stylowych okularach, które dziś ze względu na rogową, a może szylkretową oprawę uchodziłyby zapewne za najmodniejsze. Właściwie to nic więcej o siostrach babci nie wiem. Jadzia podobno lubiła chrząstki, tak mówiła kiedyś babcia, chcąc mnie zachęcić do ich zjedzenia. Faktycznie, chrząstki polubiłem, tak jak nieżyjąca już ciocia, i nie wiedziałem, czy uległem babcinej argumentacji, czy też wdałem się w Manię, ale jedząc je, często myślałem o trumnie z jej ciałem zakopanej głęboko pod ziemią na cmentarzu w Grodzisku Mazowieckim, grób i chrząstki, wcale nie kości, cóż, dziecko ma swobodne skojarzenia. Na zdjęciach z etażerki obie, Mania i Jadzia, wyglądały, jakby nigdy nie wyszły z tej książki dla przedwojennych panien, do której wtłoczyła je moja dziecięca wyobraźnia. I faktycznie pozostały pannami, nie wyszły za mąż, nie założyły rodzin, nie miały dzieci, z których dziećmi z kolei my moglibyśmy się odwiedzać i bawić, jak ze Stasiem, Zbysiem i Elą, warszawskimi wnukami cioci Heli, znaczy Nelusi, trzeciej siostry mojej babci. Może dlatego niewiele się o Mani i Jadzi w domu mówiło? One były jednak obecne, wręcz cieleśnie, przez te zdjęcia, rogowe czy szylkretowe okulary, chrząstki i kilka wspomnień regularnie powtarzanych przez babcię, dlatego miałem nieodparte wrażenie, wręcz pewność, że babcia Zofia była z nimi zżyta, że stała za nimi murem jak na zdjęciu sprzed wojny, ale jeszcze tej poprzedniej, Wielkiej Wojny. To ona jako najmłodsza, co podkreślał długi warkocz, stała z tyłu, a przed nią w rządku Mania, Jadzia, potem całkiem z lewej Hela, czyli Nelusia, a każda była inna. Oto fotografia sióstr Jaźwińskich, zrobiona w słuckim albo mińskim atelier, bo tam, jak widzę po innych zdjęciach, wykonywano na ogół rodzinne fotki. Młode kobiety w półobrocie, przy poręczy, Mania i Jadzia w koronkowych białych bluzkach, jakby jeszcze nie mogły się rozstać z XIX wiekiem, Hela – Nelusia – w sukience z nowszymi modernistycznymi wzorami na piersiach, tylko moja babcia w nowoczesnym stroju z modnym kołnierzem stylizowanym na marynarski, przynależącym już do nowego wieku i antycypującym lata dwudzieste, tylko u niej błąka się na ustach uśmiech i tylko ona ma z lekka powłóczyste spojrzenie – jest urzekające to jej spojrzenie, moja przyszła babcia, postawna dziewczyna, patrzy w obiektyw nieco z góry, a obiektyw ją lubi, co tam lubi, kocha ją, i to widać na tej fotografii. Stoją tak jedna za drugą. Cztery siostry. Bez swojego brata, najstarszego z rodzeństwa, bo Władka nie było na zdjęciu. Władek był już w Rosji.
Najstarszy syn Anny i Józefa Jaźwińskich postanowił na początku XX wieku wyjechać w głąb imperium Romanowych. Wylądował na zachodniej Syberii. Niestety nie wiem, kiedy dokładnie. Nie wiem także, czy miał tam już umówioną pracę, czy też jechał na żywioł. Wiem za to z całą pewnością, że po jakimś czasie, zapewne po kilku latach pobytu, ożenił się w Szadrińsku w guberni permskiej z Kornelią (Nelą) Doboszyńską, było to dokładnie 3 lipca 1910 roku. (O Kornelii mówiło się w rodzinie zawsze – Nela, a imię Heleny dla odróżnienia skracano do Nelusia – chyba od Helusia? – a może to tylko moja babcia wprowadziła to rozróżnienie na Nela i Nelusia, bo była bardziej zżyta z siostrą niż z bratową?) Jakoś wtedy Zosia, siostra Władka, najmłodsza z rodzeństwa, bo przyszła na świat w 1896 roku, dojechała do starszego brata. Jeśli przed ślubem, to mogło to być w maju 1910 roku, kiedy w Londynie na pogrzebie Edwarda VII zebrało się dziewięciu europejskich władców, w tym Mikołaj II, koronowany w roku urodzenia babci na cara, a na zdjęciu zrobionym w Anglii utrwalony z innymi panującymi w galowych mundurach jako jedyny siedzący w cesarskiej pozie ze skrzyżowanymi goleniami, władca imperium, w którym Zofia zmieniała miejsce zamieszkania, udając się na wschód. Jeśli jechała na ślub brata, to miała czternaście lat, młoda była, choć pewnie już wtedy postawna. Przejęta wielodniową wyprawą, siedziała, patrząc w okno pociągu jak car w oko obiektywu, potem kładła się i znów siadała przy oknie, by oglądać, wstawała, by się przesiadać. Jeśli pojechała dopiero po tym, jak Władkowi i Neli zaczęły się rodzić dzieci, przy których miała pomóc, to mogła mieć piętnaście lub szesnaście wiosen. W każdym razie moja babcia znalazła się na zachodniej Syberii jeszcze przed Wielką Wojną. I została tam. W Szadrińsku.
Najpierw napisałem „Szadryńsk”, potem zmieniłem na „Szadrińsk”, bo taka pisownia obecnie obowiązuje: w transkrypcji „Szadrinsk”, a w transliteracji „Šadrinsk”. Babcia Zofia i ciocia Nela zawsze jednak mówiły „Szadryńsk”, choć chodziło o to samo miejsce na ziemi – 56°05′00″ N, 63°38′00″ E. Ale co tam, niech już będzie tak, jak chce Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej, a nie jak mówiły Zosia i Nela. I tak nie ma przecież powrotu do ich Szadryńska…
Czy wszyscy ci Jaźwińscy chcieli stamtąd wrócić? I kiedy? A może wcale nie? Rosja była zaborcą od ponad stu lat, Polski nie było, nic nie wskazywało na jakąś zasadniczą zmianę biegu historii. Sądzę jednak, że mieli takie plany. Mogli mieć. Zawsze jednak coś im przeszkadzało, by wyjechać z Syberii, z Rosji carskiej, z Rosji wojennej, z Rosji zrewoltowanej, z Rosji sowieckiej. Wbrew podręcznikom do ojczyźnianej historii Polski dopuszczam też myśl, że wiodło im się tam nieźle, że mogło im tam być po prostu dobrze, w każdym razie do pewnego czasu, w każdym razie sądząc po zdjęciach. W końcu nie byli zesłańcami czy więźniami politycznymi, lecz należeli do wcale niemałej grupy Polaków, którzy wyjeżdżali w głąb Rosji i na Syberię dobrowolnie czy jako urzędnicy na służbie rządowej, czy w poszukiwaniu pracy, większych możliwości, zyskowniejszego zarobku. Przypomina mi to dawne wyjazdy Holendrów do odległych zamorskich kolonii, wyprawy nie były bezpieczne, ale dawały możliwość wyrwania się z dotychczasowego środowiska, zrobienia kariery w administracji lub biznesie, a często osiągnięcia bogactwa. Michał Janik w pracy z 1928 roku Dzieje Polaków na Syberji tak pisał:
Syberja – z rosyjska i pospolicie Sybir, – z nazwiska znana od dzieciństwa każdemu Polakowi, na sam swój dźwięk nasuwa przed oczy myśli obraz jakiegoś beznadziejnego piekła ziemskiego w pustynnej krainie wieczystego mrozu, lodu i śniegu. Sprawiła to legenda, osnuwana przez długie lata dokoła opowiadań o męczeństwie Polaków na Syberji, zamieniona w trwały nabytek tradycji narodowej. Rzeczywistość, jak zwyczajnie, znacznie odbiega od legendy.
Więc ci moi myśleli może, że tam jest ich miejsce na świecie, tam ich świat, że jeszcze poczekają, że za jakiś czas wyjadą, potem, może kiedyś. Ale najpierw w 1914 wybuchła wojna, następnie w 1917 rewolucja, dalej w 1920 wojna polsko‑bolszewicka, a po drodze w Szadrińsku na początku 1918 roku zainstalowała się władza sowiecka, w połowie roku miasto zajęli czescy legioniści; po dwunastu miesiącach, w sierpniu 1919, odbili je czerwonoarmiści, coś zawsze stawało na przeszkodzie, by wyjechać, bo wtedy na pewno chcieli, bo wtedy ich świata już tam nie było.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]