6/2026

Paweł Mossakowski

Tancerz

Ujęcie wody oligoceńskiej znajdowało się w zgrabnym, przypominającym pałacyk budyneczku z klinkierowej cegły, dość surrealistycznie wyglądającym pośród otaczających go bloków mojego osiedla. W środku było jednak bardziej swojsko: okratowana, żółto świecąca żarówka, dwa pogięte krany sterczące z nieotynkowanych ścian, a pod nimi zlewy z odchodzącymi płatami lakieru. Podobno przed wojną znajdowała się w tym miejscu mennica, gdzie używano wody z głębin do przepłukiwania monet. No, ale to było dawno.

Może to taka miejska legenda, nie wiem. Zresztą wszystko jedno. Najważniejsze, że woda była naprawdę pyszna. Zrobiona na niej herbata – nawet skruszona na pył Gruzińska – smakowała wspaniale. A picie smacznej herbaty było jedną z niewielu przyjemności, jakie nam jeszcze zostały.

Tego dnia panował straszny mróz, po południu minus siedemnaście. Zapas jednak mi się kończył, więc zaraz po pracy, nawet się nie rozbierając, wziąłem dwa dziesięciolitrowe kanistry i poszedłem do źródełka. Mróz zatykał. W pewnym momencie przystanąłem, podciągnąłem szalik, żeby choć częściowo osłonić twarz.

Szedłem szybkim marszem, mijając zaparkowane wzdłuż chodnika samochody z pobielonymi mrozem karoseriami. Po chwili, gdy się trochę rozgrzałem, nastrój mi się poprawił, nieoczekiwanie i bez powodu. Poczułem się niemal euforycznie. Dzień był piękny – bezwietrzny, powietrze czyste, z unoszącymi się miniaturowym śnieżynkami, a ponad nimi jasne punkty gwiazd. Nieliczne, porozrzucane na całą szerokość nieba, ale bez sensu narzekać: ich widok w Warszawie był rzadkością. Wokół cisza, taka typowa zimowa cisza, gdy śnieg tłumi wszystkie dźwięki. Wyglądałoby to całkiem magicznie, niemal bożonarodzeniowo, gdyby nie panujące wokół ciemności. Trafiłem na martwą strefę między czwartą, gdy zachodziło słońce, a piątą, gdy włączano latarnie. Teraz paliła się tylko jedna, na skrzyżowaniu osiedlowych uliczek, akurat tam, gdzie mieścił się pałacyk.

Stała przed nim kolejka, ale to normalne, może tylko dziś, w piątek, trochę dłuższa niż zwykle. Zresztą kolejki były przecież po wszystko, dlaczego miało jej nie być po tak ekskluzywny towar jak dobra woda? Ujęcie zrobiło się popularne, przyjeżdżali ludzie z całej dzielnicy. Nie tylko ja nie chciałem przyrządzać herbaty na ohydnej, chlorowanej kranówce.

W kolejce, karnym szeregu, naliczyłem chyba ze dwadzieścia osób z pojemnikami w rękach. Głównie plastikowe kanistry, ale zdarzały się też kubełki i wiaderka, a nawet duże, dwulitrowe butelki w żyłkowych siatkach na zakupy. Z boku wyglądało to dość pociesznie: długi rząd skulonych, ciemnych postaci i różnokolorowe naczynia, lepiej od nich widoczne w świetle samotnej latarni.

Stanąłem na końcu. Tu również panowała cisza. Ludzie nie rozmawiali ze sobą, nikomu nie chciało się w taki mróz otwierać ust. Zresztą, o czym tu rozmawiać? Wokół unosiły się kłęby pary, gęste jak w stołówkowej kuchni, które mieszały się ze sobą i ginęły gdzieś w górze. Z przodu dwie osoby paliły, stały daleko, ale w ostrym, mroźnym powietrzu zapach dymu z podłych papierosów czuć było nawet tutaj.

Posuwaliśmy się do przodu ostrożnie – im bliżej pałacyku, tym chodnik robił się bardziej śliski. Gdy ktoś niedokładnie zakręcił kanister albo za dużo nalał do wiaderka i woda się ulała, to po kilku minutach zamieniała się w lód. A teren wokół pałacyku był bezpański, więc nikogo, kto mógłby sypnąć piaskiem.

Ktoś stanął za mną, obejrzałem się dyskretnie. Krępy mężczyzna w futrzanej czapie patrzył z niechęcią na moje kanistry. Były pojemne, ich napełnienie zajmowało sporo czasu, więc często wywoływały nieprzyjazne reakcje – niektórzy na ich widok ostentacyjnie wzdychali. Z jednym facetem się nawet o nie pokłóciłem, bo wymyślił jakiś nieistniejący punkt regulaminu, że nie można brać jednorazowo więcej niż dziesięć litrów, a moje argumenty, że biorę więcej, ale rzadziej, go nie przekonywały. Cóż… Wszyscy chcieli zatankować i jak najszybciej wrócić do domu.

Przy pałacyku niewiele się działo. Z naprzeciwka szła kobieta z ratlerkiem, który mimo wydzierganego z różowej włóczki kubraczka trząsł się jak w febrze. W bocznej uliczce ktoś bezskutecznie usiłował uruchomić silnik malucha. Cicho szumiał stojący kawałek dalej generator. Nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem przyglądać się ludziom. Gdybym przyszedł tu za dnia, mógłbym chociaż poczytać książkę, a teraz tylko to mi zostało.

Bezpośrednio przede mną starszy mężczyzna w szubie, pamiętającej chyba czasy przedwojenne, a przed nim barczysty czterdziestolatek w granatowej puchówce. Moją uwagę zwrócił przede wszystkim wysoki chłopak, kilka miejsc przed nimi, bliżej czoła kolejki. Ubrany w wełnianą czapkę z dodatkowymi nausznikami i skórzaną kurtkę, podbitą pewnie jakimś misiem albo innym ocieplaczem, inaczej by nie wytrzymał. Zwróciłem na niego uwagę nie ze względu na ubiór, tylko dlatego, że dziwnie się poruszał. Niby inni ludzie w kolejce też nie stali jak słupy – przytupywali, robili w miejscu kółeczka, zabijali ręce o ramiona jak przedwojenni woźnice – ale on to robił inaczej.

Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, że po prostu tańczy. Wystąpiłem z kolejki i zrobiłem kilka kroków w bok, żeby mu się lepiej przyjrzeć. No i upewnić, bo jednak wydawało mi się to niemożliwe. Tańczył, tak, teraz widziałem to wyraźnie. Gibał się miękko na nogach i energicznie wyrzucał w bok ramiona. Taki niemy, pozbawiony tłumaczącej go muzyki taniec przypominał groteskową gimnastykę – wyglądał śmiesznie, trochę przypominał mówienie do siebie na ulicy.

Muzyka jednak też była. Jednostajny odgłos, który wziąłem wcześniej za brzęczenie generatora, pochodził z walkmana, a to, co uznałem początkowo za nauszniki, to były odchodzące od niego słuchawki. Poczułem lekkie ukłucie zazdrości. Walkmany były w sprzedaży od niedawna i można je było kupić tylko w Peweksie. Nie wiedziałem nawet, ile kosztowały. Nie interesowało mnie to, i tak nie byłoby mnie stać.

Nastawiłem uszu, po chwili udało mi się słyszeć wyraźniej przebijającą się przez słuchawki muzykę. Nie rozpoznałem utworu, na pewno był to rock, raczej brytyjski niż amerykański. Ale mniejsza z tym. W każdym razie sytuacja się wyjaśniła. Wróciłem na swoje miejsce w kolejce, a właściwie próbowałem wrócić, bo gość w futrzanej czapie wykorzystał moment, kiedy ją opuściłem, wypełnił powstałą lukę swoją zwalistą sylwetką i przykleił się do pleców stojącego przede mną staruszka w szubie. Podniosłem pozostawione kanistry, powiedziałem energicznie „przepraszam” i niemal na siłę wcisnąłem się przed niego. Wymruczał pod nosem coś jak „miejsca trzeba pilnować”, na co już nie odpowiedziałem. Nie nudziłem się aż tak, żeby wchodzić w pyskówki. Byłem też zły na siebie, że mi się to „przepraszam” wyrwało, chamuś nie zasługiwał na nie, cóż: miałem takie zakodowane odruchy.

Ze swojego miejsca dalej obserwowałem podrygującego rytmicznie chłopaka. Czułem do niego coś w rodzaju sympatii: ostatecznie słuchał tej samej muzyki co ja. Zorientowałem się jednak szybko, że byłem w swoim uczuciu odosobniony. Reszta ludzi w kolejce spoglądała na niego z wyraźną wrogością. Facet w pilotce, stojący bezpośrednio przed nim, gapił mu się bezczelnie prosto w twarz, w końcu odwrócił się i zaczął kręcić z niedowierzaniem głową. Ktoś pokazywał go palcem i pukał się w czoło. Ktoś inny, za mną, pewnie gość w futrzanej czapce, mruknął głośno „pajac”.

Inni nie okazywali swojej niechęci tak otwarcie, ale wyczuwalna była w powietrzu jak papierosowy dym. Nie brała się raczej z tego, że posiadał luksusowe urządzenie, na które mało kogo w kolejce było stać. Ani że wydobywająca się z walkmana muzyka komuś przeszkadzała, bo ledwo było ją słychać. Ani nawet z powodu jego zamaszystych, gwałtownych ruchów. Nie, chodziło o to, że przebywał w swoim własnym, szczęśliwym świecie, do którego dostępu bronił mur dobrze zestrojonych dźwięków, i nie docierał tam cały ten otaczający nas syf. Niby jeden z nas, a odwracał się do nas tyłem, izolował, odmawiał współobecności i współuczestnictwa. Przebywał gdzie indziej, w jakimś innym, piękniejszym miejscu. Tego nie można mu darować.

Nagle z przodu zrobiło się zamieszanie i chłopak zniknął mi z oczu. Po chwili zrozumiałem, co się stało: pogrążony w tanecznym transie zapomniał, gdzie się znajduje, poślizgnął się na oblodzonym chłodniku i poleciał do tyłu, na plecy. Nie widziałem go, ale wszystko dało się odgadnąć po reakcjach stojących przed nim ludzi: gdy oglądali się za siebie i kierowali wzrok na dół, ich twarze rozjaśniały się, widać było na nich złośliwą satysfakcję, na niektórych pojawiały się uśmiechy zadowolenia. Gdyby mogli, biliby ironicznie brawo. Ci stojący tuż za nim cofnęli się o kilka kroków i rozstąpili na boki, żeby zrobić mu więcej miejsca. Teraz mogłem go zobaczyć. Leżał na wznak i nie ruszał się.

Poczułem nagły niepokój, odstawiłem kanistry na chodnik, podszedłem do niego szybkim krokiem. Wciąż leżał, ale na szczęście uniósł już głowę i rozglądał się na boki niezbyt przytomnym wzrokiem. Wyraźnie oszołomiony, ale chyba nic poważnego mu się nie stało. Wełniana czapka zamortyzowała uderzenie. Słuchawki zsunęły mu się nierówno, jedna zatrzymała się na krawędzi szczęki, druga przywarła z drugiej strony do szyi. Muzykę słychać było głośniej, i teraz mogłem już ją rozpoznać: Queen. A więc zgadłem – Brytyjczycy.

Pochyliłem się nad nim. Miał wielkie, rozszerzone teraz przestrachem oczy, wygięte w kapryśny łuk usta, słabiutki zarost na brodzie. W ogóle w jego twarzy było coś dziewczęcego. Nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście lat.

– Żyjesz?

Nie odpowiedział, kiwnął tylko głową, chyba wciąż lekko przymroczony. Choć dalsze jego postępowanie zdawało się temu przeczyć, było logiczne i planowe, wręcz metodyczne. Najpierw sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni kurtki i głośnym pstryknięciem, które przypominało trzask pistoletowej iglicy, wyłączył walkmana. Zrobiło się bardzo cicho, jak na wsi. Poprawił słuchawki, zsuwając metalowy pałąk na osłonięty szalikiem kark, i dopiero wtedy zaczął się powoli podnosić. Robił to trochę niezgrabnie, dwa razy stopa omsknęła mu się i szurnął butem po lodzie, ale czułem, że nie chce, abym mu pomagał. Gdy stanął już na nogi, uznałem, że nic tu po mnie, zakręciłem się na pięcie i ruszyłem z powrotem.

– Dziękuję – zawołał za mną. Miał miękki, też trochę dziewczęcy głos.

Nie ma za co, pomyślałem, ale nic nie odpowiedziałem. Gość w futrzanej czapie tym razem nie blokował mi wejścia do kolejki, nawet przesunął moje kanistry, więc bez przeszkód zająłem swoje miejsce. Popatrzyłem na chłopaka. Nie włączył już walkmana i, oczywiście, nie tańczył. Stał jak wszyscy, grzecznie, w milczeniu, co pewien czas przesuwał się krok lub dwa do przodu. Wpasował się. Nagle ogarnął mnie smutek, taki nie wiadomo skąd. Wszystko wydało się jakieś daremne i beznadziejnie przewidywalne. Pogoda nie zmieniła się, powietrze było wciąż przejrzyste jak szkło, ale straciłem poczucie magii, jakie wzbudzał ten pogodny dzień. Drobne śnieżynki już nie kojarzyły się z bajkową scenerią, tylko kłuły boleśnie w policzki. Nawet gwiazdy przestały mnie zachwycać, były dziurkami w ciemnej materii, przez które sączyło się lodowate światło. Chciałem już być w domu.

W pewnym momencie chłopak odwrócił się i energicznymi machnięciami zaczął mnie przywoływać do siebie. Pomyślałem, że chce mi się odwdzięczyć za zainteresowanie, jakie mu okazałem, i zaproponuje teraz, abym wszedł przed niego do kolejki. Takie rzeczy się tu praktykowało i nie spotykały się ze zbyt silnymi protestami. I nie byłoby to złe, zyskiwałbym z sześć miejsc. Złapałem oburącz kanistry i ruszyłem w jego stronę.

Na szczęście nie tylko o to mu chodziło.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.