Pakuje majdan do wózka na kółkach, jeszcze tylko Stefa, cztery groby dalej, litery na napisówce trzeba sprawdzić, złoty flamaster trzydzieści, i znowu to siedzenie na grobie niezręczne, ale karton podkłada, żeby było widać, że to praca, a nie bezczeszczenie, ma taki gruby, po telewizorze, wycięła nożykiem pod format torby na kółkach i okleiła taśmą pakową, sama nie wie po co, w imię Ojca i Syna… a to nie jej znicze, ktoś musiał być, chyba przyjezdny, bo takie po dwadzieścia co najmniej, ludziom się wydaje, że jak dopłacą, to pamięć lepsza, i już wypalone, pakuje do torby, ściera gąbką zacieki spod szkła, szlifowana na szczęście, schodzą po jednym pociągnięciu… i Ducha, tak przypuszczała, litery do wymiany, Stefania Stolecz, i akurat to „z” musiało zejść, może dlatego że skrajne, gorąco czuje na plecach, bo „stolec” został …Świętego, nachyla się, kluczem do bramy zdrapuje to „c” feralne, rozgląda się, zostaje „Stole”, poprawi do Wszystkich Świętych, jak kupi flamaster, Stefania Stole, dużo lepiej, i to się nawet dobrze składa, bo ciasto na pierogi wałkowały na stole w kuchni Stefy, razem lepiły, a przed świętami to zawsze wino grzane i pierniki, i tak się to kręciło, gotowało, a i do domu za robotę dostała …amen!
I dalej w drogę, ciągnie wózek, wychodzi z alejki, mija kran, odczytuje z nowej tabliczki „wodę niezdatną do picia”, a podobno i tak piją i nic się nie dzieje, kiedyś z rzeki się brało i się żyło, ale ona się nie odważy, raz gorący był sierpień i w gardle jej zaschło, rozważała nawet, bo kłuło w przełyku i tak schodziło w bok i promieniowało do serca, ale wytrzymała, kupiła w żabce gazowaną, zerka na kolejną alejkę… i Andrzejowi już postawili, podchodzi do grobu sąsiada, na początku roku się zawinął stary kawaler, nawet się kiedyś, kiedy to było… za komuny jeszcze, przekomarzali przy windzie, ale gdzie tam ona, młoda wdowa ze swoimi sprawami i życiem jakby za szybko w pojedynkę ułożonym, w imię Ojca i Syna… nowiutki, błyszczący, niestety czarny, będzie smugi widać, Andrzej Franciszek Dąbrowski, 23.11.1949–17.01.2025 …i Ducha, siada na ławeczce, mruży oczy i raz jeszcze czyta, dokładniej: Andrzej, Franciszek i liczy, żeby nie czytać, siedemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt sześć… ale wzrok ciągnie w dół w tę inskrypcję wybitą srebrnymi literami: „Ten który trafił szóstkę”.
Myśli jej się kłębią w głowie z tego wszystkiego, co właśnie zobaczyła, z tej informacji niecodziennej, wstaje i wychodzi z cmentarza, nie czeka na autobus, idzie piechotą jakby wypchana z cmentarza tą informacją, ciągnie wózek niezdarnie i krew zaczyna jej pulsować w skroniach, zatrzymuje się, przymyka oczy, próbuje sobie przypomnieć jakieś dźwięki, okrzyki, te wszystkie znaki świadczące o nagłym wybuchu radości, bo tego się nie da powstrzymać, tak jakby człowiek nie chciał kichnąć, a i tak kichnie, stłumi, ale kichnie, i z taką radością, jak się trafi szóstkę, to musi być podobnie, albo nawet jak się nie krzyknie, jak się stłumi, to łatwo poznać, bo człowiek zejdzie lekkim krokiem po schodach, ukłoni się niżej niż zwykle… ale nie pamięta takiego zdarzenia, a przecież by słyszała, bo mieszkał nad nią, ten sam układ, dwa pokoje, naprzeciwko kuchnia i łazienka, chyba że poszedł do tej łazienki i puścił wodę, szumem radość maskował, ukrył twarz w ręczniku, niemo się cieszył, ale gdzie tam… co za bzdury, Irena otwiera oczy, mogłam być przecież na cmentarzu, jak się ma dziesięć grobów, to człowieka więcej w domu nie ma, niż jest, warkot silnika, pani wsiada, znajomy głos, odwraca się, Staszek z trzeciego, a ona patrzy tępo na furgonetkę, większa niż z okna kuchni, obserwowała, jak parkował, jak się zgrabnie mieścił na wąskim parkingu, no, wsiada pani, podwiozę pod samiusieńką bramę, i wychodzi z kabiny, łapie za wózek i ładuje na pakę, a ona, skoro już bez wózka, portmonetki, bez kluczy, podchodzi do otwartych drzwi i wdrapuje się, czując na plecach podparcie w postaci dłoni sąsiada.
Temat rozmowy kieruje tak, żeby jakoś spuścić z siebie emocje, że pieniądze są to niewyobrażalne, dzieli się swoimi przemyśleniami z Agatą, sąsiadką z naprzeciwka, jak sobie pomyślę, czym jest taka szóstka przy mojej emeryturze, no, ile mogę mieć, pani zgadnie, patrzy Agacie prosto w oczy, ale Agata nie wie, sama ma wysoką, cztery sześćset wypracowane przez czterdzieści lat na porodówce, nie wiem, zbywa ją, bo nie lubi o pieniądzach rozmawiać, choć zna się z Ireną od początku, pół wieku prawie będzie, jak się wprowadziła do tego mieszkania, no nie wiem, mówi… trzy sto po rewaloryzacji!, rzuca Irena, trzy sto!, gdyby nie te groby, pani wie, krucho by było, a taka szóstka… no to trzeba grać, mówi Agata obojętnie, kto nie gra, nie wygrywa, a Irena czuje złość na siebie, bo nigdy nie grała i już chce powiedzieć, że to podatek od głupoty te wszystkie gry, ale gryzie się w język, bo przecież Andrzej głupi nie był i jak wtedy żartowali przy windzie, dotknął ją w ramię, tak klepnął, i wtedy interesujący się jej wydał, z poczuciem humoru nie takim prostackim, no nie gram, nigdy nie grałam, kończy i wchodzi do mieszkania, ale cofa się i widząc Agatę majstrującą kluczem przy zamku, mówi: chodź no pani do mnie, coś pani powiem.
…dlatego mówię pani, że to niemożliwe, wykluczone, żeby trafić szóstkę i nie dać znać jakimkolwiek zachowaniem… albo gestem, dodaje Irena na koniec cmentarnej relacji… albo gestem, pani by od razu zauważyła, gdyby mi jakieś większe pieniądze spłynęły, co tam zauważyła, od razu bym pani powiedziała i wspomogła, na co mi taka fortuna, a nawet gdybym nie chciała się z tym uzewnętrznić, to bym… no to by już pani na ten cmentarz nie jeździła, właśnie, bym odmówiła wszystkim albo sama opłaciła na dziesięć lat komuś, tylko musiałby być solidny, bo tak oddać w obliczu fortuny byle komu groby tych, którzy zaufali, to bym nie potrafiła, sumienie by mnie zżarło i na co mi te bogactwa, gdybym rozmyślała po nocach, czy liter u Stefy nie poprawić, nie domalować, co to to nie, wykluczone, dlatego mówię pani, że to jakiś żart, komedia, choć z drugiej strony jest pytanie: po co… taki porządny człowiek by sobie nie zakpił, taki dobry, dodaje Agata, skromny, zupełnie niedzisiejszy, zgadza się Irena, więc może sobie obmyślił, żeby uwolnić się wreszcie od tej tajemnicy niewygodnej za życia, na wieczność, to jest uciążliwe, chcieć się czymś podzielić, a nie móc, więc zdecydował, żeby już po śmierci, zbyt wczesnej, zbyt wczesnej, pani Irenko, kiwa głową Agata, tak, zdecydowanie, kończy Irena, żeby to jednak rozgłosić.
Irena stoi na balkonie z konewką, patrzy na donicę z pelargoniami i jakby straciła sens nie tylko ich podlewania, ale i w ogóle widoku tych płatków kolorowych, które rozświetlały gołą cegłę kamienicy naprzeciwko, wie pani co, dochodzi ją głos Agaty, kieruje smutny wzrok na sąsiadkę na balkonie, to nie jest takie proste, Basia, obok Ireny pojawia się sąsiadka z drugiego, pamięta takie zdarzenie, pamiętam, pamiętam, mówi Basia zachrypniętym głosem, nigdy za nią Irena nie przepadała, bo jakaś taka ordynarna jej się wydawała w tym głosie i tej luźności, z jaką wyrzuca słowa, pamiętam jedną sytuację w warzywniaku, kilka złotych mi brakło, więc mówię do Eli, że później doniosę, bo przecież mam, nigdy na zeszyt nie brałam, potwierdzisz Agatko, patrzy na nią i ta kiwa głową z taką pewnością, jakby miała potwierdzić, że skoro jest dzień, to po nim musi być noc, nigdy!, i wtedy Andrzej, za mną stał, nawet nie wiedziałam, człowiek się nie rozgląda przecież, kładzie mi przez ramię dziesięć złotych, nie będzie problemu, a Elka bierze tę dychę i wydaje dwa złote, a on, że reszty nie trzeba, i, to jest najciekawsze, pukam do niego wieczorem, dychę wręczam, akurat po pięć miałam, proszę, a ten się jakoś tak kryguje, głupstwo, pani Basiu, ale bierze w końcu z niesmakiem, bym nawet powiedziała, i od tego czasu, obiecałam sobie, biorę większą gotówkę na zakupy, żeby się nie narażać na takie… zaczyna kaszleć, chowa się do pokoju… niewygodne sytuacje, kończy za koleżankę Agata, widzi pani, i wchodzi za nią do pokoju, a Irena wylewa do pelargonii całą wodę z konewki i przelewa je z tego całego zamysłu nad wartością dziesięciu złotych, i widzi, że z donicy kapie na parter, wychyla się machinalnie, a tam przy balustradzie siwa głowa Franka, kropi, mówi, z czystego nieba!
Na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapytał, bierze psikacz do szyb, stawia na grobie, ściereczkę obok kładzie, z kartonem nie będzie się wygłupiać, i na spokojnie już patrzy na tę inskrypcję srebrną, dobra robota, precyzyjna, jakby ręcznie wycięte te litery, i to srebro, nie takie jak u Stefy dziadostwo, że zejdzie po roku i trzeba domalowywać flamastrem, widać, że informacja na lata obliczona, dobrze sąsiad zainwestował, przy takich pieniądzach nie musiał na koszty patrzeć, ona raz tylko w miesiącu tak pewnie się czuje, jak emerytura wpłynie, idzie przez Dino jak królowa i bierze, na co tylko przyjdzie ochota, lepszej wędliny, proszę bardzo, wino półsłodkie z Portugalii i sera takiego za czterdzieści złotych kilogram sobie pozwala, widząc już na bliskim horyzoncie wpływy z grobów, bo uzgodniła, żeby co miesiąc płacili, koniecznie z tytułem „na znicze”, coby się skarbówka nie czepiła, ale mówią, że emerytów nie wyłapują, choć znajomej z miasta, która sprzedaje kwiaty na ulicy, kazali opuścić stanowisko i długo się nie mogła przemóc, żeby wrócić, a co to za pieniądze, dwadzieścia, trzydzieści złotych sobie do emerytury dorobić dziennie, akurat na chleb, mleko, jakieś słodycze, by się wzięli za tych biznesmenów, co milionami operują, ale strzeżonego pan Bóg strzeże, ma być tytuł „na znicze”, jak uzgodniono, i z bliska patrzy na inskrypcję, na „szóstkę” zwłaszcza, i odsuwa wzrok, ale słowo wiruje jej w głowie, nowy grób do opieki… słyszy głos, odwraca się i widzi siostry bliźniaczki spod ósemki jak zwykle pod rękę.
No przyszłyśmy z ciekawości zobaczyć, co tu się dzieje, bo mówią, że milionera mieliśmy za sąsiada, i siadają na ławeczce, nogi ładnie złączone wystają spod fioletowych sukienek, taka nowina, tylko gdzie te pieniądze, pytają niby siebie, bo przecież nie Irenę, skąd ona ma wiedzieć, czy przepisał komu, tylko komu, bez rodziny, samotnik taki, chyba że do Torunia posłał, mówi jedna, na co druga kontruje, że w życiu, bo sama widziała, jak „Wyborczą” kupował, do żadnego Torunia, a wydać, to nie wydał, nie ma takiej możliwości, żeby wydać, a nie poznać po sobie, bo co można kupić, żeby nie było widać od razu, nigdy o czymś takim nie słyszała… zdrowie!, zdrowia nie kupisz, ale podreperujesz, no ale umarł, to widać nie kupił, bo zabrakło – jak jedno wyleczysz, to drugie się odzywa, zaczniesz ruszać, to się zaczyna, tak jak z remontem, a to rura wyskoczy albo instalacja, pamiętasz, jak u nas zrywali całe aluminium, że niby tylko przy kontakcie przepalone, a wszystkie ściany trzeba było pruć, co pani o tym myśli, pani Irenko, i milkną, wpatrują się w nią, jakby to ona właśnie znała sekret Andrzeja i jego fortuny ukrywanej przez lata, bo przecież ona ten fakt odkryła, sama już nie wiem, postanawia się odkryć ze swoimi wątpliwościami, spać mi ta sprawa nie daje, to nie tak, że jakoś pożądam tych pieniędzy, bo człowiek swoje ma i się z tego cieszy, ale tak po ludzku mnie to zajmuje, dlaczego nic nie powiedział, dlaczego ukrywał przed światem… żeby mu się kolejki nie zrobiły, wie pani, jak to jest: pożycz na remont, pożycz na samochód, na ślub córki, a potem ścigaj dłużników, zamiast cieszyć się własnym szczęściem, daj pani spokój, ja bym nie powiedziała, nawet mnie?, siostra łapie ją za rękę, oj, oj, klepie ją po dłoni, oj.
Irena rozkłada na ławie haftowany we wrzosy obrus i talerzyki, a przy każdym widelczyk deserowy z tego zestawu rzadko używanego i sięga po kieliszki do barku, siostry – dwa, Agata trzy, Staszek, choć niewtajemniczony bezpośrednio, cztery i piąty dla niej, sernik na kryształowej paterze, z lodówki przynosi wino, wraca do kuchni, z szafki nad zlewem bierze kieliszek i nalewa wiśniówki, bo dawno tylu gości nie miała, żeby rozładować napięcie, łyka na raz dla kurażu i krzywi się nieznacznie po tej, sprawdza na butelce, trzydziestoprocentowej wódeczce, ciepło promieniuje z przełyku i miło łechce w okolicach serca, staje przed lustrem w przedpokoju, poprawia włosy, naciąga bluzkę, żeby kołnierzyk wyrównać, i krzyżyk na złotym łańcuszku odwraca Jezusem do świata, bo ma być jasne, że wszystko, co się powie, co się ustali, będzie bliskie prawdy, która raz na zawsze zamknie tę historię, bo ileż można się babrać w cudzych sprawach, zwłaszcza tak intymnych jak pieniądze, ona przecież nigdy nikomu w portfelu nie siedziała i sama nie chciałaby, żeby ktoś siedział u niej, ale to jest sprawa innej wagi, to jest sprawa z rodzaju społecznych, bo Andrzej żył z nimi pół wieku bez mała, gdyby mu się nie zmarło, na pewno by zrobił jakąś rocznicę w restauracji i wtedy wyciągnęłaby tę garsonkę, co trzyma do trumny w foliowym pokrowcu… szuranie pod drzwiami, otwiera drzwi, nie czeka na dzwonek, nie będzie udawać, że nie czeka, bo to sprawa wymagająca szybkiego działania, Agata od razu tłumaczy stojącą obok Basię, że też przecież wprowadzona w temat, więc może coś interesującego wnieść, a ta uśmiecha się sztucznie, wchodzi i lustruje mieszkanie na lewo i prawo, bo pierwszy raz jest u Ireny i ciekawa, jak się sąsiadka urządziła z tych grobów, a za nimi siostry z butelką wina i Staszka głowa za nimi, a gdy wchodzi do mieszkania, wyciąga zza pleców talerzyk, na którym zieleni się kiść winogron, i podaje Irenie, dla gospodyni, bardzo proszę.
Siedzą w ciasnym pokoju, skuleni przy ławie, Irena bliżej drzwi, na kanapie siostry i Staszek, a sugestia, że może między nimi usiądzie, zostaje odrzucona i one jeszcze bardziej się wtulają w siebie, na fotelu Agata, sama zajęła, bo zawsze w tym fotelu siada, a na pufie Basia, jakby za karę, puf miękki i zapada się pod jej ciężarem, w milczeniu niewygodnym siedzą, nie ma komu zacząć, więc Irena sięga po nóż i kroi sernik, mniejszy się wydawał, jak kupowała, mówi, całkiem niedrogo udało mi się dostać, w Carrefourze akurat, wyjątkowo, dodaje, jakby nie chciała, żeby ktoś pomyślał, że się wzbogaciła, że zmienia nawyki zakupowe z Dino na zagraniczną sieć, po czterdzieści dwa złote kilogram, o, a za ten kawałek niecałe trzydzieści cztery, jedzcie, żeby mi nic nie zostało, grozi palcem na żarty, na zdrowie, dobry, acz nieco suchawy jak na mój gust, mówi Basia i sięga po winogrono, chyba że taka jego uroda… o, teraz dużo lepszy, dziękuję, pani Irenko, symbolicznie dotyka nóżki kieliszka, no właśnie, pod to spotkanie, Irena otwiera wino, pan już po robocie, to można… po robocie aż do poniedziałku, kochana pani Irenko, bardzo proszę, choć nie przywykłem do wina, w ogóle człowiek teraz już znacznie mniej, nie służy jakoś, ale proszę, a my ostatnio piłyśmy wino, ale musujące, na sylwestra, odzywa się siostra, takiego szampana, ale włoskiego, cinzano… nie, cin‑cin, dodaje druga, cin‑cin, tak, tak, no to zdrowie, pod to niespodziewane spotkanie, człowiek musi umrzeć, żeby się ludzie zaczęli spotykać, mówi Agata, takie to szczęście w nieszczęściu.
I znowu cisza niewygodna, przez którą przebijają się tylko dźwięki widelczyków ćwiartujących sernik na talerzykach, musimy ustalić, jak to było, po to się tu zebraliśmy, żeby ustalić, żeby nie było gadania na klatce, bo to nie służy ani nam, ani przede wszystkim świętej pamięci Andrzejowi, który wolałby w spokoju odpocząć, a nie w domysłach, im bardziej się będziemy w tym babrać, przepraszam, mówi Irena, im bardziej będziemy się w to angażować, tym dłuższą drogę jego dusza będzie miała do przebycia na wieczne odpoczywanie, prawda, pani Irenko, nie ma co brnąć, po prostu umarł i nie żyje, mówi Staszek, choć jak sobie przypomnę, z jaką nonszalancją doradzał mi przy zmianie auta, jakby te kilka tysięcy faktycznie nie stanowiło dla niego bariery… mówił, sprzedaj, dołożysz pięć, sześć tysi i masz fajnego transita z dwa tysiące piątego, musiał się znać, potwierdza Agata, teraz sobie przypomniałam, kupował gazety o starych samochodach, automobile czy jakoś tak, więc musiał wiedzieć sporo o zabytkach, Basia chwyta pusty kieliszek, starocie potrafią fortunę kosztować, jeździ taki jeden na żółtych tablicach, sama widziałam, elegant w kapeluszu, koszula elegancka ze sztywnym kołnierzykiem, apaszka… znał się, a sam prawa jazdy nie miał, kwituje Irena, całe życie autobusami… albo taksówkami, dodaje siostra, widziałam, bo pod bramę podjeżdżała, zawsze ta sama, bez napisów, tylko kogut, wiem, bo kobieta była za kierowcę, zwróciłam uwagę, że całkiem młoda, pięćdziesiąt mogła mieć, nie więcej, przestań, trąca ją siostra, już nie opowiadaj takich szczegółów, człowiek odszedł, nie ma co gadać, teraz kobiety na taksówce to rzecz zupełnie codzienna, mówi Basia i okręca kieliszek w dłoni, to jest wyzwolenie, o które walczyłyśmy!
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
